Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 128 129 130 131 132 133 134 135 136 ... 210
Перейти на страницу:

Tyl­ko koń­ców­ka była cie­kaw­sza – wy­na­ję­te przez De­anę is­sar­skie straż­nicz­ki, zda­wa­ły się mieć nie­złą za­ba­wę w stra­sze­niu nie­win­nych po­słań­ców albo in­nych męż­czyzn, któ­rzy pe­cho­wo za­błą­dzi­li w nie­wła­ści­wych kom­na­tach. Zwłasz­cza te dwie wal­czą­ce sza­bla­mi. „Czy wiesz, Pani – do­no­si­ła Va­ra­la – że one naj­pew­niej sy­pia­ją ze sobą? W jed­nym łożu? Dom Ko­biet hu­czy od plo­tek. Co z tym zro­bić? Jak Twój lud za­ła­twia tego typu spra­wy?”.

De­ana wes­tchnę­ła, się­gnę­ła po pió­ro i do­pi­sa­ła pod ostat­nim zda­niem: „Nie wtrą­ca się. Chy­ba że ko­muś znu­dzi­ła się gło­wa na kar­ku. A jak któ­raś z dziew­cząt chce się przy­łą­czyć, niech naj­pierw za­py­ta. U mnie wszyst­ko w po­rząd­ku, dużo śpię i zdro­wo jem, jak to na woj­nie. Pil­nuj La­we­ne­re­sa”.

Dru­gie pi­smo po­cho­dzi­ło od Su­chie­go. Znów nic cie­ka­we­go. Tru­ci­ciel prze­sy­łał garść po­rad na te­mat tego, co De­ana ma jeść i cze­go uni­kać. A tak­że szcze­gó­ło­wy opis skut­ków bie­gun­ki. I re­cep­tę na lek na nią. Drań.

Odło­ży­ła pa­pier na bok, na­wet nie war­to się tru­dzić z od­pi­sy­wa­niem.

Ostat­ni list miał pie­częć Wiel­kie­go Ko­hi­ra. O tak, na no­wi­ny od nie­go cze­ka­ła od kil­ku dni.

Otwo­rzy­ła kart­kę. Evi­kiat pi­sał w me­ekhu, sta­wia­jąc sta­ran­ne, duże li­te­ry, jak czło­wiek po­słu­gu­ją­cy się ob­cym ję­zy­kiem. I miał bar­dzo in­te­re­su­ją­ce wie­ści.

„Do De­any d’Klle­an, Pani Oka, Pło­mie­nia Aga­ra.

Li­cy­ta­cja praw do wy­do­by­cia sre­bra na po­łu­dniu księ­stwa po­szła do­sko­na­le, Moja Pani. Wy­gra­ła utwo­rzo­na do­kład­nie dzień wcze­śniej Kom­pa­nia Gór­ni­cza Czte­rech Księstw, skła­da­ją­ca się z kil­ku­na­stu gil­dii ku­piec­kich i rze­mieśl­ni­czych, któ­ra po­sta­no­wi­ła rzu­cić wy­zwa­nie Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów. Wal­ka była bez­względ­na, bo Ba­mor Wan­mur li­cy­to­wał za­wzię­cie, choć mu­szę przy­znać, że mo­gła w tym być za­słu­ga i roz­sia­nych przez nas plo­tek o za­sob­no­ści tam­tej­szych złóż.

Osta­tecz­nie Wan­mur prze­grał, nie mo­gąc prze­bić sumy sze­ściu ty­się­cy ma­łych min sre­bra.

Tak, Pani, to nie po­mył­ka, sześć ty­się­cy min. Nie­ste­ty, to tyl­ko czę­ścio­wo roz­wią­zu­je nasz kło­pot, bo za­le­d­wie jed­na dzie­sią­ta tej sumy tra­fi­ła do skarb­ca w ży­wej go­tów­ce lub krusz­cu, więk­szość za­pła­co­no w we­kslach za­staw­nych. Spo­ro cen­nych bu­dyn­ków, ma­ga­zy­nów i warsz­ta­tów bę­dzie na­le­żeć do pa­ła­cu, je­śli we­ksle nie zo­sta­ną wy­ku­pio­ne. Jak jed­nak z pew­no­ścią ro­zu­miesz, Pani: we­ksla­mi i in­ny­mi pa­pie­ra­mi za­staw­ny­mi nie wy­gry­wa się woj­ny w sy­tu­acji ta­kiej jak na­sza. Dla­te­go też zde­cy­do­wa­łem się przy­stać na pro­po­zy­cję mi­strza Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów i pi­szę te­raz, tłu­ma­cząc się, dla­cze­go po­zwo­li­łem so­bie na taki krok.

Tra­dy­cją jest, że po tak wiel­kiej i krwa­wej re­be­lii za­bi­ja się więk­szość schwy­ta­nych żyw­cem bun­tow­ni­ków. Cza­sem na­wet wszyst­kich i po­dej­rze­wam, że nasi af’ge­mi­dzi mają na to wiel­ką ocho­tę. Zwłasz­cza Wuar Sam­po­re. Nie są­dzę, Pani Oka, aby ta­kie roz­wią­za­nie ra­do­wa­ło two­je ser­ce. Dla­te­go też za­war­łem z Wan­mu­rem umo­wę, za któ­rą bio­rę peł­ną od­po­wie­dzial­ność te­raz i w przy­szło­ści, Moja Pani, bo do­bro Bia­łe­go Ko­no­we­ryn za­wsze sta­wia­łem po­nad wła­sne ży­cie.

Umo­wa brzmi na­stę­pu­ją­co:

Co naj­mniej dwa­dzie­ścia ty­się­cy nie­wol­ni­ków schwy­ta­nych przez na­szą ar­mię po stłu­mie­niu po­wsta­nia tra­fi do ko­palń i hut Ba­mo­ra Wan­mu­ra. Będą mie­li za­pew­nio­ny wikt i opie­kę, choć oczy­wi­ście zo­sta­ną pod­ję­te do­dat­ko­we środ­ki za­po­bie­ga­ją­ce bun­to­wi w przy­szło­ści. Je­śli nie­wol­ni­ków bę­dzie wię­cej, Kom­pa­nia Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów ma pra­wo pier­wo­ku­pu. Je­śli bę­dzie ich mniej, po­go­dzi się ze stra­tą.

Po­trze­bu­je­my pie­nię­dzy, więc li­cząc na Two­ją wy­ro­zu­mia­łość, przy­ją­łem już to sre­bro, któ­re­go część w for­mie za­licz­ki i za­chę­ty wy­sła­łem w wia­do­me Ci miej­sce. Z resz­ty ka­za­łem wy­bi­jać mo­ne­ty.

Dziś przy­szła od­po­wiedź. Po­zy­tyw­na. Wy­ru­szy­li i są go­to­wi zro­bić wszyst­ko, cze­go żą­da­my. Wy­bacz, że pi­szę tak ogól­ni­ko­wo, ale obo­je wie­my, o kogo cho­dzi, a list ten może wpaść w nie­po­wo­ła­ne ręce.

Niech Agar od Ognia ma Cię w opie­ce, Pani, niech Jego Świa­tło roz­ja­śnia Ci dro­gę w tych mrocz­nych cza­sach.

Twój słu­ga, Wiel­ki Ko­hir Dwo­ru, Evi­kiat ze Smesh”.

Na mar­gi­ne­sie li­stu do­pi­sa­no po­spiesz­nie:

„Wy­bacz, Pani, przy­po­mnia­łem so­bie jesz­cze jed­no. Przy­wód­ca wia­do­mych Ci lu­dzi wy­śle sy­gnał o swo­im przy­by­ciu. Oto jaki…”.

De­ana prze­czy­ta­ła i uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. Pta­ki? No, no, ktoś tu ma fan­ta­zję…

Za­sta­na­wia­ła się chwi­lę i wło­ży­ła list Evi­kia­ta w pło­mień świe­cy. To pi­smo nie mia­ło pra­wa tra­fić w żad­ne ręce. Po­cze­ka­ła, aż pa­pier roz­bły­śnie ja­sno, i wrzu­ci­ła reszt­ki do srebr­nej misy.

Do­pa­lił się szyb­ko.

Musi wy­dać roz­ka­zy obu af’ge­mi­dom w spra­wie chwy­ta­nia i trak­to­wa­nia jeń­ców. I do­brze oce­nić czas przy­by­cia pod Po­mwe. Z do­kład­no­ścią do pół dnia.

Od tego mogą za­le­żeć losy ca­łej woj­ny.

* * *

Wie­czór wy­peł­nio­ny był woj­sko­wą krzą­ta­ni­ną, lecz wraz z za­pad­nię­ciem nocy przy­ci­chły ha­ła­sy to­wa­rzy­szą­ce za­kła­da­niu obo­zu. Od­le­gły o kil­ka­set kro­ków las po­hu­ki­wał jesz­cze dzi­ki­mi wrza­ska­mi małp, nie­za­do­wo­lo­nych, że ktoś wtar­gnął na ich te­ren, ale i on stop­nio­wo cichł. Tyl­ko od cza­su do cza­su z po­bli­skie­go obo­zo­wi­ska sło­ni do­bie­ga­ło trą­bie­nie, któ­re­mu od­po­wia­da­ło rże­nie koni i ryt­micz­ne po­krzy­ki­wa­nia war­tow­ni­ków.

Te zwy­kłe, nor­mal­ne od­gło­sy od­po­czy­wa­ją­cej ar­mii na­peł­nia­ły ser­ce De­any smut­kiem. Każ­da taka noc ozna­cza­ła ko­lej­ne pięt­na­ście, cza­sem dwa­dzie­ścia mil wę­drów­ki, któ­ra zbli­ża­ła ją do nie­uchron­nej bi­twy.

Prze­sta­ła się już mo­dlić do Wiel­kiej Mat­ki o cud. Wie­ści, że Krwa­wy Ka­hel­le wy­co­fał swo­ją ar­mię i uciekł na za­chód, na rów­ni­ny czar­nych ple­mion, nie na­de­szły i na pew­no nie na­dej­dą. Ra­por­ty z Po­mwe były ja­sne, ar­mia nie­wol­ni­ków na­dal ob­le­ga­ła mia­sto, mimo iż jej do­wód­ca mu­siał wie­dzieć, że woj­ska Ko­no­we­ryn ma­sze­ru­ją z od­sie­czą.

Co wię­cej, pro­wi­zo­rycz­ne for­ty­fi­ka­cje wznie­sio­ne przez bun­tow­ni­ków su­ge­ro­wa­ły, że na­sta­wia­ją się oni nie na dłu­gie ob­lę­że­nie, lecz na szyb­ki szturm. Do­kład­nie tak, jak prze­wi­dy­wał to Evi­kiat. A Po­mwe nie było twier­dzą, lecz mia­stem han­dlo­wym, oto­czo­nym mu­rem na tyle tyl­ko wy­so­kim i fosą na tyle tyl­ko głę­bo­ką, by po­wstrzy­mać łu­pież­cze ban­dy. Evi­kiat miał ra­cję, su­ge­ru­jąc, że licz­na ar­mia, na­wet je­śli uzbro­jo­na bar­dziej w de­spe­ra­cję i nie­na­wiść niż w stal, może je zdo­być szyb­ciej, niż za­kła­da­li to af’ge­mi­dzi Ro­dów Woj­ny.

1 ... 128 129 130 131 132 133 134 135 136 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)