Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Wkrótce więc dojdzie do bitwy, po której Deana będzie miała na ręku krew tysięcy niewolników. Atak na Pomwe zniszczył wszystkie możliwości negocjacji z buntownikami. Lecz jeśli Pani Oka ich nie powstrzyma, krwawa fala napędzana nienawiścią i chęcią zemsty przetoczy się przez całe księstwo. Albo przez całe Dalekie Południe.
Dla Deany d’Kllean, Płomienia Agara, Pani Oka, nie było dobrej drogi.
Ostatnio rano i wieczór odmawiała tylko adr’suffi – modlitwę posłuszeństwa, modlitwę poddania, jak mantrę powtarzając słowa „Pani, wola Twoja jest wodą, ja płynę”. Issaram odmawiali ją jedynie wtedy, gdy los stawiał ich w sytuacji, gdy nie dało się wybrać ścieżki prowadzącej do spokoju sumienia. Bo skoro droga wiedzie nas do bólu i grzechu, trzeba zaufać Matce, trzeba wierzyć, że Jej plany są większe, głębsze i mądrzejsze, niż jesteśmy to w stanie pojąć.
„Jestem liściem niesionym przez rzekę, Pani, wola Twoja jest wodą, ja płynę”.
Czasem jednak i to nie pomagało.
Odchyliła wejście do namiotu i powiodła wzrokiem wokół. Pochodnie dawały dość światła, by mogła podziwiać perfekcję równych alejek namiotów i ustawionej na stojakach broni. Ponad sześć tysięcy Bawołów, gotowych w każdej chwili do walki, otaczało ją ze wszystkich stron. Obozowisko Słowików znajdowało się tuż obok, tam, gdzie trzymano tabuny koni, a kilkaset kroków od niego prawie sto pięćdziesiąt słoni bojowych odpoczywało pod opieką oddziałów lekkozbrojnych nuawachi.
Konni i piesi najemnicy rozbili swoje namioty kawałek dalej, a ich obóz był chyba najbardziej cichy i spokojny ze wszystkich. Oficerowie Słowików i Bawołów poważnie potraktowali jej przyzwolenie na wieszanie niezdyscyplinowanych żołdaków, co w połączeniu z potrojeniem żołdu i obietnicą sowitej premii po wygraniu bitwy w kilka dni zamieniło tę bandę w całkiem sprawne oddziały. Na dodatek jej armia, maszerując na zachód, zbierała z każdego miasta i miasteczka posiłki. Resztki Bawołów i Słowików, które do tej pory nie pomaszerowały pod stolicę i zaciężne kompanie gotowe służyć za hojny żołd. Sam Nowy Nurot dostarczył najemny oddział w sile przeszło trzystu tarczowników, dwie setki łuczników i setkę konnych. W tej chwili Deana stała już na czele trzydziestu pięciu tysięcy żołnierzy.
Tak. Miała w ręku siłę, z którą mogła realnie myśleć o zdławieniu buntu.
Tylko jej serce wcale się do tego nie rwało.
Westchnęła, przyciągając szybkie spojrzenia Słowików pełniących wartę przy jej namiocie. Spojrzała na najbliższego.
— Jeśli sądzisz, że wzdycham z tęsknoty za księciem albo innych babskich głupot, to wybij to sobie z głowy, Niwel. — Poznała już twarze i imiona większości z pięćdziesięciu swoich osobistych strażników. — Mam wojnę do wygrania.
— Z pomocą Agara pokonamy ich, pani.
— Tak. Wiem. Pytanie tylko, co będzie, jeśli Agar stwierdzi, że mamy sobie radzić sami.
— Jeśli Pan Ognia zechce poddać nas próbie, nie zawiedziemy go. — Wartownik wyprężył się i zasalutował włócznią. — Byleby tylko te ciężkonogie ciołki spisały się jak należy.
— Spiszą się, zapewniam cię. Ale czekaj, jak ich nazwałeś? Ciężkonogie ciołki? Muszę zapamiętać.
Żołnierz nie speszył się ani na moment, przeciwnie, uśmiechnął szeroko. Bawoły i Słowiki nie lubiły się zbytnio, lecz, na szczęście, darzyły pewnym szacunkiem. A ona musiała pilnować, żeby ta równowaga między niechęcią a uznaniem nie została zachwiana. Na miejsce, gdzie rozbijano jej namiot, wybrała zatem obóz ciężkiej piechoty. Po pierwsze, by okazać zaufanie Rodowi Bawołu, a po drugie, by nie musieć bez przerwy patrzeć na wchodzącego jej w oczy Wuara Samporego, którego nachalna uprzejmość była coraz bardziej krępująca. Jednak jej osobistą gwardię stanowił oddział Słowików. W ten sposób nie uraziła żadnego z af’gemidów, no i nie miała wrażenia, że jest więźniem albo zakładnikiem któregoś z nich.
Chyba zaczynała być coraz lepsza w takich gierkach. I zaczynała też coraz lepiej rozumieć mentalność kształtowaną przez Rody Wojny.
Gdy małego chłopca wykupywano od właściciela i przekazywano do ahyry, przydzielano go do niewielkiego oddziału, z którym spędzał najbliższe lata. Wspólne ćwiczenia, modlitwy, posiłki, modlitwy, spanie w jednej sali, modlitwy oraz stanowiąca jeden z filarów szkolenia nieustanna rywalizacja z innymi grupkami chłopców sprawiały, że gdy już odpadli najsłabsi, taka drużyna zżywała się niczym rodzeni bracia. Do tego dochodził zahaczający o fanatyzm kult Pana Ognia, wielogodzinne medytacje w czasie wpatrywania się w płomienie, modlitwy, posty, recytowanie mantr. Wykuwanie – jak powtarzano – kling z serc.
Potem przydzielano ich do większych oddziałów, u Bawołów był to brytah, u Słowików perdia, czyli liczący około dwustu koni oddział jeźdźców, i powtarzano schemat. Ćwiczenia, modlitwy, wspólne posiłki i nieustanne konkurowanie z pozostałymi „kotłami” i chorągwiami… Aż wreszcie składano przysięgę wierności Rodowi Wojny i przenoszono rywalizację na wszystkich poza nim.
Tych mężczyzn naprawdę wykuwano niczym stalowe ostrza, by stanowili broń. I byli bronią o przerażającej skuteczności. Dla nich tylko Agar był bogiem prawdziwych wojowników, tylko własny Ród się liczył, tylko bracia-żołnierze, z którymi spędziło się kilkanaście lat, byli godni zaufania. Reszta, nawet rodzice i rodzeństwo, które czasem sprowadzano do ahyr, była niczym.
I, dzięki niech będą Pramatce, jak na razie ich wierność obejmowała także jej osobę.