Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Czy przez ostatnie kilkadziesiąt lat którakolwiek kobieta z rodu Shangguan posłuchała czyjejś rady? – rzekła matka bezradnie.
Późną nocą w kurniku rozległ się wrzask całego stada ptaków. Wstałem czym prędzej i przykleiłem twarz do szyby; pod podartą siecią tłum białych kur kotłował się niczym spienione bałwany. W kryształowym jak woda blasku księżyca ogromny lis o zielonkawej sierści skakał pośród ptaków, przypominając łopoczącą wstęgę z zielonego jedwabiu. Kobiety pokrzykiwały nerwowo za ścianą i na wpół rozebrane wyskoczyły na zewnątrz. Na czele biegła jednoręka kierowniczka Long z czarnym pistoletem typu „kurza nóżka" w dłoni. Lis skradał się pod murem z wielką, tłustą kurą w pysku. Kurza noga ciągnęła się po ziemi. Kierowniczka Long oddała strzał; ogień błysnął w lufie. Lis stanął jak wryty, kura upadła na ziemię.
– Trafiony! – krzyknęła jedna z robotnic.
Lis spokojnie obrzucił wszystkie kobiety spojrzeniem kryształowych oczu; światło księżyca oświetliło bardzo dokładnie jego pysk – bez wątpienia malował się na nim kpiący uśmieszek. Robotnice były zdumione tym szyderczym grymasem. Kierowniczka Long bezsilnie opuściła rękę trzymającą pistolet, po chwili jednak zmobilizowała się i wystrzeliła znowu. Kule trafiły w ziemię, wzbijając tuman kurzu, bardzo daleko od lisa, a znacznie bliżej kobiet. Lis podniósł kurę i bez pośpiechu przeszedł między prętami stalowej furty.
Osłupiałe kobiety odprowadziły go wzrokiem. Lis zniknął na cmentarzysku wojennych wraków, rozpływając się w powietrzu niczym kłąb zielonego dymu, pośród bujnych traw i błyskających w świetle księżyca błędnych ogników – w prawdziwym lisim raju.
Następnego ranka z ciężkimi powiekami ciągnąłem do chlewni wózek pełen kurzych odchodów. Gdy skręciłem w wąską dróżkę przy cmentarzysku, usłyszałem czyjeś wołania. Odwróciłem się i zobaczyłem dziewczynę – prawicowca Qiao Qisha, biegnącą zwinnie w moją stronę.
– Kierowniczka mi kazała ci pomóc – rzekła obojętnie.
– No to pchaj z tyłu, a ja pociągnę.
Dróżka była wąska. Dwa koła wózka często utykały w miękkiej, błotnistej ziemi. Za każdym razem musiałem się odwracać i podnosić wózek, a następnie ciągnąć ciężki pojazd z całej siły, podczas gdy ona wciąż pchała go z wielkim mozołem. Gdy już udawało nam się ruszyć wózek z miejsca, zanim odwróciłem się z powrotem, spoglądała na mnie. Jej zdumiewające czarne oczy, długi, biały nos, meszek nad górną wargą i kształtny podbródek oraz zagadkowy wyraz twarzy przywodziły na myśl lisa, który zakradł się do kurnika wczorajszej nocy. Jej spojrzenie rozświetliło jakiś ciemny zakątek w moim umyśle. Z kurzej fermy do chlewni było ponad pięć li. Po drodze trzeba było minąć dół na kompost, używany przez brygadę uprawy warzyw. Moja była nauczycielka Huo Lina z ładunkiem gnoju przeszła obok nas. Jej szczupła talia, zgięta pod wielkim ciężarem, wyglądała, jakby miała złamać się w pół. Na fermie świń dostawę świeżych kurzych odchodów przyjęła od nas moja była nauczycielka muzyki, Ji Jadeitowa Gałązka. Wrzuciła maź o kwaśnym odorze do świńskiego koryta.
Wśród robotników w fabryce paszy był pewien sportowiec – skoczek, który potrafił przeskoczyć przez poprzeczkę zawieszoną na wysokości stu osiemdziesięciu centymetrów, posługując się najnowszą techniką przerzutu; rzecz jasna, był prawicowcem. Troszczył się szczególnie o Qiao Qisha, dla mnie też był bardzo życzliwy. Należał do radosnych prawicowców – stanowił zupełne przeciwieństwo tych, którzy narzekali i całymi dniami chodzili skrzywieni. Z szyją owiniętą białym ręcznikiem i w goglach, z radosnym zapałem obsługiwał pylący na wszystkie strony pulweryzator. Szef jego brygady to kolejny skarb – nazywał się Guo Wenhao [27] i nie znał ani jednego ideogramu, lecz nie przeszkadzało mu to w układaniu zgrabnych rymowanek. Jego przyśpiewki były popularne w całym Gospodarstwie Rzeki Wodnego Smoka. Tamtego dnia, gdy po raz pierwszy wieźliśmy ładunek paszy ze słodkich ziemniaków, wyrecytował nam, co następuje: „Pani komendant Ma Ruilian miała niesamowity plan. Eksperymenty z zapłodnieniem skończą się nowym połączeniem. Baran ojczulkiem, matką królica, lecz Qiao Qisha to nie zachwyca. Pani komendant pięścią buch! – i przyłożyła młodej w brzuch. Skoro koń z osłem dają muła, baran z królikiem – to formuła. Lecz inna krzyżówka jest jeszcze lepsza: panią Ma Ruilian wydać za wieprza! Ma z drżącym cyckiem, prawie bez tchu, doniosła wszystko panu Li Du. Dyrektor Li Du, co wielki ma łeb, powiedział: cóż ci on, prawicowy kiep! Qiao Qisha wróci do medycyny, Yu Zheng niech skrobie swe wypociny. Ma Ming u Amerykanów studiuje, Zhang Jie słowniki redaguje. A prawicowca Wanga Meizana, który ma we łbie kupę siana, cóż za kondycja niesłychana, oklaskujemy dziś od rana!"
– Hej ty, prawicowiec! – zawołał Guo Wenhao.
– Prawicowiec melduje się! – odparł Wang Meizan, stając na baczność.
– Załaduj no paszę tej małej Qiao.
– Spokojna głowa, panie kierowniku.
Wang Meizan załadował nam pełen wózek paszy, a Guo Wenhao, przekrzykując pulweryzator, spytał mnie:
– Ty jesteś od Shangguanów?
– Zgadza się. Jestem bękartem od Shangguanów.
– Z bękartów wyrastają prawdziwi mężczyźni. Niezwykli ludzie byli w waszej rodzinie. Sha Yueliang, Sima Ku, Han Ptaszek, Sun Niemowa, Babbitt. No, no, jest się czym chwalić…
Kiedy wracaliśmy do kurzej fermy z paszą, Qiao Qisha spytała mnie:
– Jak się nazywasz?
– Shangguan Jintong. Czemu pytasz?
– Tak sobie. Skoro pracujemy razem, musimy się jakoś zwracać do siebie. Ile masz sióstr?
– Osiem. Nie, siedem.
– A ta ósma?
– Zdradziła – odpowiedziałem ze złością. – Nie pytaj.
Ten sam lis co noc wdzierał się do kurnika, a w co drugą noc ostentacyjnie wynosił w pysku jedną kurę. W pozostałe noce nie kradł kur bynajmniej nie z braku możliwości, lecz dlatego, że zwyczajnie nie miał ochoty. Jego nocna działalność miała dwojaki ceclass="underline" co drugą noc kradł, by zaspokoić głód, a w pozostałe – dręczył nas. Kobiety pracujące przy hodowli kur noc w noc nie mogły zaznać odpoczynku; były coraz bardziej rozkojarzone. Kierowniczka Long wystrzeliła do lisa już dwadzieścia kul, lecz zwierzak nie zgubił dotąd ani włoska.
– To na pewno lisi demon – orzekła jedna z robotnic. – Zaklęciami odpędza kule.
– Bzdety – sprzeciwiła się postawna dziewczyna, nazywana Dziką Mulicą. – Zwykły śmierdzący lis nie może się zamienić w lisiego demona.
– Jeśli to nie demon, to jakim cudem pani Long, która jest świetnym strzelcem i była w milicji, ciągle chybia? – zaoponowała druga robotnica.
– Mnie się zdaje, że pani Long zwyczajnie go żałuje. Ten lis to przecież samiec! – zaśmiała się frywolnie Dzika Mulica. – Może głęboką nocą, kiedy panuje cisza, przystojny zielony facet wślizguje jej się do łóżka?
Kierowniczka Long stała w poszarpanej kurzej wolierze, przysłuchując się po kryjomu rozmowom kobiet. Bawiła się starą „kurzą nóżką", pogrążona w rozmyślaniach. Frywolne śmiechy kobiet przebudziły ją z odrętwienia; pukając lufą pistoletu w daszek roboczej szarej czapki, wkroczyła do kurnika, okrążyła koszyki lęgowe i stanęła naprzeciwko Dzikiej Mulicy, która właśnie wybierała jaja.
– Co mówiłaś przed chwilą? – spytała, obrzucając ją groźnym spojrzeniem.
– Ja? Nic – odrzekła spokojnie Dzika Mulica, trzymając w dłoni spore jajko o brązowej skorupce.
– Przecież słyszałam! – wybuchnęła, postukując „kurzą nóżką" w druciane kosze.
– Co słyszałaś? – spytała Dzika Mulica prowokacyjnie. Twarz kierowniczki pociemniała i nabrała barwy skorupki jaja.
[27] Imię Wenhao po chińsku oznacza osobę wybitnie utalentowaną literacko.