Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Czy jest tu reporter?
– Jestem – odrzekł mężczyzna w średnim wieku, o pożółkłej twarzy, w okularach do czytania, który wyłonił się schylony zza stojaka do przywiązywania koni. – Tu jestem.
Trzymał w ręku pióro ze zdjętą skuwką i otwarty notes; był gotów do pisania. Komendant Ma zaśmiała się głośno i poklepała go po ramieniu pulchną dłonią.
– Widzę, że mamy tu redaktora naczelnego we własnej osobie! – powiedziała.
– W gospodarstwie pani Ma zawsze znajdzie się coś na pierwszą stronę! Nie odważyłbym się przysyłać tu nikogo innego – odparł mężczyzna.
– Pan Yu, zawsze taki pełen entuzjazmu! – pochwaliła Ma Ruilian i znowu poklepała go po ramieniu.
Reporter zbladł i skurczył się, chowając szyję w ramiona, jakby zrobiło mu się zimno. Później dowiedziałem się, że ten dziennikarz w średnim wieku, nazwiskiem Yu, który redagował lokalną gazetkę, drukowaną na powielaczu, był niegdyś redaktorem naczelnym gazety prowincjonalnego komitetu partyjnego, zanim został uznany za prawicowca.
– Dziś dostarczę panu materiału na pierwszą stronę – rzekła Ma Ruilian i posłała wytwornemu Yu Zhengowi przeciągłe spojrzenie, zaciągając się głęboko dymem z papierosa, którym niemal oparzyła sobie wargi. – Pfu! – wypluła go w taki sposób, że skrawki papieru i resztki tytoniu rozsypały się w powietrzu, co doprowadziłoby do pasji każdego, kto ma zwyczaj zbierać niedopałki. Wypuściła ostatni kłąb dymu i zwróciła się do inseminatorów: – Gotowi?
Inseminatorzy w odpowiedzi unieśli swoje narzędzia. Krew napłynęła jej do twarzy; zatarła ręce i parę razy klasnęła w dłonie nerwowo, po czym wyjęła chusteczkę i otarła je z potu.
– Końska sperma… Kto ma końską spermę? – spytała głośno.
Inseminator z końską spermą wystąpił z szeregu i odpowiedział głosem stłumionym przez maseczkę:
– Ja mam.
Ma Ruilian pokazała palcem krowę.
– Daj ją tej krowie. Zapłodnij ją końską spermą.
Inseminator zawahał się, spojrzał na Ma Ruilian, a potem na swoich czterech kolegów, jakby chciał coś powiedzieć.
– Na co czekasz? W tej robocie trzeba kuć żelazo, póki gorące, inaczej się nie uda!
– Tak jest, pani Ma! – rzekł inseminator ze złośliwym błyskiem w oku i zbliżył się błyskawicznie do krowiego zadu z pełnym końskiej spermy inseminatorskim aparatem w dłoni. Gdy wprowadzał narzędzie w krowi kanał rodny, usta Ma Ruilian rozchyliły się; oddychała ciężko, jakby to ją, nie krowę, zapładniano końską spermą. Po chwili wydała serię energicznych rozkazów: byczą spermą zapłodnić owcze jajeczko, a baranią – królicze. Pod jej nadzorem oślą spermę wstrzyknięto maciorze, a świńską wprowadzono do narządów rodnych oślicy.
Twarz redaktora gazetki poszarzała; otworzył usta, jakby miał za moment zapłakać w głos albo wybuchnąć niepowstrzymanym śmiechem. Jedna z inseminatorek, o podkręconych rzęsach i niewielkich, lecz bardzo lśniących czarnych oczach, niemal pozbawionych białek, ta, która trzymała aparat z baranią spermą, odmówiła wykonania polecenia. Cisnęła swój aparat na porcelanową tackę, ściągnęła rękawiczki i zdjęła maskę, odsłaniając górną wargę, obficie porośniętą meszkiem, biały nos i kształtny podbródek.
– To jakieś kpiny! – rzuciła gniewnie.
Miała dźwięczny głos i mówiła bardzo poprawnym językiem ogólnonarodowym.
– Jak śmiesz?! – Ma Ruilian klasnęła ostro w dłonie i zmierzyła jej twarz spojrzeniem surowym jak pustynia. – O ile się nie mylę, dostałaś czapkę – rzekła ponuro, czyniąc ręką gest zdejmowania czapki z głowy. – I nie jest to zwykła czapka – zostałaś uznana za prawicowca, i to trwale. Już nigdy nie pozbędziesz się wiecznej czapki prawicowca. Mam rację czy nie?
Szyja kobiety zgięła się jak oblodzone źdźbło trawy, głowa zwisła ciężko na piersi.
– To prawda, zawsze będę prawicowcem. Myślę jednak, że nauka i polityka to dwie różne rzeczy. Polityka jest zmienna jak pogoda: rano pada deszcz, wieczorem świeci słońce. W polityce białe może stać się czarnym, a czarne – białym. Nauka jest bezwzględna.
– Milczeć! – Ma Ruilian podskakiwała i dławiła się jak oszalały silnik parowy. – Nie pozwolę, żebyś sączyła swój jad na terenie mojego ośrodka! Masz czelność mówić o polityce? Wiesz, jak polityka ma na imię? Wiesz, czym się żywi? Polityka jest jądrem wszelkiej ludzkiej działalności! Nauka oderwana od polityki nie jest prawdziwą nauką! W słowniku proletariatu nie ma pojęcia nauki, która stawia się ponad polityką. Burżuazja ma swoją burżuazyjną naukę, a proletariat ma naukę proletariacką.
– Jeżeli proletariacka nauka polega na krzyżowaniu barana z królicą, żeby powstał nowy gatunek – przerwała jej kobieta, stawiając wszystko na jedną kartę – to ja uważam całą tę proletariacką naukę za kupę śmierdzącego psiego gówna!
– Jesteś arogancka, Qiao Qisha!- wycedziła Ma Ruilian, dzwoniąc zębami ze złości. – Rozejrzyj się wokół siebie: niebo jest wysokie, a ziemia rozległa! Masz odwagę nazywać naukę proletariacką kupą gówna? To czysty reakcjonizm! Za to jedno zdanie możesz wylądować w więzieniu, a nawet zostać rozstrzelana! Jesteś taka młoda i ładna – głos Shangguan Pandi, obecnie Ma Ruilian, nieco złagodniał – więc daruję ci tym razem, ale musisz wykonać zadanie. Inaczej nie będę zważać na to, czy jesteś kwiatem akademii medycznej, czy też trawą akademii rolniczej – potrafię poskromić tego konia o kopytach większych od ludzkiej głowy, więc nie myśl, że nie poradzę sobie i z tobą!
– Lepiej posłuchaj pani Ma, droga Qiao – poradził dziennikarz.
– W końcu to eksperyment naukowy. W okręgu Tianjin udało im się zaszczepić bawełnę na sterkulii i skrzyżować trzcinę z ryżem. Napisano o tym czarno na białym w „Dzienniku Ludowym"! Mamy teraz czas zrywania z przesądami, czas uwolnienia myśli, epokę cudów, które są dziełem człowieka. Jeśli ze skrzyżowania osła z koniem powstaje muł, to czemu ze skrzyżowania barana z królikiem nie mógłby powstać nowy gatunek? No, rób swoje.
Qiao Qisha, kwiat akademii medycznej i ultraprawicowiec, zarumieniła się po uszy; łzy zakręciły jej się w oczach.
– Nie, nie zrobię tego – powtórzyła uparcie. – To wbrew wszelkiemu rozsądkowi!
– To doprawdy niemądre, droga Qiao – rzekł redaktor.
– Nie byłaby prawicowcem, gdyby nie była niemądra! – rzuciła Ma Ruilian lodowato, wyraźnie niezadowolona z troskliwego tonu redaktora, który spuścił głowę w milczeniu.
Zbliżył się inny inseminator.
– Ja to zrobię, pani komendant – zaproponował. – Mogę wpuścić baranią spermę królicy, mogę nawet zapłodnić maciorę nasieniem dyrektora Li Du, nie widzę najmniejszego problemu.
Inseminatorzy zachichotali, a redaktor stłumił śmiech, udając kaszel. Ma Ruilian wpadła we wściekłość.
– Deng Jiarong, ty idioto! Posunąłeś się za daleko!
Deng Jiarong zdjął maskę, odsłaniając końską twarz o bezczelnym wyrazie.
– Pani komendant Ma, ja nie noszę żadnej czapki, zwykłej ani wiecznej – powiedział zimno. – Jestem trzecim pokoleniem górniczej rodziny, czerwonej od korzenia pod kłos. Nie zdoła mnie pani zastraszyć, tak jak tę małą Qiao.