Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 185
Перейти на страницу:

To rzekłszy, Deng Jiarong odwrócił się i odszedł. Ma Ruilian wyładowała więc całą wściekłość na Qiao Qisha.

– Bierzesz się do roboty czy nie? Jeśli nie wykonasz polecenia, zabiorę ci wszystkie kartki na zboże na ten miesiąc!

Qiao Qisha powstrzymywała się, jak mogła, w końcu jednak zalała się łzami i wybuchła głośnym szlochem. Z aparatem inseminacyjnym w nagiej dłoni podeszła chwiejnie do królicy i przytrzymała wierzgające, czarne zwierzę z czerwonym sznurkiem na szyi.

W tym momencie Pandi, obecnie Ma Ruilian, zauważyła mnie w końcu.

– Co tu robisz? – spytała lodowato.

Wręczyłem jej kwit wypisany przez kierownika biura. Przeczytała go.

– Zgłoś się do kurzej fermy, brakuje tam jednego robotnika do ciężkich prac – rzekła i przestała zwracać na mnie uwagę. – Niech pan pisze, panie Yu – zwróciła się do dziennikarza – proszę opuścić wszystko, co zbędne.

– Przyniosę pani kopię do akceptacji – odparł Yu i skłonił się. Ma Ruilian znów zwróciła się do Qiao Qisha:

– Zgodnie z twoim życzeniem, Qiao Qisha, możesz opuścić ośrodek inseminacyjny. Spakuj się i zgłoś się do kurzej fermy. A ty co tu jeszcze robisz? – spytała mnie.

– Nie wiem, gdzie jest ta kurza ferma. Spojrzała na zegarek.

– Chodź ze mną, mam tam coś do załatwienia. Zaprowadzę cię.

Gdy zobaczyliśmy w oddali pobielone wapnem mury kurzej fermy, zatrzymała się. Staliśmy na błotnistej ścieżce, która prowadziła obok złomowiska pełnego starego sprzętu wojskowego i amunicji; w rowie obok drogi stała brudna, ciemnoczerwona woda. Ogrodzony drucianą siatką plac porastało zielsko, spomiędzy którego wyzierały gąsienice zrujnowanych czołgów. Zardzewiałe lufy sterczały w błękitne niebo. Delikatne zielone pędy powoju oplatały połowę pocisku artyleryjskiego dalekiego zasięgu. Motyl siedział na lufie karabinu przeciwlotniczego, szczury biegały po wieżyczce czołgu. Wróble zagnieździły się w lufie wielkiego działa i wychowywały tam swoje pisklęta – co chwila wlatywały do środka ze szmaragdowymi owadami w dziobach. Mała dziewczynka z czerwoną kokardą we włosach siedziała na skruszałej ze starości oponie wozu artyleryjskiego, przyglądając się tępo dwóm chłopcom, którzy kamieniami wielkości gęsich jaj uderzali w dźwignie do kierowania w jednym z czołgów. Ma Ruilian wpatrywała się w ponure cmentarzysko, po czym odwróciła się w moją stronę. Z jej twarzy zniknęła apodyktyczna mina kierowniczki ośrodka inseminacji.

– W domu wszystko dobrze? – spytała.

Odwróciłem się i spojrzałem na podobne do motyli kwiaty powoju, obrastające karabin przeciwczołgowy, czując wzbierający gniew. Zmieniła nazwisko i śmie jeszcze zadawać takie pytania!

– Miałeś przed sobą świetlaną przyszłość – powiedziała. – Byliśmy z ciebie dumni. Ale Laidi wszystko zepsuła. Oczywiście, nie można za wszystko winić tylko jej. Głupota matki…

– Jeśli nie masz mi nic więcej do powiedzenia – odparłem – zgłoszę się do kurzej fermy.

– Oho, widzę, że zhardziałeś przez ostatnie lata! Cieszy mnie to. Shangguan Jintong ma już dwadzieścia lat, czas zaszyć na dobre dziurę na tyłku [26] i oduczyć się ssania.

Zarzuciłem sobie pościel na plecy i ruszyłem w kierunku fermy.

– Stój! Nie zrozum mnie źle. Ostatnio nie układało nam się najlepiej. Ciągle nas oskarżali o prawicowe odchylenia. Nie mieliśmy wyboru.

Wyjęła z kieszeni skrawek papieru, wyciągnęła długopis z małej torebki, którą miała na szyi i napisała na kartce parę słów.

– Idź, poszukaj kierowniczki Long i daj jej to – rzekła, wręczając mi kartkę.

– Jeśli masz jeszcze coś do powiedzenia, mów teraz – rzuciłem, przyjmując papierek.

Zawahała się.

– Musisz wiedzieć, że wiele nas kosztowało, mnie i Lu, dorobienie się tej pozycji, którą mamy teraz. Prosimy cię, żebyś postarał się nie przysparzać nam kłopotów – powiedziała. – Prywatnie mogę ci pomagać, ale publicznie…

– Daj spokój. Zmieniłaś nazwisko, nie masz już nic wspólnego z rodziną Shangguan. Nie znam cię i nie potrzebuję twojej prywatnej pomocy.

– Świetnie! Przy okazji powiedz matce, że Lu Shengli ma się dobrze.

Nie zwracając dłużej uwagi na Ma Ruilian, poszedłem dalej wzdłuż zardzewiałego, dziurawego, symbolicznego parkanu, który nie stanowiłby przeszkody dla krowy chcącej paść się wśród wraków uzbrojenia i skierowałem się w stronę śnieżnobiałych zabudowań kurzej fermy. Byłem bardzo zadowolony ze swojego zachowania przed chwilą. Czułem się, jakbym odniósł piękne zwycięstwo. Do diabła z wami, Ma Ruilian i Li Du. Do diabła z wami, zardzewiałe lufy, sterczące niczym żółwie szyje, do diabła z podwoziami moździerzy, niech szlag trafi osłony ciężkich karabinów maszynowych i skrzydła bombowców. Skręciłem przy kępie zielsk wielkich jak drzewa i znalazłem się przed dwoma rzędami budynków krytych czerwoną dachówką. W przestrzeni między nimi rozpięto białą sieć, wewnątrz której przechadzały się leniwie tysiące białych kur. Na wysokiej grzędzie siedział olbrzymi kogut ze szkarłatnym grzebieniem, niczym król pilnujący wielkiego haremu i piał donośnie. Od gdakania kur można było dostać pomieszania zmysłów.

Podałem kartkę od Ma Ruilian jednorękiej kierowniczce Long. Po jej twarzy o chłodnym wyrazie widać było, że jest osobą niezwykłą.

– Przyszedłeś w samą porę, chłopcze – powiedziała, przeczytawszy kartkę. – Oto twoje codzienne obowiązki: rano sprzątasz kurze odchody i zanosisz do chlewni, potem z tamtejszej fabryki paszy przynosisz karmę dla kur. Po południu razem z Qiao Qisha, która zaraz się tu zjawi, zanosicie całodzienną produkcję jaj do administracji, a potem idziecie do spichlerza i przynosicie stamtąd paszę dla kur na następny dzień. Zrozumiałeś?

– Zrozumiałem – odpowiedziałem, wpatrując się w jej pusty rękaw.

– W pracy u nas obowiązują dwie zasady – rzekła surowo, zauważywszy moje spojrzenie. – Po pierwsze, żadnego bumelanctwa. Po drugie, żadnych kradzieży żywności.

Księżyc świecił pięknie tamtej nocy, gdy leżałem na starych kartonowych pudłach w ciasnym składziku obok sali sypialnej, należącej do kurzej fermy. Niemilknące ani na chwilę pogdakiwania kur nie pozwalały mi zasnąć. Obok mieściła się sypialnia robotnic pracujących przy hodowli kur; słyszałem ich chrapanie przez cienką ścianę. Z chrapaniem mieszał się głos jakiejś kobiety, mówiącej przez sen. Przez szklane okno i szpary w drzwiach sączyło się zimne światło księżyca, oświetlając ideogramy wydrukowane na pudłach: „Szczepionki dla kur", „Przechowywać w suchym, nienasłonecznionym miejscu", „Uwaga, szkło!", „Ostrożnie", „Nie ściskać", „Nie odwracać". Plamy księżycowego światła przesuwały się powoli. Z letnich pól dobiegał warkot traktorów marki Czerwony Wschód. Brygada traktorzystów dzień i noc orała dziewiczą ziemię.

Poprzedniego dnia matka odprowadziła mnie do wyjścia z wioski, trzymając na rękach dziecko Laidi i Hana Ptaszka.

– Jintong – powiedziała – jest takie stare porzekadło: im większy trud i cierpienie, tym mocniej trzeba zacisnąć zęby i żyć dalej. Pastor Malloy, który przeczytał całą Biblię od deski do deski, mówił, że do tego się wszystko sprowadza. Nie martw się o mnie, twoja matka jest jak dżdżownica – do przeżycia wystarczy jej ziemia.

– Będę oszczędzał ziarno mamo, i przynosił ci do jedzenia.

– Pod żadnym pozorem nie rób tego. Matce wystarczy, że wy macie pełne żołądki.

– Mamo, Zaohua nauczyła się tego… rzemiosła… – powiedziałem, kiedy doszliśmy nad Rzekę Wodnego Smoka.

вернуться

[26] Chodzi o pęknięcie w dziecięcych spodniach, ułatwiające załatwianie potrzeby fizjologicznej.

1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)