Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Gadaj! – warknął dziko. – Najpierw ją zgwałciłeś, a potem zamordowałeś, co?
Shangguan Jintong, z twarzą wykrzywioną płaczem, wylawszy już wszystkie łzy, powtórzył po raz kolejny:
– Nie zabiłem jej ani jej nie zgwałciłem.
– Nie musisz się śpieszyć – rzekł szef bezpieczeństwa, który miał już tego wszystkiego dość. – Lada chwila będzie tu lekarz sądowy z powiatu i jego wściekłe psy. Jeśli powiesz nam wszystko teraz, uznamy to za dobrowolne przyznanie się do winy.
– Nie zabiłem jej ani jej nie zgwałciłem – powtórzył śmiertelnie zmęczony Jintong.
Szef wydziału wyjął paczkę papierosów, zgniótł i wyrzucił do wody. Przetarł oczy i zwrócił się do protokolanta:
– Sun, idź do dyrekcji i zatelefonuj do powiatowego biura bezpieczeństwa. Niech tu przyjeżdżają jak najszybciej. – Wciągnął nosem powietrze. – Zwłoki zaczynają cuchnąć, jeśli tamci nie przyjadą, niedługo nie będzie już co badać.
– Szefie, czy pan całkiem otępiał? Już przedwczoraj telefony nie łączyły, deszcz podmył i poprzewracał słupy telegraficzne.
– Cholera!
Szef wydziału zeskoczył z krzesła, włożył kapelusz przeciwdeszczowy, brodząc w wodzie, poczłapał do drzwi i wystawił głowę na zewnątrz. Spływający z dachu wodospad runął na jego lśniące plecy. Mężczyzna pobiegł na miejsce romantycznych spotkań Shangguana Jintonga i Long Qingping, pchnął drzwi i wszedł do pokoju.
Na dziedzińcu czysta woda mieszała się z brudną, na powierzchni unosiło się kilka zdechłych kur. Te, które przeżyły, przycupnęły pod murem na stercie cegieł; ze skulonymi szyjami, zakatarzone, kwiliły żałośnie. Shangguan Jintong cierpiał na ostry ból głowy, szczękał zębami. W jego umyśle panowała kompletna pustka, w której poruszało się nagie ciało Long Qingping. Wchodząc pod wpływem nagłego impulsu w nie do końca martwe ciało kobiety, miał ogromne poczucie winy, teraz jednak czuł wyłącznie niechęć i wstręt. Ze wszystkich sił próbował uwolnić się spod jej uroku, lecz ona, podobnie jak obraz Nataszy sprzed lat, tkwiła uparcie w jego myślach. Różnica polegała na tym, że wizja Nataszy miała postać pięknej młodej kobiety, a Long Qingping była paskudnym demonem. Gdy prowadzili go na przesłuchanie, postanowił, że nie będzie ujawniał tych ostatnich, niezbyt chwalebnych szczegółów z jej życia. Nie zabiłem jej, nie zgwałciłem jej, to ona rzuciła się na mnie, a gdy ją odtrąciłem, zastrzeliła się. I to było wszystko, co zdołali wydusić z niego podczas tego męczącego przesłuchania. Szef wydziału bezpieczeństwa wrócił i strząsnął wodę z szyi.
– Cholera jasna, cała spuchła, wygląda jak łysa świnia. Ohyda! – rzekł, chwytając się palcami za gardło.
W oddali runął wysoki, ceglany komin stołówki, z którego wciąż buchał czarny dym, a wraz z nim cały budynek: dach, zasłonięte żaluzjami okna. W powietrze wzbiła się srebrnoszara fontanna, rozległ się zduszony huk spadającej wody.
– Zawaliło się, rozpieprzyło w drobny mak, i cześć! – Szef bezpieczeństwa stanął jak wryty. – Pieprzyć śledztwo, co my teraz będziemy jedli?
Po zawaleniu się stołówki nic już nie zasłaniało widoku na pola po południowej stronie, na przeogromny, budzący grozę przestwór wody, który sięgał aż po horyzont. Wysokie, kręte wały przybrzeżne Rzeki Wodnego Smoka wystawały ponad powierzchnię; poziom wody pomiędzy nimi był nieco wyższy niż na otaczających terenach. Deszcz padał bardzo nierówno, jakby wylewany z gigantycznej konewki, przesuwającej się żwawo po niebie. Tuż pod konewką strugi deszczu cięły jak błyskawice, z rykiem i bulgotem, wypełniając powietrze gęstą, nieprzenikliwą mgłą. Poza jej zasięgiem blade promienie słońca oświetlały spokojny przestwór powodzi. Gospodarstwo Rzeki Wodnego Smoka było położone w najniższym rejonie podmokłych terenów Północno-Wschodniego Gaomi – cała deszczówka z trzech okolicznych powiatów zbierała się właśnie tutaj. Po zawaleniu się stołówki wszystkie pozostałe budynki o ścianach z ziemi i dachach krytych dachówką, należące do Gospodarstwa Rzeki Wodnego Smoka, jeden po drugim osunęły się do wody. Jedynie spichlerz na ziarno, zaprojektowany i wybudowany przez prawicowca Liana Badonga, ostał się pośród ruin. Zniszczeniu opierało się jeszcze kilka zabudowań kurzej fermy, wzniesionych z cegieł przyniesionych z cmentarza, lecz poziom wody wewnątrz dochodził już do parapetów okien. Drewniane ławy unosiły się na powierzchni, która sięgała Jintongowi do pępka, gdy dryfował na swoim krześle. Z terenów mieszkalnych gospodarstwa dobiegał jeden wielki krzyk i płacz; ludzie walczyli z wodą. Ktoś wołał:
– Uciekajcie na wały! Wszyscy na wały!
Protokolant kopnięciem otworzył okno i wyskoczył. Szef wydziału bezpieczeństwa zaklął szpetnie i zwrócił się do Jintonga:
– Chodź ze mną.
Jintong podążył za szefem na dziedziniec. Niewysoki mężczyzna, rozgarniając wodę rękami, gramolił się pomału do przodu. Jintong spojrzał za siebie i zauważył stadko kur przycupniętych na kalenicy, a tuż obok nich – zbrodniczego lisa. Trup Long Qingping także wypłynął na dziedziniec i sunął z wolna za Jintongiem: gdy przyśpieszył kroku – zwłoki przyśpieszyły również, gdy skręcił – podążyły za nim. Jintong o mało się nie ufajdał ze strachu. Wreszcie potargane włosy martwej kobiety zaplątały się w druciany parkan wokół cmentarzyska broni – był nareszcie wolny. Lufy dział dalekiego zasięgu oraz wieżyczki i lufy czołgów wystawały ponad powierzchnię wody niczym gigantyczne żółwie, wyciągające w górę szyje. Ledwie obaj mężczyźni dotarli na teren brygady traktorzystów, zabudowania kurzej fermy zawaliły się ostatecznie.
W garażu mnóstwo ludzi tłoczyło się na dwóch czerwonych kombajnach, importowanych ze Związku Radzieckiego. Kilku ludzi wciąż próbowało się na nie wspiąć, w rezultacie kilku innych ześliznęło się z powrotem do wody.
Fala porwała szefa wydziału bezpieczeństwa. Shangguan Jintong dzięki powodzi odzyskał wolność. Grupka prawicowców, trzymając się za ręce, podążyła w kierunku Rzeki Wodnego Smoka. Prowadził mistrz skoku wzwyż Wang Meizan, a inżynier Liang Baodong zamykał tyły. W środku szły Huo Lina, Ji Jadeitowa Gałązka, Qiao Qisha i sporo innych, nieznanych Jintongowi osób. Jintong, wiosłując wszystkimi kończynami, zbliżył się do grupy; Qiao Qisha wyciągnęła do niego rękę. Mokre ubrania przylgnęły do skóry kobiet, tak że wyglądały prawie jak nagie. Siłą złego przyzwyczajenia Jintong zerkał na piersi Huo Lina, Ji Jadeitowej Gałązki i Qiao Qisha. Pełne trudów życie ich właścicielek sprawiło, że wszystkie trzy pary miały w sobie coś surowego, wręcz bezwzględnego, zachowały jednak swoją łagodną urodę, niewinną świeżość, swobodę i romantyzm. Nieokrzesane, twarde jak ze stali sutki Long Qingping należały do zupełnie innej kategorii. Jintong powrócił myślami do pełnej snów krainy dzieciństwa, a duch Long Qingping przestał go dręczyć. Poczuł się niby motyl, który wypełzł na świat z poczerniałych zwłok, wysuszył w słońcu skrzydła, a teraz tańczy w powietrzu ponad pagórkami piersi, rozsiewającymi niezwykły aromat.
Jintong pragnął, by ta mozolna przeprawa przez wodę trwała wiecznie, lecz widok wału nad Rzeką Wodnego Smoka zniweczył jego marzenia. Ludzie z gospodarstwa stali na wale ze skulonymi ramionami. Spokojne wody toczyły się z wolna, w powietrzu unosiła się mgła; nie było widać jaskółek ani mew. Na południowym zachodzie biała chmura deszczu spowijała Dalan. Ze wszystkich stron dobiegały zmieszane odgłosy płynącej, lejącej się, kapiącej wody.
Kiedy kryty czerwoną dachówką spichlerz w końcu się zawalił, całe Gospodarstwo Rzeki Wodnego Smoka zamieniło się w ogromne jezioro. Na wale rozległ się jeden wielki lament – płakali lewicowcy, szlochali prawicowcy. Rzadko widywany dyrektor Li Du potrząsał swoją siwą głową Lu Lirena i nawoływał ochryple: