Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Cały ten radosny, hałaśliwy karnawał w świetle płomieni nie trwał długo i w Północno-Wschodnim Gaomi nastały nowe, posępne czasy. Pewnego deszczowego jesiennego ranka wąską drogą z południowego wschodu wtoczył się do Dalanu oddział ciężkiej artylerii, wioząc w dwunastu ciężarówkach dwanaście pocisków artyleryjskich wielkiej mocy. Kiedy wjeżdżali do wioski, głuchoniemy samotnie skakał po mokrej ulicy. Ostatnimi czasy wielkie skoki bardzo go wyczerpały; był w wyraźnie gorszej formie. Jego oczy straciły blask, a nadmiar alkoholu sprawił, że kadłubowate ciało przybrało na wadze. Przybycie artylerii poprawiło mu nastrój. Wbrew swoim zwyczajom, z krawędzi ulicy przeniósł się na sam środek i zatarasował drogę kolumnie ciężarówek. Jeden po drugim wozy stanęły. Żołnierze mrugali oczami w jesiennym deszczu, spoglądając na dziwaka, który blokował ruch. Z szoferki wyskoczył nieduży oficer z pistoletem u pasa.
– Głupcze, życie ci niemiłe? – rzucił ze złością.
Droga była śliska, koła ciężarówki – wysokie, niski niemowa znalazł się więc niemal poza polem widzenia kierowcy, który dostrzegłszy jakiś brunatny cień, nacisnął stopą hamulec. Niestety, spory zderzak zdążył już ugodzić głuchoniemego w olbrzymią, kanciastą głowę. Nie było krwi, lecz na jego czole szybko wyrósł siny guz wielkości kurzego jaja. Oficer już miał rzucić kolejnych parę wyzwisk, jednak sokole spojrzenie głuchoniemego przyprawiło go o skurcz serca. Jego wzrok trafił na lśniący medal, przypięty do zniszczonego munduru. Natychmiast stanął na baczność, schylił się i zasalutował.
– Proszę o wybaczenie, panie oficerze, najmocniej przepraszam – oznajmił głośno.
Głuchoniemy był bardzo zadowolony z siebie. Odsunął się na pobocze, otwierając przejście. Kolumna załadowanych ciężarówek powoli pociągnęła dalej drogą. Żołnierze na ciężarówkach salutowali Niemowie, on także unosił dłoń, dotykając końcami palców daszka swojej miękkiej czapki. Ciężarówki pozostawiły za sobą straszliwie rozjeżdżoną drogę. Wiał północno-zachodni wiatr, deszcz zacinał, nad ulicą unosiła się lodowata mgła. Kilka ocalałych wróbli prześlizgiwało się pomiędzy strugami deszczu. Parę przemoczonych psów ze spuszczonymi ogonami stało pod propagandowym namiotem, obserwując z zainteresowaniem przemarsz głuchoniemego.
Przejazd artylerii był znakiem końca radosnych dni. Głuchoniemy wrócił do domu przygnębiony, ze spuszczoną głową. Jak zwykłe zastukał w drzwi jednym ze stołków, lecz te otworzyły się same. Niespodziewanie do jego uszu doszło skrzypienie zawiasów; słyszał je bardzo wyraźnie. Do tej pory żył w świecie niemal całkowitej ciszy, dzięki czemu Han Ptaszek i Laidi mogli bardzo długo ukrywać swoją zdradę. Przez ostatnich kilka miesięcy większość dnia spędzał na ulicy, w pobliżu pieców hutniczych, a po powrocie do domu rzucał się spać jak ledwo żywy ze zmęczenia pies, by o świcie znowu wyruszyć na ulicę. Niemal nie widywał Laidi, co było kolejnym powodem, dla którego jej romans tak długo nie został odkryty.
Odzyskanie słuchu przez głuchoniemego mogło być wynikiem uderzenia zderzakiem w głowę – być może wstrząs zniszczył owo tajemnicze coś, co zatykało mu uszy. Niemowa zląkł się skrzypu zawiasów, potem ze zdziwieniem przysłuchiwał się bębnieniu kropli deszczu o liście oraz chrapaniu Shangguan Lu śpiącej na kangu. Matka przed snem zapomniała zamknąć drzwi. Najbardziej jednak zdumiały go na wpół bolesne, na wpół rozkoszne jęki Laidi, dobiegające ze wschodniego skrzydła.
Pociągając nosem niczym pies myśliwski, poczuł przypominający woń małży zapach ciała Laidi. Popędził do wschodniego skrzydła. Lodowata woda z kałuż na podwórku przesiąkła przez jego gumową poduszkę i zmoczyła mu pośladki; czuł ukłucia bólu w okolicy odbytu.
Drzwi do wschodniego skrzydła lekkomyślnie pozostawiono otwarte. W pokoju paliła się świeca, oczy Ptasiej Nieśmiertelnej na obrazie lśniły chłodnym blaskiem. Głuchoniemy od razu dostrzegł długie, porośnięte czarnym włosem, silne, budzące jego zazdrość nogi Hana Ptaszka. Pośladki Ptaszka poruszały się rytmicznie; pod nimi znajdowały się wypięte w górę biodra Laidi. Jej obwisłe piersi podrygiwały, potargane włosy przesuwały się po poduszce; dłońmi ściskała kurczowo posłanie. Jęki, które tak silnie drażniły nerwy Niemowy, dochodziły spod burzy czarnych włosów. Zahuczało mu w uszach; w oczach rozbłysła szmaragdowa eksplozja. Ryknął jak ranne zwierzę i rzucił stołkiem, który odbił się od ramienia Hana Ptaszka, uderzył w ścianę i wylądował obok policzka Laidi. Cisnął drugim stołkiem; tym razem trafił Hana Ptaszka w zadek. Han odwrócił się i zmierzył nienawistnym spojrzeniem przemoczonego i trzęsącego się z zimna Niemowę. Uśmiechnął się z dumą. Ciało Shangguan Laidi w jednej chwili opadło płasko na posłanie. Leżąc twarzą w dół i dysząc, wyciągnęła rękę i okryła się kołdrą.
– Zobaczyłeś nas, no i co? Głuchoniemy bękarcie! – warknęła, podnosząc się.
Głuchoniemy podparł się rękami i niczym gigantyczna żaba przeskoczył przez próg; kolejny skok zaniósł go przed Hana Ptaszka. Rzucił się wielką głową naprzód, a Han Ptaszek, zakrywając rękami organ, którym przed chwilą tak sprawnie się posługiwał, z jękiem zgiął się wpół. Żółty pot w ciągu sekundy wystąpił mu na twarz. Głuchoniemy zaatakował jeszcze zajadlej. Jego długie, przypominające macki ośmiornicy, wyjątkowo rozrośnięte ramiona oplotły tors Ptaszka, a zrogowaciałe łapska, twarde jak ze stali, skupiające w sobie całą jego siłę, ścisnęły go za gardło. Ciało Hana Ptaszka sflaczało i osunęło się na ziemię; jego usta rozwarły się w budzącym lęk grymasie, oczy wywróciły się białkami do góry.
Laidi, ocknąwszy się z panicznego odrętwienia, chwyciła stołek leżący obok poduszki i naga, jak ją Pan Bóg stworzył, zeskoczyła z kangu.
Z początku okładała sztywne ramiona Niemowy, lecz równie dobrze mogłaby uderzać w pień sosny. Huknęła więc w głowę, która wydała głuchy odgłos niczym dojrzały arbuz. Wypuściła stołek i zdjęła z drzwi ciężką sztabę, zakręciła nią w powietrzu i spuściła na czaszkę Niemowy. Głuchoniemy jęknął, lecz nie stracił równowagi. Wymierzyła kolejny cios. Głuchoniemy puścił gardło Ptaszka, zachwiał się niby kopnięta beczka i padł jak długi. Bezwładne ciało Hana Ptaszka osunęło się na niego.