Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
Złe sny po trochu odchodziły, znikały, mijał też strach na widok każdego policjanta. Najlepszym lekarstwem była praca, Amalia ciągle coś robiła, gotowała, prała bieliznę Ambrosia, doglądała Amality Hortensji, a on tymczasem starał się zamienić porosły chwastami placyk w ogródek. Biegł tam boso i pracował od wczesnego ranka, godzinami wyrywał zielsko, ale odrastało bardzo szybko, jeszcze gęściej niż przedtem. Naprzeciwko była chata pomalowana białą i niebieską farbą, otoczona ogrodem pełnym owocowych krzewów. Któregoś dnia Amalia poszła poradzić się sąsiadki, i doña Lupe – żona jednego takiego, co miał niewielką farmę w górnym dorzeczu i rzadko się tu pokazywał – przyjęła ją bardzo serdecznie. Oczywiście, że jej pomoże, w czym tylko będzie mogła. To była nasza pierwsza i najlepsza przyjaciółka w Pucallpa, paniczu. Doña Lupe nauczyła Ambrosia, jak wyrywać zielsko i jednocześnie zasiewać ogród, tu sadzić słodkie kartofle, tu jukę, tu ziemniaki. Dała im nasiona, a Amalię nauczyła robić potrawę ze smażonych bananów, ryżu, juki i ryb, w Pucallpa wszyscy to jedli.
II
– Wypadek? Jak to wypadek? – śmieje się Ambrosio. – Chce pan powiedzieć, że pana zmusili do żeniaczki?
Zaczęła się jedna z tych głupich zarwanych nocy, która jakimś cudem zmieniła się w hulankę. Norwin dzwonił do „Kroniki”, że czeka na nich w „El Patio”, i Santiago z Carlitosem, jak tylko skończyli robotę, poszli się z nim spotkać. Norwin chciał iść do burdelu, Garlitos do „Pingwina”, zagrali w orła i reszkę i Garlitos wygrał. Czy tam było jakieś nieoficjalne przyjęcie? Lokal był smutny i pusty. Pedrito Aguirre usiadł razem z nimi i postawił piwo. Drugi show się skończył, ostatni klienci wyszli i wtedy, nagle, nieoczekiwanie, dziewczęta z zespołu i chłopcy z orkiestry, i obsługa baru znaleźli się naokoło nich, ze śmiechem zajmując stoliki. Zaczęły się żarty, picie, kawały i kpiny, wszystko stało się radosne, dowcipne, żywiołowe i sympatyczne. Pili, śpiewali, zaczęli tańczyć, pod bokiem Santiago Chinka i Garlitos, milczący i przytuleni, patrzyli sobie w oczy, jakby dopiero przed chwilą poznali, co to jest miłość. O trzeciej nad ranem jeszcze tam byli, pijani i rozkochani, wielkoduszni i rozmowni, a Santiago zadurzył się w Adzie Rosie. To właśnie ona, Zavalita: malutka, pupiasta, czarniusieńka. Jej krzywe nogi, myśli, jej złoty ząb, nieświeży oddech, niewyparzony język.
– Tak, miałem wypadek – mówi Santiago. – Wypadek samochodowy.
Norwin ulotnił się pierwszy, razem z czterdziestoletnią tancerką o płomiennych włosach. Chinka i Garlitos namówili Adę Rosę, żeby pojechała razem z nimi. Pojechali taksówką do mieszkania Chinki na Santa Beatriz. Siedząc koło kierowcy, Santiago roztargnioną ręką gładził kolana Ady Rosy, która kiwała się w drzemce obok całujących się wściekle Cariñosa i Chinki. U Chinki wypili całe piwo z lodówki, słuchali płyt i tańczyli. Kiedy za oknem zaczęło się rozwidniać, Chinka i Garlitos zamknęli się w sypialni, a Santiago z Adą Rosą zostali sami w salonie. W „Pingwinie” już się całowali, tutaj trochę się ściskali i ona siedziała mu na kolanach, ale teraz, kiedy chciał ją rozebrać, zaczęła się stawiać, krzyczeć na niego i przeklinać. W porządku, Ada Rosa, nie będziemy się kłócili, chodźmy spać. Rzucił poduszki z fotela na dywan, położył się i zasnął. Kiedy się obudził, zobaczył jak przez błękitną mgiełkę, że Ada Rosa śpi w ubraniu, skulona na kanapie niczym embrion. Jednym susem rzucił się do łazienki, był oszołomiony, ociężały, bolały go kości, wsadził głowę pod strumień zimnej wody. Wyszedł na ulicę: blask słońca raził go w oczy, aż się załzawiły. Wypił kawę w barze na Petit Thouars, a potem, niezbyt pewnie czując się na nogach, wsiadł do mikrobusu w kierunku Miraflores i przesiadł się do drugiego, do Barranco. Na magistrackim zegarze było południe. Pani Lucía zostawiła na jego łóżku kartkę: niech zadzwoni do „Kroniki”, bardzo pilne. Arispe chyba zwariował, jeżeli myślał, że do niego zadzwonisz, Zavalita. Ale kiedy już leżał w łóżku, pomyślał, że i tak nie uśnie z ciekawości, i w piżamie zbiegł do telefonu.
– Nie jest pan zadowolony ze swego małżeństwa? – mówi Ambrosio.
– Psiakrew – powiedział Arispe. – Co za głos zza grobu.
– Byłem na przyjęciu i ledwo się trzymam na nogach – powiedział Santiago. – Całą noc nie spałem.
– Prześpisz się w drodze – powiedział Arispe. – Łap taksówkę i bądź tu zaraz. Pojedziesz do Trujillo, razem z Periquitem i Daríem, Zavalita.
– Do Trujillo? – podróż, myśli, nareszcie gdzieś się ruszyć, choćby i do Trujillo. – Czy nie mógłbym wyjechać za jakąś…
– Mowy nie ma, już w tej chwili powinieneś być daleko stąd – powiedział Arispe. – Pewna wiadomość, zdobywca półtora miliona w totku, Zavalita.
– Dobra, wskakuję pod prysznic i zaraz będę – powiedział Santiago.
– Możesz mi przetelefonować twój artykuł dziś w nocy – powiedział Arispe. – Nie myj się, tylko przyjeżdżaj, będzie więcej wody dla takich niechlujów jak Becerrita.
– Ależ skąd, jestem zadowolony – mówi Santiago. – Tylko że właściwie nie ja o tym zadecydowałem. To jakoś tak wyszło samo, tak jak praca w gazecie, jak wszystkie moje sprawy. Ja się o nic nie starałem, to raczej one mnie zagarnęły.
Szybko się ubrał, jeszcze raz zmoczył głowę, w kilku susach zbiegł ze schodów. Kiedy dojechali pod „Kromkę”, kierowca taksówki musiał go budzić. Był słoneczny poranek, rodzące się ciepło łagodnie przenikało skórę, usypiało mięśnie i wolę. Arispe zostawił mu instrukcje i pieniądze na benzynę, posiłki i hotel. Mimo kiepskiego samopoczucia i senności cieszyłeś się na myśl o podróży, Zavalita. Periquito usiadł obok Daría, a Santiago wyciągnął się na tylnym siedzeniu i prawie natychmiast usnął. Obudził się, kiedy wjeżdżali do Pasamayo. Po prawej piaszczyste wydmy i wyniosłe żółte ściany gór, po lewej połyskliwe błękitne morze i przepaść, która rosła, w miarę jak autostrada mozolnie pięła się po zalesionym zboczu. Usiadł i zapalił papierosa; Periquito z niepokojem patrzył w dół.
– No co, ptaszynki, przyjrzyjcie się dobrze, to zaraz wytrzeźwiejecie – zaśmiał się Darío.
– Jedź wolniej – powiedział Periquito. – I lepiej się nie odwracaj, kiedy do nas mówisz, nie masz oczu z tyłu głowy.
Darío jechał szybko, ale pewnie. W Pasamayo prawie nie spotykali innych samochodów, w Chancay zrobili postój, żeby coś zjeść w gospodzie dla kierowców autobusów, tuż przy szosie. Ruszyli dalej i Santiago, starając się spać mimo kołysania, słyszał, jak rozmawiają.
– To chyba bujda z tym facetem w Trujillo – powiedział Periquito. – Na świecie jest pełno gówniarzy, co nic nie robią, tylko podają gazetom fałszywe wiadomości.
– Półtora miliona solów na jednego – powiedział Darío. – Nie wierzyłem w ten totalizator, ale teraz zacznę grać.
– Wydaj półtora miliona na dziwki, a potem mi opowiesz – rzekł Periquito.
Dogorywające osady, napastliwe psy, które z wyszczerzonymi kłami wyskakiwały im na spotkanie, ciężarówki na postoju tuż przy szosie, a od czasu do czasu plantacje trzciny. Wjeżdżali na osiemdziesiąty trzeci kilometr, kiedy Santiago znowu usiadł i zapalił. Jechali po prostym odcinku drogi, z obu stron mieli piaszczyste wydmy. Ciężarówka nie zaskoczyła ich; widzieli ją z daleka, na szczycie wzgórza, patrzyli, jak się zbliża, powolna, ciężka, przysadzista, wioząc swój ładunek blachy przywiązany sznurami do platformy. Dinozaurus, powiedział Periquito w chwili, kiedy Dario gwałtownie hamował i skręcał w bok, bo w miejscu, gdzie mieli wyminąć ciężarówkę, była wyrwa w nawierzchni. Koła ich auta wpadły w piasek, coś trzasnęło pod nimi, wyprostuj! krzyknął Periquito, i Dario spróbował, no i w ten sposób rozpieprzyliśmy się, myśli. Koła zagłębiły się w piachu, ześliznęły się zamiast wspiąć się na brzeg szosy, i auto toczyło się jeszcze naprzód w potwornym przechyle, aż pokonał je własny ciężar i poturlało się jak piłka. Jak w kinie, Zavalita. Usłyszał krzyk, a może to on sam krzyknął, świat wykręcił się skośnie, jakaś siła gwałtownie cisnęła go do przodu, ciemność i migotanie gwiazd. Po bliżej nieokreślonym czasie wszystko się uspokoiło, pogrążone w mroku, pełne bólu i gorąca. Najpierw poczuł cierpki smak i chociaż miał już otwarte oczy, dopiero po dłuższej chwili odkrył, że rozstał się z pojazdem i leży na ziemi, a ów cierpki smak to piasek, którego mu się napchało do ust. Usiłował wstać, oślepił go zawrót głowy i znowu upadł. Potem poczuł, że go biorą za nogi i ręce, podnoszą i oto na dnie drugiego, mglistego snu były te dziwne dalekie twarze i to uczucie nieskończonego, jasnego spokoju. Czy to będzie właśnie takie, Zavalita? Czy to będzie takie milczenie bez pytań, taka jasność bez wątpliwości, bez wyrzutów sumienia? Wszystko-stało się płynne, niekonkretne i obce, i poczuł, że leży na czymś miękkim, co się kołysze. Był w samochodzie, ułożony na tylnym siedzeniu, rozpoznawał glosy Periquita i Daría i zobaczył jakiegoś mężczyznę w brązowym ubraniu.