Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 151
Перейти на страницу:

– Słyszałem o waszych zwyczajach… Nowa krew w plemieniu płaci wzrokiem za prawo wejścia między Issaram. Wygląda na to, że jestem idealnym kandydatem. Ale nie, Deano d’Kllean, nie prychaj na mnie i nie krzyw się. Nie ucieknę, choć mi to proponowali… nie uwierzysz kto. Dla niektórych byłoby najlepszym rozwiązaniem, gdybym okazał się tchórzem, podlecem niegodnym tytułu. Jestem księciem Białego Konoweryn, ostatnim z tej linii krwi Agara. Nie mogę… po prostu nie mogę, rozumiesz? I przeklinam tę niemożność, bo gdybym był kim innym, wyjechałbym z tobą na kraniec świata, by czuć cię, słyszeć i dotykać przez wszystkie oddechy, które mi pozostały.

Zamrugała. Poeta, niech go szlag.

– Obowiązek ponad wszystko?

– Nie ponad wszystko. Ponad wiele rzeczy. Rozumiesz? – zapytał miękko. – Powiedz, że rozumiesz.

Kto jak nie Issaram może rozumieć prawa obowiązku? Mimo wszystko poczuła irytację.

– Rozumiem. Ale wiesz, że to może nie mieć znaczenia? Że za sto, co ja mówię, za dziesięć lat nikt nie będzie o tym pamiętał? Że twój wybór ocenią na podstawie tego, co w księgach zanotują tacy uczeni, jak Oglal z Fyz, a oni napiszą to, co każe im własny interes. Jeśli – by przypodobać się nowemu władcy – przedstawią cię jako idiotę i tchórza, który dał się zarżnąć jak zwierzę składne w ofierze, to tak właśnie będzie. Bo opowieść o przeszłych wydarzeniach tkają ci, którzy je przeżyli, głupcze. Rozumiesz to? Powiedz, że rozumiesz.

Zaśmiał się i od razu uleciała z niej cała złość. To był śmiech tłumacza, uczonego, poety. Mężczyzny, który był z nią na pustyni, gdy uciekli bandytom.

– Mówiłem, że to ty powinnaś być władczynią Konoweryn. Dziś wysławiano by twoją mądrość i przenikliwość, a ja jako książę małżonek pławiłbym się w blasku chwały mojej pani.

Mojej pani. Powiedział to. Po raz pierwszy powiedział to otwarcie.

– Marzenia – wychrypiała.

– Właśnie. Marzenia. Wypijmy za nie. – Dokończył swoje wino kilkoma długimi haustami. – Obiecaj mi… przynajmniej tyle, że jeśli coś się stanie i nie zdążysz… jeśli będzie po wszystkim… uciekniesz, żeby opowiedzieć gdzieś, komuś, prawdę.

– Nic takiego się nie stanie, wiesz o tym.

– Wiem. Ale jeśli?

Westchnęła, czując nagle znużenie, jakby właśnie skończyła wielogodzinne modlitwy, bez snu i odpoczynku.

– Dobrze… nie mówmy o tym… dobrze? Jutro będziesz potrzebował wszystkich sił.

– Wiem…

Wstał nagle, gwałtownie, aż przewrócone krzesło trzasnęło o podłogę.

– Idę. Muszę iść. Jeśli zostanę…

– To co?

– To nic. Mogę nie znaleźć w sobie dość odwagi, by stanąć w Oku. A ciebie mogą zabić, za tę ostatnią noc.

– Bo nowy lew będzie przejmował harem?

Uniósł brwi.

– Nie rozumiem.

– Nieważne. Idź już. Zobaczymy się jutro przed świtem.

Uśmiechnął się dokładnie tak, jak uśmiechał się do niej na pustyni, i wyszedł ostrożnie, zamykając za sobą drzwi.

Odstawiła ledwo napoczęty pucharek. Minęła północ, od tej chwili nie powinna nic jeść ani pić, by powitać koniec swojej pielgrzymki zgodnie ze zwyczajem. Usadowiła się z powrotem na łóżku, gładząc przepiękną ta’chaffdę z ciemnożółtego jedwabiu. Spojrzała na swoje szable. Została jeszcze jedna rzecz do zrobienia. Kan’nolet nie powinno oglądać żadnego fałszu.

Rozdział 20

Kobieta w czerni zostawiła go samego, w ciemności, która nagle stała się duszna i ciężka. Po jakimś czasie pojawili się kapłani, którzy zignorowali złodzieja całkowicie i skupili się tylko na leżącym na ziemi arystokracie. Podnieśli go ostrożnie i wyszli. Żaden nawet nie spojrzał na Altsina.

Był tylko kawałkiem mięsa wiszącym na rzeźniczym haku.

Uszkodzone kolano pulsowało tępym bólem, złamane żebra rwały w rytm uderzeń serca i jeśli dobrze to wyczuwał, opuchlizna nad okiem powoli zmieniała mu twarz w jakąś groteskową maskę.

Spróbował sobie wyobrazić, jak wygląda.

Obraz kobiety tulącej zakrwawionego chłopca wybuchł mu w głowie ciągiem wydarzeń. Altsin nie widział ich początku. Wychodząc zza rogu, natknął się na grupę walczących. Dziesięciu, może dwunastu młodzików z Durwonami wytatuowanymi na przedramionach atakowało trzech starszych mężczyzn, którzy ustawieni w półokrąg, blokowali uliczkę, broniąc klęczącej na ulicy kobiety, tulącej do siebie chłopca, mniej więcej dwunastoletniego. Rozbita głowa dzieciaka zwisała bezwładnie, opuchlizna zakrywała jego lewe oko, a krew rozcieńczały łzy matki.

Walka nabierała tempa.

Chroniący kobietę i dziecko mężczyźni byli dobrze ubrani, jak kupcy, którym się powodzi, i uzbrojeni w ciężkie drągi, wyciągnięte zapewne ze szczątków pobliskiego straganu. Po drugiej stronie pracowały krótkie pałki, kawałki łańcucha obciążone ołowianymi ciężarkami i kastety. Żadna ze stron nie używała nagich ostrzy, co nie zmieniało faktu, że starcie było krwawe.

Dwóch młodzików leżało już na bruku, trzeci cofał się, kulejąc i trzymając za brzuch, za to jeden z kupców co chwila ocierał przedramieniem krew zalewającą oczy, a drugi chwiał się i z coraz większym trudem odpierał ataki. Długo nie wytrzymają.

– Pomóż nam! Proszę!

Kobieta patrzyła na Altsina z błaganiem w oczach i wskazywała znajdujące się na końcu uliczki drzwi opatrzone znakiem Pochylonego Drzewa.

Wspomnienia zaczęły blednąć. Potrząsnął głową, usiłując je dogonić.

Podbiegł do niej, podniósł chłopca i pomógł zanieść do świątyni Dress. Wrota usłużnie otworzyły się, wpuszczając najpierw ich trójkę, a potem mężczyzn, wciąż dzierżących w dłoniach improwizowaną broń. Wataha szczeniaków zatrzymała się przed drzwiami w ponurym milczeniu, ale nie próbowała wejść do środka. Pani Wiatrów miała wiernych wyznawców w PonkeeLaa, bo wielu marynarzy wolało w czasie żeglugi zaufać jej łasce niż kaprysom Aelurdi, która częściej sprowadzała huragany niż stały, łagodny wiatr, a wilki morskie mogłyby poczuć się urażone zbezczeszczeniem jej przybytku. Poza tym, co świadczyło o mądrości tutejszych kapłanów, przed drzwiami stanęło natychmiast czterech strażników w pełnym uzbrojeniu. Altsin pamiętał, że go to zdumiało, w PonkeeLaa, które opuścił, straż świątynna pełniła funkcje reprezentacyjne i tylko od święta nosiła lamelkowe zbroje, stalowe hełmy i ciężkie tarcze.

On nie powiedział nic złego. – Kobieta, płacząc, ocierała twarz dziecka z krwi. – Na pewno nic złego nie powiedział. Dlaczego…

Bo to gówniarze, którzy uważają się za świętych wojowników jedynej prawdy i są gotowi dla niej zabijać – pamiętał, że wypowiedział te słowa cicho, gniew tlił się w nim gdzieś w głębi, ale przykrył go warstwą lodu. – Są jak gromada wściekłych psów. Trzeba uważać na słowa, gesty i spojrzenia.

Wspomnienie tego gniewu było dziwne. Miał prawie pewność, że te emocje były jego. Choć sam kilka lat wcześniej był jednym z ulicznych zabijaków, nagle odkrył, że trudno mu się identyfikować z tą ponurą bandą, stojącą wciąż, z pełnym rozczarowania uporem, przed świątynią Dress. A najdziwniejsze było to, że miał pewność, że ON też jest wściekły. A powinien przecież czuć choć cień sympatii dla tych, którzy walczą, było nie było, z jego znakiem wytatuowanym na skórze.

Uważać? Powiedział tylko, że Wielka Matka jest mądrzejsza od Reagwyra, bo matka zawsze jest mądrzejsza od dziecka. Sam słyszałem. – Najstarszy z trójki mężczyzn, ten z rozwalonym łukiem brwiowym, pochylił się nad chłopcem. – A rozbili mu głowę jak jajko. I skatowaliby moją córkę, gdybyśmy ich nie powstrzymali. Skarga pójdzie, przysięgam, że pójdzie skarga do starszyzny cechu, a jak będzie trzeba, to i do Rady Miasta. Chłopak może już nie wstać albo zostanie do końca życia śliniącym się idiotą.

1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)