Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 163
Перейти на страницу:

– Czemu pan się śmieje – mówi Ambrosio. – Ja naprawdę tak myślę o pańskim ojcu, jak mówiłem, paniczu.

– Nie, ja nie z tego – mówi Santiago. – Śmieję się z mojej twarzy intelektualisty.

Następnego dnia don Fermín już siedział na łóżku i czytał gazety. Był ożywiony, oddychał bez trudu, twarz znów nabrała kolorów. Leżał w klinice tydzień i Santiago odwiedzał go codziennie, ale zawsze zastawał tam jeszcze kogoś. Jacyś krewni, których nie widział od lat i którzy obrzucali go szczególnym, nieufnym spojrzeniem. Czarna owca, ten, co uciekł z domu, ten, przez którego Zoila tak się zamartwia, ten, co siedzi na nędznej posadce w jakiejś gazecie? Trudno było nawet spamiętać imiona tych wszystkich ciotek i wujów, Zavalita, twarze tych kuzynów i kuzynek; pewno wiele razy mijałeś ich na ulicy i nawet ich nie poznałeś. Był listopad i zaczynało się robić ciepło, kiedy señora Zoila i Chispas zawieźli don Fermina do Nowego Jorku na badania. Wrócili po dziesięciu dniach i cała rodzina pojechała na wakacje do Ancón. Nie widziałeś ich prawie trzy miesiące, Zavalita, ale nie było tygodnia, żebyś nie dzwonił do starego. Pod koniec marca wrócili do Miraflores, don Fermín był wypoczęty, twarz miał zdrową i opaloną. Kiedy znów przyszedł w niedzielę na obiad, zobaczył, że Popeye całuje senorę Zoile i don Fermina. Pozwolono Teté chodzić z nim w soboty na dancing do Grill del Bolívar. Na twoje urodziny Teté, Chispas i Popeye przyszli do ciebie do pensjonatu i wyciągnęli cię z łóżka, a w domu wszyscy czekali z prezentami. Dwa garnitury, Zavalita, koszule, buty, spinki, a w kopercie czek na tysiąc solów, które przepuściłeś razem z Carlitosem w jakiejś spelunce. Bo na co jeszcze warto wydawać forsę, Zavalita, co nam zostało poza tym?

– Na początku to się obijałem – mówi Ambrosio. – Potem byłem kierowcą, no a potem to się pan uśmieje, byłem współwłaścicielem zakładu pogrzebowego.

Pierwsze tygodnie w Pucallpa okazały się niedobre. Nawet nie dlatego, że Ambrosio był smutny i nic nie mogło go pocieszyć, nie, raczej przez te nocne koszmary. Z jakichś dalekich ciemności przychodziło do niej tamto białe ciało, młode i piękne, jak wtedy w willi w San Miguel, i całe się iskrzyło, a Amalia, klęcząc w swej maleńkiej izdebce w dzielnicy Jezus Maria, zaczynała dygotać. Ciało unosiło się, olbrzymiało, zatrzymywało się nad nią w powietrzu, otoczone złotawą poświatą, i widziała na szyi swojej pani wielką purpurową ranę, widziała jej oskarżycielskie oczy: to ty mnie zabiłaś. Budziła się z ciężkim sercem i przytulona do śpiącego Ambrosia leżała bezsennie aż do świtu. Kiedy indziej ścigali ją policjanci w zielonych mundurach i słyszała ich gwizdki, stukot butów: to ty ją zabiłaś. Nigdy jej nie schwytali, przez całą noc wyciągali ku niej ręce, a ona kurczyła się na posłaniu, oblana zimnym potem.

– Nie wspominaj mi więcej o twojej pani – powiedział jej Ambrosio w dniu, kiedy przyjechali do Pucallpa, a miał przy tym minę zbitego psa. – Zabraniam ci.

Poza tym od pierwszej chwili była nieufnie nastawiona do tego miasta, gdzie panował taki upał i gdzie wszystko przynosiło rozczarowanie. Najpierw mieszkali w domu nękanym przez gromady pająków i karaluchów – to był hotel „Pucallpa” – niedaleko na pół zabudowanego rynku; z okien widać było przystań, czółna, łodzie, barki kołyszące się na brudnej powierzchni rzeki. Jakie to wszystko było brzydkie, jakie ubogie. Ambrosio oglądał miasto obojętnie, jakby się tu znaleźli przejazdem, i tylko raz, kiedy ona się skarżyła na duchotę i upał, rzucił luźną uwagę: wiesz, Amalio, tu taka sarna gorączka jak w Chinacha. W hotelu mieszkali przez tydzień. Potem wynajęli chatę ze słomianym dachem, niedaleko szpitala. Naokoło była cała kupa zakładów pogrzebowych, jeden nawet miał swoją specjalność, białe trumienki dla dzieci, i nazywał się „Trumny dla niewinnych duszyczek”.

– Biedni ci chorzy w szpitalu – powiedziała raz Amalia. – Jak widzą z okien tyle trumien, to pewnie im się wydaje, że zaraz umrą.

– Tam jest tego od groma – mówi Ambrosio. – Same kościoły i zakłady pogrzebowe. Aż się człowiekowi niedobrze robi bo tyle tych religijnych przybytków, paniczu.

Kostnica też tam była, naprzeciwko szpitala, o kilka kroków od ich domu. Amalia wstrząsnął dreszcz, kiedy pierwszego dnia zobaczyła posępną betonową budowlę, na której dachu rzędem siedziały sępy. Chata była duża, a za domem mały placyk porośnięty zielskiem. Możecie tu sobie coś zasiać, powiedział im właściciel, Alandro Pozo, kiedy się tam sprowadzili, możecie sobie zrobić ogródek. W czterech izbach nie było podłogi, tylko klepisko, a ściany były nie malowane. Nie mieli nawet materaca, na czym będą spać? A zwłaszcza Amalita Hortensja, robactwo nie da jej spokoju. Ambrosio pomacał się po kieszeni: kupią, co będzie trzeba. Jeszcze tego samego dnia poszli do miasta i kupili łóżko, materac, kołyskę, garnki, talerze, kuchenkę spirytusową, zasłony do okien, aż Amalia, widząc, że Ambrosio ciągle jeszcze coś wybiera, zaczęła się niepokoić: już dosyć, zabraknie ci pieniędzy. Ale on nie zwracał na nią uwagi i w dalszym ciągu wydawał polecenia zachwyconemu sprzedawcy z Magazynów Wong; jeszcze, to, jeszcze tamto, jeszcze ceratę.

– Skąd masz tyle pieniędzy? – pytała go Amalia tego wieczora.

– Oszczędzałem przez te wszystkie lata – mówi Ambrosio. – Chciałem się urządzić i pracować na własny rachunek, paniczu.

– No to powinieneś być zadowolony – powiedziała wtedy Amalia. – A nie jesteś. Smutno ci, że wyjechałeś z Limy.

– Już nie będę miał szefa, teraz sarn będę swoim szefem – odparł Ambrosio. – Jasne, że się cieszę, ty głuptasie.

Nieprawda, dopiero potem zaczął się cieszyć. Przez pierwsze tygodnie w Pucallpa cały czas był poważny, prawie nic nie mówił, miał taką zgnębioną minę. Ale mimo to od pierwszej chwili był dobry dla niej i dla Amality Hortensji. Jak przyjechali, zaraz następnego dnia wyszedł z hotelu i Wrócił z paczką. Co to? Ubranie dla dużej Amalii i małej Amalii. Sukienka, którą wybrał dla niej, była ogromna, ale Ambrosio nawet się nie uśmiechnął widząc ją w tej obszernej kwieciastej tunice, która spływała z ramion aż do kostek. Zaraz po przyjeździe odszukał firmę przewozową „Morales”, ale don Hilario był w Tingo María i miał wrócić dopiero za dziesięć dni. Co będą robić przez ten czas, Ambrosio? Poszukają sobie mieszkania, Amalio, i póki nie przyjdzie pora, żeby znów zacząć tyrać, przynajmniej zdążą się rozerwać. Ale ją dręczyły nocne widziadła, a on tęsknił za Limą, więc za bardzo się nie rozerwali, chociaż wydali kupę pieniędzy. Pojechali zobaczyć Indian shipibos, w chińskich knajpach na ulicy Comercio objadali się ryżem po chińsku, krewetkami w cieście i pierożkami z mięsem, przeprawili się łódką przez Ukajali, zrobili wycieczkę do Yarinacocha i często chodzili do kina. Filmy, które tam dawali, były stare, a do tego jeszcze Amalita Hortensja często zaczynała płakać w ciemnościach i ludzie wołali zabrać to dziecko. Daj mi ją, mówił Ambrosio i żeby uciszyć małą, dawał jej swój palec do ssania.

Amalia po trochu się przyzwyczajała, Ambrosio stawał się pogodniejszy. Przy urządzaniu chaty musieli się naharować. Ambrosio kupił farby i wybielił front domu i ściany, a ona wyskrobała z podłogi wszelkie brudy. Rano szli razem na targ, robili sprawunki i po drodze zapamiętywali kościoły: baptystów, adwentystów dnia siódmego, katolicki, ewangelicki, zielonoświątkowców. Znowu zaczęli rozmawiać: taki dziwny byłeś, czasem mi się zdawało, że kto inny wszedł w twoją skórę, a prawdziwy Ambrosio został w Limie. Ale dlaczego, Amalio? Bo był smutny, miał zamyśloną minę i coraz to mu oczy przygasały i uciekały w bok, jak u zwierzęcia. Ach ty wariatko, raczej ten, co został w Limie, to był nieprawdziwy Ambrosio, Amalio. Tutaj mu jest dobrze, cieszy się słońcem, Amalio, tamto zachmurzone niebo zawsze go przygnębiało. Oby to była prawda, Ambrosio. Wieczorami, podobnie jak wszyscy tutejsi ludzie, wychodzili na ulicę, siadali rozkoszując się świeżym powietrzem płynącym od rzeki i rozmawiali, ukołysani rechotem ropuch i graniem świerszczy przyczajonych w trawie. Któregoś ranka Ambrosio zjawił się z parasolem w ręku: przyniósł go, żeby Amalia nie narzekała na słońce. Teraz już ci tylko brak lokówek we włosach, Amalio, a będziesz wyglądała jak prawdziwa mieszkanka Pucallpa.

1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)