Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Odbiłem wypad Nesa, udało mi się przy tym skrócić jego miecz i poczułem nieśmiałą nadzieję. A może on jednak słabnie i walczy już granicy sił?
Może uda mi się przeżyć?
Ale czy przy tym wygram?
Udowodnić…
Statek Nesa stał z boku. Nasza walka była jak taniec wzdłuż małego strumyczka suchej wody. Szary, sunący powoli pył. Lecący za nami hipernadajnik. Fangowie, z przyjemnością obserwujący przedstawienie. Oceniają wszystko – od synchronizacji naszych ruchów do piękna skał. Nie zdziwiłbym się, gdyby hipernadajnik przekazywał również zapach naszych spoconych ciał…
Udowodnić, że to jest brzydkie… Nie zdołałem wyjaśnić, że wojna nie jest piękna. Jak przekonać Fangów, że to pokój jest piękny? Jak, skoro walczymy na tle dekoracji krajobrazów Somata z jego olśniewającym, ale martwym pięknem!
Nes po raz kolejny przeprowadził kontratak i nagle zauważyłem, że się odsłania. Leciutko, na ułamek sekundy… Każdy mój wypad będzie śmiertelnie ryzykowny. Ale jednak pojawiła się szansa dosięgnięcia go.
Kolejny atak Nesa i znowu ten sam błąd. Czy on nie wie, że jest cios, którym mogę dosięgnąć w takiej pozycji? Zwykły cios, z przyklękiem na prawe kolano…
Ale Fangowie nie klękają, nawet zadając cios wrogowi. To byłoby nieładne, a więc dla Nesa taki sposób nie istnieje…
Teraz walczyliśmy nad strumieniem. Nes przypierał mnie do brzegu, jakby chciał zepchnąć do wody.
Perspektywa kąpieli w martwej wodzie niespecjalnie mnie bawiła.
Fang znowu przeszedł do kontrataku – szybko, pięknie, słusznie. Nie niepokoił go nieosłonięty brzuch – nikt nigdy nie padnie przed wrogiem na kolana, nawet żeby go zabić.
Odbiłem jego wypad i zadałem cios – mój główny atut, moje psychologiczne zwycięstwo. To, co Fang uważa za niemożliwe.
Klinga weszła w Nesa tak samo głęboko jak za pierwszym razem. Ale teraz trafiłem w któryś z życiowych ośrodków.
Skóra pod zjeżoną sierścią niemal błyskawicznie przybrała barwę popiołu. Nes wydał krótki, przeciągły, wibrujący jęk i odchylił się do tyłu, jakby znowu chciał zsunąć się z klingi. Niewiele mu to dało, rana była zbyt poważna. Ruchy miał teraz niezgrabne i powolne. Wreszcie upadł. Przez rozcięcie sączyła się bursztynowożółta krew. Materiał kombinezonu daremnie usiłował złączyć przecięte brzegi. Nes spróbował wstać, nie zdołał i poturlał się po piasku – prosto do szarego strumienia suchej wody. Zapadł się w niego z głową, z trudem wstał i znowu opadł w rwący strumień pyłu. Wyszeptał, plącząc ludzkie słowa z ojczystym językiem:
– Shyar… adi shyar… jak nieładnie…
Drgnąłem. Dowlokłem się do Fanga po mętnej, jakby kipiącej suchej wodzie i zapytałem, wstrzymując oddech:
– Co powiedziałeś? Nieładnie?
Czarny punkt hipernadajnika opadł i zawisł metr nad moją głową.
Oczy Nesa patrzyły na mnie z dziwną ironią.
– To nie jest ładne, książę… śmierć jest nieładna… wojna jest nieładna… Zrozumiałem. Adi shyar. Niech inni też rozumieją.
Czy to ma być takie proste? Wszyscy Fangowie nas teraz widzą i słyszą! Muszą uwierzyć komandorowi Nesowi!
Rozejrzałem się bezradnie. Rozbity statek w oddali, martwe skały… Zwyciężyć może tylko miłość. Zmusić wroga do przegranej może również nienawiść, ale zwycięża tylko miłość – uczyliśmy tego przez tysiące lat…
Co to za brednie? Czyje myśli wyłaniają się z pamięci? Dlaczego za tymi wyświechtanymi sloganami pulsuje ból i strach? Nie pomyl się… Nie pomyl się, lordzie z planety Ziemia.
Zwycięża tylko miłość.
Nie wpadnij w pułapkę fałszywego zwycięstwa. Będzie gorsze od przegranej.
– Nes – wyszeptałem – Nes, kiedy mi uwierzyłeś? Kiedy uwierzyłeś w moją prawdę? W moje piękno?
Fang drgnął. Stał po kolana w przezroczystej wodzie i widziałem, jak rozpływają się w niej żółte strużki krwi. Kombinezon Nesa nie mógł zasklepić rany…
– Teraz, książę. Teraz – powtórzył twardo.
Patrzyłem na niego bez słowa. Na drobne żyłki pulsujące wokół oczu. Na mokrą, pozlepianą sierść. Nawet teraz był piękny. Nawet własną śmierć zdołał zawczasu przewidzieć i doskonale odegrać. Żałosny, wymęczony wygląd nadałby jego słowom odcień fałszu. Zbyt szybka przegrana – piętno słabości.
Umierał tak samo pięknie, jak żył. I tamci musieli mu uwierzyć. Musieli.
– Zbyt długo przebywałeś ze mną – powiedziałem. – A może widziałeś to, o czym opowiadałem? Uwierzyłeś i zrozumiałeś, jak przekonać innych…
– Milcz. – Nes wstał chwiejnie. Cienkie strużki wody spływały z kombinezonu, mieszając się z żółtą krwią. – Zamilcz, książę!
Teraz w jego głosie był już tylko ból. Widział, jak wali się wieża jego kłamstw, jak wypowiedziane przez niego słowa niszczą piękno. Czarna źrenica hipernadajnika patrzyła na nas zimno.
– Nie pozwolę ci umrzeć – wyszeptałem. – Dość już męczenników budujących z siebie fundament świątyni…
– Rozpoczynasz wojnę – wycharczał Nes. – Już ją zacząłeś. Wszystko układało się tak dobrze, a teraz… Ludzie i Fangowie znowu będą zabijać.
– Jeśli nie potrafimy zrozumieć, co jest piękne, a co brzydkie, jeśli nie umiemy wysłuchać siebie nawzajem… Pozostaje nam tylko śmierć, Nes. Daj rękę.
Zapłakałby, ale Fangowie nie umieją płakać. Podał mi drżącą dłoń.
– Nie przekonaliśmy ich. Shyar…
Z poranionych palców spadały do wody bursztynowe krople. Spadały i powoli rozpływały się w czystej wodzie. W wodzie… W prawdziwej, mokrej, żywej wodzie…
– Co to, książę? – Głos Nesa jakby się wzmocnił. – Woda?
Z góry nadal sunął strumień szarego pyłu. Ale koło nas płynęła prawdziwa woda. U naszych stóp cicho bulgotała, zrzucając szarą powłokę. Tam, gdzie wpadały ciemnożółte krople, stawała się przezroczysta, kryształowa.
– Twoja krew, Nes – powiedziałem zaskoczony. – Twoja krew stała się katalizatorem odwrotnej przemiany wody. Związki krzemowe rozpadają się… Moja krew… dowolny płyn biologiczny zrobiłby to samo, tylko wolniej. Chodźmy.
Niemal siłą wyciągnąłem go na brzeg. Czarna kulka zaczęła krążyć nad nami, posłuszna woli odległego operatora albo swojemu programowi.
– Woda ożywa – powiedział cicho Nes. – Jak pięknie…
– Nie na długo, proces nie jest stabilny. – Poklepałem się po kieszeniach, jakbym nie wiedział, że nic w nich nie znajdę. – Cały spływasz krwią. Masz bandaż?
Fang pokręcił głową, nie odrywając wzroku od strumienia. Z góry napływał szary pył i błękitna wstęga czystej wody ginęła pod jego naporem.
– Potrzebny mi bandaż…
Zacząłem odrywać rękawy kurtki. Mocny materiał stawiał opór, więc wyjąłem nóż. Podszewka kurtki jest higroskopijna, może służyć jako tymczasowy opatrunek. Przecież krew Fangów powinna krzepnąć…
Ostry nóż rozpruł tkaninę i przejechał po ręce. Zakląłem, szarpnąłem rękaw i ciąłem po szwie. Popatrzyłem na długą rysę na przedramieniu. Rana nie była głęboka, ale krew płynęła obficie. Normalna, ludzka, czerwona krew…
– Zmyj krew, dopóki jest woda, zmyj! – Nes niemal krzyczał. Popatrzyłem na niego, nie rozumiejąc; wzruszyłem ramionami. Przesunąłem dłonią po skaleczonym przedramieniu i włożyłem rękę do niknącej w oczach plamki czystej wody, zrodzonej wolą Fanga i moim ciosem – niknącej, jak nasze nadzieje na pokój…
To było jak wybuch. Woda zagotowała się jak skroplony gaz, do którego wpadło rozpalone żelazo. Odrzuciło mnie od strumienia wprost pod nogi półleżącego Nesa. A w dół płytkiego strumienia toczyły się błękitne fale – pod ich naporem znikał szary pył, zmieniając się w zwykłą wodę. Na grzbietach fal pląsały białe iskry, od czasu do czasu zapalały się przezroczyste języczki płomieni.