Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Trudno inaczej nazwać ciemność, która rozlała się wszędzie. Chyba że powie się krótko: efekty świetlne hiperprzejścia.
Pozdrowienia od Boga – zdążyłem pomyśleć. Ale Obojętni nie mieli z tym nic wspólnego.
Na placu, krótkotrwałym pomniku rozpoczętej wojny, stał statek kosmiczny. Niczym innym ta piramidka z przezroczystego plastiku nie mogła być. W środku, za odbłyskami cienkich krawędzi, można było dojrzeć ludzką postać.
Oficer zamarł za swoim pulpitem, wpatrzony w moje ramię. Szeregowy, który niedawno wszedł do ogródka, przysiadł, unosząc miotacz plazmy. Zuch, dobra reakcja. Moje ręce też sięgnęły do zamocowanego na pancerzu lasera, ale nie zdążyłem nic zrobić, bo przezroczysty stateczek rozpadł się na kawałki. Kryształowe kruszywo opadało na jezdnię, a stojący w środku Fang już trzymał wycelowaną w czołg broń. Ten katapultujący się przez przestrzeń komandos wiedział, że znajdzie się twarzą w twarz z celem.
Chyba zdumiały go nasze postacie na pancerzu. Zamiast strzelić prosto w czołg w nadziei, że pocisk dosięgnie wyposażenia, Fang wycelował w wieżyczkę lasera i we mnie – pod srebrzystym pancerzem musiałem przypominać robota bojowego.
Nie warto łapać dwóch srok za ogon.
Plazmowy pocisk wybuchł metr ode mnie. Poczułem pchnięcie – albo czołg odjechał mi spod nóg, albo ja spadłem z czołgu. Albo jedno i drugie…
Leciałem w szare niebo, do zbliżających się statków Fangów. Z moich dłoni ciągnęły się aż do czołgu cienkie srebrzyste taśmy, jakbym gumą do żucia przykleił się do pancerza. Wieżyczkę lasera otulał błękitny płomień pola siłowego. Zrozumiałem, że oficer żyje. Osłonę mógłby przebić tylko dezintegrator…
Na chwilę zawisłem dwadzieścia metrów nad ziemią. Nie czułem ani nieważkości, ani pchnięcia. Jeśli wierzyć błędnikowi, nadal stałem na ziemi. Tylko kamienie pode mną pękały i rozpadały się w obłoczki białego pyłu. Molekularny kombinezon przeprowadzał ukierunkowane pozbycie się grawitacji.
Jakim cudem?… Ha! Statek wyposażył mnie tylko w opis możliwości pancerza, a nie w znajomość technologii procesów.
Srebrzyste taśmy skróciły się, przyciągnęły mnie z powrotem do czołgu. Tam, gdzie niedawno wisiałem, płonęła ognista kula. Widocznie Fang uznał mnie za najbardziej niebezpiecznego przeciwnika. Mała rzecz, a cieszy.
Sekundę później było już po walce. Stojący za plecami wroga szeregowiec w końcu wystrzelił i tam, gdzie stał Fang, zapłonął ogień. W odróżnieniu od nas Fang nie miał osłony – albo nie zdążył jej aktywizować.
Znowu siedziałem na okopconym, gorącym pancerzu, jakbym wcale nie zrobił wycieczki w niebo. Na placu dymił regularny lej. Jego brzegi połyskiwały stopionym szkłem. Całe starcie trwało kilka sekund.
Oficer patrzył na mnie ze swojej klatki, mrugając oczami. Oczy mu nabiegły krwią, widocznie osłona odrobinę się spóźniła. Chyba nawet nie zauważył mojej podróży w niebo.
– Kapsuły! – krzyknąłem. – Walcie w kapsuły!
Nie patrząc na przyrządy, oficer uderzył palcem w pulpit. Wieżyczka lasera drgnęła, śledząc cel i wypluła w górę strugę białego światła.
W niebie rozległ się trzask. Szare chmury oświetliło z tyłu drżące pomarańczowe światło. Zwiększenie promieniowania tła o dwadzieścia milirentgenów – prześliznęła się przez świadomość obca myśl. Molekularny pancerz nie potrzebował głośników.
Wybuch był jakby sygnałem. Z sekundowym opóźnieniem nad miastem wyrósł las laserowych igieł. Miasto nastroszyło się jak przestraszony jeżozwierz. Gdy oficer czarował coś przy swoim pulpicie, namierzając następną kapsułę, pospiesznie się rozejrzałem. Salw było dużo, ale mniej niż się spodziewałem. Chmury rozświetlała nieprawdopodobna iluminacja, towarzysząc w tej ostatniej drodze komandosom Fangów. Ale rozbłysków było coraz mniej, laserowych promieni również. Nad domami zaczęły się wznosić fontanny dymu z towarzyszeniem lekkich kaszlnięć dział plazmowych. Atak na nasz czołg był częścią ogólnej strategii Fangów. Przerzuceni przez hiperprzestrzeń samotnicy mieli oczyścić teren dla głównych sił…
– Naprowadzanie zakończone – powiedział oficer znad swojego pulpitu. – Czemu oni nie strzelają?
Nasz czołg za to strzelał. Nagle zauważyłem, jak drga w uchwytach działo, wyrzucając kolejny impuls. Ot, dowód na to, że fotony posiadają masę…
– A żeby ci stado parchami obsypało – zaklął oficer nieoczekiwanie wysokim głosem.
Rozbłysk w niebie, w tym miejscu, w które wycelowana była lufa. Na miasto spadał rodzący się gdzieś wysoko grom – to dotarł do nas dźwięk pierwszego zmasowanego uderzenia w kapsuły desantowe.
– Dokonali autodestrukcji! – krzyknął oficer. – Przysięgam, że promień ściął tylko skrzydła! Ci dranie wysadzili się w powietrze!
W końcu dotarło do mnie, co się dzieje.
– W pierwszej fali desantu Fangów nie ma – powiedziałem, mimo woli włączając ogólny przekaz. – Kapsuły były puste, z mechanizmami obserwacji i samolikwidacji. Komandosi przybędą w drugim transporcie…
– Siergiej, druga fala kapsuł wchodzi w atmosferę… – głos Lansa wydawał się spokojny. – Mamy piętnaście minut.
– Ile zostało dział przeciwlotniczych? – spytałem ze złością.
– Dwadzieścia procent – powiedział Lans i urwał, widocznie spostrzegł, że rozmowa idzie przez kanał ogólny. – Powinno wystarczyć – oznajmił aż nazbyt optymistycznie. Było jasne, że desant zdobędzie miasto bez większych problemów. – Wróć na swój kanał.
Wyciągnąłem rękę do przełącznika ukrytego pod cienką warstwą pancerza molekularnego, ale w słuchawkach już pstryknęło. Pancerz odgadywał moje ruchy…
– Lans, gdzie nasze statki?
– Już nigdzie.
No tak. Zerknąłem na oficera, który ze znużeniem popatrzył w niebo. Słyszał początek rozmowy i doskonale wiedział, że sto czołgów z laserowymi zenitówkami nie powstrzyma kapsuł desantowych.
– Lans, jeśli ktokolwiek złapie Fanga… to nasza jedyna szansa. Niech spróbują wyłapać tych… hiperdywersantów.
I odwróciłem się w stronę palisady, gdzie siedział nasz „ochroniarz”. Nie wiem dlaczego. Intuicja, szósty zmysł, jakiś cichy głos…
Żołnierz, który tak brawurowo oceniał szansę swojej armii, leżał na rudej szczecinie trawy. Z pleców sterczała mu rękojeść miecza atomowego.
Nad ciałem, trzymając w ręku coś bardziej solidnego od działka plazmowego, stał Fang.
6. Minus na minus
Gorący ciężar. Czerwono-biały płomień wokół mnie.
Żadnego oparcia.
Jakbym spadał w gigantyczny piec… W gwiazdę.
Spróbowałem się odwrócić i coś czarno-ognistego przesunęło się w bok. Co się stało? Fang celujący do czołgu z koszmarnej broni – matowy błysk kolby, gruba stożkowata lufa… i żar, ciężar, ogień…
Mały pocisk atomowy? Pancerz może wytrzymać nawet to… nie wiem tylko, za jaką cenę.
Co się stało?
Chwila ciszy. I bezdźwięczny głos w świadomości: Zadziałał generator pola neutralizującego. Sytuacja krytyczna. Trafienie z anihilatora.
Z anihilatora? Strzelono do mnie antyczasteczkami, a ja nadal żyję?
Ale przecież była mowa o jakimś polu neutralizującym… Wszelka energia wokół mnie zostaje wyhamowana. Wiszę pośrodku piekła, nietykalny, dzięki stworzonemu na Ziemi wyposażeniu. Ciekawe tylko, jak udało się zmniejszyć wielotonowe generatory do rozmiarów molekuły. Ale do diabła z tym. Udało się, to dobrze… Brawo, uczeni!
Poczułem pchnięcie w nogi.
Wynoś się stąd - poradził pancerz.
Popatrzyłem w dół – nogi po kostki zapadały się w grząską pomarańczowo-czarną kaszę. Obok mojego ciała, gdzie działało pole, kasza wydawała się ciemna, dalej świeciła purpurowo.