Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
– To tylko broń, Lans. – Położyłem rękę na jego ramieniu. Cienkie metalowe błony brzęknęły przy dotyku i rozstąpiły się. Moje palce spoczęły na ciepłym ludzkim ciele. – Wiesz, ze mną już wszystko w porządku. Znowu jest dobrze. Przekaż Terry, że ją kocham… jeśli nie wrócę.
– Siergiej!
Pod matowobiałą warstewką pancerza oczy Lansa utraciły wszelki wyraz. Ale rozpoznałem intonację głosu.
– Lans, nie mamy czasu. Powstrzymujcie Fangów, obronę planety powierzam tobie i Ernadowi. Ja pójdę do miasta. Muszę porozmawiać z Fangami. Jeśli uda wam się wziąć żywcem choćby jednego, natychmiast mnie powiadomcie. Jest szansa powstrzymania wojny. Wszystkiego dowiesz się od statku. O swoim nowym kombinezonie również.
– Co mam robić?
– Trzymaj się – powiedziałem krótko, zabierając rękę. – Nie mamy czasu, Lans.
Podszedłem do ściany; zawibrowała, tworząc przejście. Stopiła się niczym kawałek lodu podstawiony pod strumień wrzątku.
– Poczekaj! – dogonił mnie okrzyk Lansa. – Połączyłeś się z Obojętnymi?
Nie odpowiadając, zeskoczyłem na brudne płyty lądowiska. Ściana statku zamknęła się za mną. Nadal byłem kapitanem mojego statku. Przykucnąłem i pomachałem rękami, przyzwyczajając się do pancerza molekularnego. Wszystko w porządku, srebrzysta warstewka nie krępowała ruchów. Poruszała się razem ze mną – niezwykle trwały futerał dla bardzo cennego ładunku.
Nisko, jakby tuż nad moją głową, płynęły ciemnoszare chmury. W oddali, nad wieżą służb naziemnych, nerwowo obracała się antena lokatora.
W słuchawkach kombinezonu coś pstryknęło. Ale ja wiedziałem, o co chodzi, zanim usłyszałem głos informatora.
Statek Fangów wysadził desant.
Czołg z łoskotem jechał po nierównej nawierzchni, podskakując na wybojach jak łódka w czasie sztormu. Lans albo Ernado siedząc na moim miejscu już dawno zarobiliby całą masę siniaków. Jazda na pancerzu pojazdu gąsienicowego wymaga umiejętności.
Siedzący obok mnie chłopiec w kanarkowożółtym mundurze coś krzyczał. Odwróciłem się, próbując zrozumieć słowa, i jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki hurgot gąsienic umilkł. Czołg jechał teraz po pustej ulicy absolutnie bezszelestnie, jak w niemym filmie. Molekularny pancerz włączył filtry akustyczne, tłumiąc te dźwięki, które nie niosły nowych informacji.
– Zdążymy na pozycję! – znowu krzyknął chłopak. Albo doskonale nad sobą panował, albo nie rozumiał powagi sytuacji. – Spalimy drani w powietrzu!
Jasne. Armia Ar-Na-Tina nie miała pojęcia, z jakim przeciwnikiem przyjdzie jej walczyć.
– Nie myśl sobie, że to takie proste – powiedziałem. Nie wiem po co. Żołnierz mnie przecież nie słyszał, huk czołgu przestał istnieć tylko dla mnie.
Fangowie są mądrzy. Wysadzenie desantu na gotowej do obrony planecie to szaleństwo. Nawet jeśli armia jest źle wyszkolona i nieliczna, samonaprowadzające lasery wymagają jedynie naciśnięcia przycisku. Gdy desantowe kapsuły zaczną się opuszczać w stratosferze, zdążymy spalić je nawet kilkakrotnie. Jeśli oczywiście nie zaleją całej planety gazami trującymi, nie zarzucą bombami, nie załatwią destruktorami ze statków wsparcia… Uśmiechnąłem się pogardliwie. Bomby zabiłyby również zakładników, a gazy – wyłącznie cywilów, doprowadzając do wściekłości wyposażonych w środki obrony wojskowej żołnierzy. A atak destruktorów, niszczących jedynie broń, potrwałby co najmniej dwa dni. Na taki termin Fangowie nie mogą sobie pozwolić.
Czyli znaleźli inną drogę. Eleganckie, piękne, pewne wyjście z sytuacji…
Czołg zatrzymał się tak gwałtownie, że omal z niego nie spadłem. Właz w wieżyczce się uchylił – nic lepszego od zwykłych zawiasów ludzkość jakoś nie wymyśliła. Spod grubego pancerza, ułożonego z warstw jak tort (metal, plastik, ceramika, metal…) wyskoczył jeszcze jeden wojak. Na jego mundurze połyskiwały dystynkcje, a więc oficer. Trzy złote podkowy na piersi i takie same, tylko mniejsze, na czapce. Ależ się snajperzy nieprzyjaciela ucieszą z tak łatwego celu. Czy te cymbały tego nie rozumieją?
Na rufie czołgu sterczała jeszcze jedna wieżyczka – odsłonięta ażurowa klatka z podwieszoną na wieży obrotowej rurą działa laserowego. Łuskowaty kabel biegł od luty w dół, kryjąc się w szczelinie pomiędzy segmentami zewnętrznego pancerza czołgu. Oficer zręcznie prześliznął się pomiędzy prętami klatki, siadł na metalowym siedzeniu do złudzenia przypominającym pogięty szpadel i odwrócił się do mnie.
– Pierwsze kapsuły Fangów znajdą się w strefie rażenia za trzy minuty.
Nie odezwałem się. Oficer westchnął i zaczął zdzierać z munduru złote podkówki.
– Intendent nam gdzieś przepadł… – powiedział przepraszającym tonem. – A nie pozwolili włamać się do magazynu. Do czego to podobne, do walki idziemy jak na paradę. Tak nie można…
Nagle zrobiło mi się wstyd za mój pancerz. Cholera, przecież nie mogę kontrolować wszystkich działań, aż do wydawania wyposażenia żołnierzom obcej armii. Zresztą moje życie jest znacznie cenniejsze niż życie tego sympatycznego i niegłupiego oficera.
Wszystko jedno. Tak nie można.
– Pamiętasz zadanie? – spytałem, nie patrząc na niego.
– Ogień porażający – odpowiedział z gotowością. – Uszkodzić kapsułę i wziąć kilku ludzi do niewoli.
– To nie ludzie, to Fangowie – poprawiłem posępnie. – Wystarczy mi jeden.
Oficer pstrykał przyrządami na małym pulpicie. Coś cicho zabuczało, pomiędzy prętami wieżyczki pojawiło się niebieskie lśnienie. Pole siłowe, słabiutka ochrona dla siedzącego na widoku strzelca.
– Miejsce się nada? – zapytał oficer, nadal sprawdzając przyrządy. – Trzy kapsuły idą prosto na nas, dużo przestrzeni…
Rozejrzałem się jeszcze raz. Czołg stał na małym placyku otoczonym jedno – i dwupiętrowymi domami. Byliśmy jak na dłoni, ale pole ostrzału mieliśmy doskonałe.
– Dziękuję, wszystko w porządku.
Załoga, która zgłosiła się, żeby pójść ze mną, była w jakimś sensie skazana. Jedna sprawa spalić w powietrzu kapsuły desantowe, powolne, nieprzeznaczone do długiej walki. A zupełnie co innego wziąć do niewoli załogę takiej kapsuły.
Widocznie oficer coś wyczuł.
– Niech się pan nie denerwuje, weźmiemy ich… Szeregowy! Bierzcie swoją pukawkę i zajmujcie pozycję z boku… choćby w tym ogródku.
Siedzący obok mnie żołnierz skinął głową – ten cywilny gest najwyraźniej zastępował w armii Ar-Na-Tina oddawanie honorów – po czym zdjął z przyspawanych do pancerza uchwytów „pukawkę”: ciężkie działo plazmowe. Stęknął, zarzucił je na ramię i pobiegł do ogródka przed najbliższym domem, gdzie rosło kilka łysawych drzew. Oficer pokręcił głową i znowu zaczął majstrować przy przyrządach. Kapsuły powinny za chwilę wejść w strefę rażenia.
Przez chwilę pragnąłem wśliznąć się do czołgu, pod wielowarstwowy pancerz, pod parasol pola siłowego, gotowy w każdej chwili otworzyć się nad nami. Zresztą pole osłoni mnie nawet tutaj, a w trwałość pancerza w obliczu strumienia przegrzanej plazmy jakoś nie wierzyłem. Miałem przyjaciela, który zapłacił życiem za zbytnią wiarę w niezawodność stalowej trumny – czołgu T-72.
– Zaczynamy – powiedział ochryple oficer. Umieszczona nad nim lufa obróciła się na uchwytach, dziwnie płynnie, jakby posłuszna nie ludzkiej ręce, lecz komputerowi naprowadzającemu.
I w tym momencie półmrok Ar-Na-Tina przeciął rozbłysk. Nie była to błyskawica ani płomień wybuchającej w niebie kapsuły Fangów, nie był to również wystrzał ostrzegawczy. Zwykła eksplozja na brudnej jezdni przed czołgiem. Wyglądało to tak, jakby otworzyły się niewidoczne drzwi, wpuszczając światło i zaraz potem mrok.