Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Pokręciłem głową i poszedłem wzdłuż ogrodzenia. Trzem patriotom Ar-Na-Tina przyda się wszelka broń, jaką mają, skoro już urządzają zasadzkę na wrogie „czołgi”. W pamięci pojawiły się przeczytane w dzieciństwie rymowanki. Wymamrotałem:
Poważny zając stoi przy drodze, Stoi przy drodze na jednej nodze. Do przechodniów z flinty mierzy, Może właśnie wilka strzeże.
Ominąłem wykop, wyłamałem spróchniałe deski i znalazłem się na wąskiej, brudnej uliczce. Parterowe rudery wydawały się niezamieszkane.
Nie sądzę, by fangoscy komandosi pojawili się tu w ciągu najbliższego tygodnia. Ruszyłem w stronę centrum miasta, gdzie nadal słychać było wystrzały i w niebo wzbijały się smugi dymu.
Krok. Jeszcze jeden. Na środku głównej ulicy Ar-Na-Tina, na oczach wszystkich możliwych wrogów. Tylko gdzie są ci wrogowie? Na wszystkich zakresach nic, tylko równy szum – nie ufając komputerowi, posłuchałem radia sam. Zagłuszają… należało się tego spodziewać. Nie wątpiłem, że wyrzucili z miasta wszystkie uzbrojone oddziały. Ale czyżby Fangowie nie zostawili ekspedycyjnych oddziałów w zdobytym mieście, gdy walka przeniosła się na kosmodrom i inne umocnienia?
– Stój, człowieku! – usłyszałem z tyłu. Odwróciłem się. Fang.
– Stoję – powiedziałem bardzo spokojnie. – Musimy porozmawiać. To ważne dla Ziemi i Fanga.
Wróg był w kombinezonie bojowym, takim samym, jaki miał Nes na Klenie; w ręku trzymał nieznaną mi broń. Jego sierść była ciemnobrązowa, niemal czarna. Jeśli się nie mylę, to oznaka młodości.
– Nie ruszać się, nie odzywać, za nieposłuszeństwo śmierć – wyskandował Fang i coś szepnął, przechylając głowę na bok. Pewnie do mikrofonu. Skoro nasze siły nie dały rady zagłuszyć częstotliwości Fangów… no to już mogiła. – Musimy porozmawiać – powtórzyłem z uporem. – To ważne. Nagle przemknęła mi przez głowę szalona myśl, że Fang nie zna standardu, tylko wykuł na pamięć kilka zdań…
– Milczeć – warknął Fang. – Uprzedzam! Żadnych rozmów!
Lufa jego broni patrzyła prosto na mnie. Skoro molekularny pancerz osłonił mnie przed anihilacją, to znaczy, że nie mam się co bać ręcznej broni.
– Nawet nie jesteś pewien swoich racji – powiedziałem. Nagle mnie olśniło. – Jak mam cię nazywać, wrogu? Wiesz, że moglibyśmy zostać przyjaciółmi?
Zrobiłem krok w jego stronę. I jeszcze jeden. Po twarzy – czy też mordce – Fanga przemknął nic mi niemówiący grymas.
– Strzelanie do bezbronnego nie jest ładne – powiedziałem.
Osłupiał.
– Wojna jest ohydna – ciągnąłem w natchnieniu, podchodząc coraz bliżej. – Twój naród się pomylił.
Błąd. Fang pokręcił głową i powiedział:
– Przeszłość jest pewniejsza od przyszłości. Wspólna prawda jest ważniejsza od osobistej…
Skoczyłem, a raczej skoczył mój pancerz. Ognista kula z rykiem przemknęła nade mną, budynek w oddali stanął w płomieniach.
Pięć metrów… Jak to niewiele, gdy odległość pokonują nie słabe mięśnie człowieka, lecz molekularny pancerz. Moje ręce zacisnęły się na broni Fanga, wyrwały lufę, odrzuciły na bok…
Przetoczyliśmy się po nierównej jezdni. Fang kilka razy próbował się wyrwać, w końcu zastygł. Przycisnąłem go do ziemi i zasyczałem:
– Musimy porozmawiać, słyszysz, psie?
Twarz Fanga była spokojna i beztroska. Piękna… Niech diabli wezmą to ich piękno.
– Odchodzę, Ziemianinie – oznajmił Fang. W bursztynowożółtych oczach była drwina i smutek. – Odszedłem pięknie. Nie chcę się zmieniać. Dziękuję.
Ręce mu drgnęły, jakby chciały unieść się do twarzy. Przypomniałem sobie gest tamtego Fanga.
Być może zdolność umierania w chwili, gdy zapragnie się śmierci, to naturalna zdolność Fangów. A może efekt treningu. Bez różnicy…
Stałem chwilę nad martwym ciałem, po czym sięgnąłem po leżącą metr ode mnie broń. Z rękawiczki wystrzeliła metalowa taśma, dotknęła miotacza plazmy i włożyła mi go w dłoń.
– Dziękuję – powiedziałem ze zmęczeniem.
Nie będą ze mną rozmawiać. Zabiją się, jeśli spróbuję ich przekonać.
„Nie chcę się zmieniać”.
Daliśmy im nowy sens życia – wojnę. Daliśmy, sami tego nie zauważając. I nie możemy tego odebrać. Trudno zmienić się po raz drugi w ciągu krótkiego życia, trudno porzucić to, w co naprawdę uwierzyłeś…
Szary cień przemknął nad dachami. Odskoczyłem na bok jeszcze nie wiedząc, co zobaczyłem – wrogi kuter, pocisk samonaprowadzający, Fanga, który nauczył się latać?
Dziesięć metrów ode mnie stała czarna sylwetka na tle czerwonego płomienia. Niejasno znajoma postać poruszyła się, a na pokrywającej ciało metalowej błonie zalśniły odblaski ognia.
– Lans? – zapytałem bez sensu. Przecież nikt inny nie mógł dostać od statku Siewców molekularnego pancerza.
Zamiast odpowiedzi ten w szarej błonie podniósł broń. W tej samej sekundzie, w której szukałem na dziwacznej kolbie zdobycznego miotacza jakiegoś przycisku, wreszcie do mnie dotarło: Ziemia i Fang nie tylko są na tym samym poziomie technicznym. Mają również tę samą taktykę wojenną.
Zapewne tylko jeden na tysiąc Fangów miał molekularny pancerz.
Wystrzeliliśmy jednocześnie i ulicę zalała rzeka płomieni. Żar był cieniem tego żaru, który buszował wokół, wicher – cieniem tego cyklonu, który przewracał ściany domów. Starałem się nie myśleć ludziach ukrywających się za wątpliwą osłoną drewnianych drzwi zasłoniętych firanek.
Nie myśleć…
Szedłem przez ogień do Fanga, który przyniósł śmierć na tę planetę, który sprowokował mnie do fatalnego strzału. Broń odrzuciłem – nic na świecie nie zmusi mnie już do strzelania, gdy sam jestem ukryty za nieprzeniknionym pancerzem.
…Szyby spływające żółtymi kroplami; zasłony płonące w fali ognia; drzwi wypadające z zawiasów, zadające kryjącym się za nimi ludziom śmiertelne ciosy…
Wokół mnie i Fanga była śmierć. A my żyliśmy.
– Jesteś zadowolony, Panie?! – wrzasnąłem, rozgarniając rękami pomarańczowy płomień. Pancerz powtarzał coś z uporem, ale ja już nie odbierałem jego myślowego szeptu. – Wniknęły w ciebie nowe istnienia? Ludzkie cierpienie, pamięć strach? Stałeś się jeszcze doskonalszy?
Gdzie jesteś, Fangu? Rozejrzałem się, ale pośród płomieni nie było srebrzystej sylwetki. Czyżbym się pomylił i mojego wroga można było zabić?
Spod nóg wyrósł szary cień. Machnął ręką, z pancerza wysunęła się taśma i zmieniła w klingę. Odruchowo zablokowałem cios, jakbym też miał miecz w ręku. I miecz się pojawił.
Jednoatomowe miecze skrzyżowały się i przeszły przez siebie jak pięść przez dym. Nim zdążyłem coś zrozumieć, miecze znikły, wessane przez nasze kombinezony. W tym pojedynku molekularny pancerz sam podejmował decyzje.
Staliśmy jak dwa posągi na zakopconej jezdni. Chwila oddechu, nieuniknione ułamki sekund na podjęcie decyzji, zrozumienie, jak prowadzić walkę z przeciwnikiem, który dorównuje ci pod każdym względem. Wtedy rozpoznałem przeciwnika. Mętnoszara błona zmieniała twarz nie bardziej niż okulary przeciwsłoneczne.
– Cieszę się, że się znowu spotykamy, Nes – wyszeptałem.
– Wzajemnie, Siergieju z Ziemi – tak samo cicho powiedział Fang.
Nie zdążyłem nic wymyślić, po prostu uderzyłem. A raczej pchnąłem otwartą dłonią. A Nes szybkim ruchem wystawił na cios swoją rękę.
Nasze dłonie spotkały się, jak ręce grających w łapki dzieci. Pomiędzy zbliżającymi się szarymi rękawiczkami zalśnił biały płomień. Metal szczęknął o metal.
Początkowo wydawało mi się, że pancerze się rozsuną, przepuszczając nasze ręce, jak wtedy, gdy nieskończenie długie godziny temu poklepałem Lansa po ramieniu.