Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Ale pancerz Ziemi i pancerz Fanga nie uznawały siebie nawzajem.
Metal kombinezonów zakipiał brudną białą pianą, gdy tylko nasze dłonie się zetknęły. Moją rękę ścisnął mocny gumowy mankiet. Z dłoni sypał się, rozwiewany porywami wiatru, drobniutki proszek – pył niszczonego pancerza.
Pseudorozumne molekuły, z których każda była jednocześnie tarczą, mieczem i generatorem wszelkich możliwych pól, rozpadały się. Pancerze pożerały się nawzajem.
Zaśmiałem się, nie cofając ręki. Błona na moim ciele drżała, stawała się coraz cieńsza, zsuwała się na ręce.
Niebezpieczeństwo, niebezpieczeństwo! - rozbrzmiewał w mózgu słabnący głos.
Najpierw pancerz zsunął się z lewej ręki i poczułem palący żar spopielonej ulicy. Potem metalowa błona zeszła z nóg, a buty zasyczały, dotykając jezdni. Kombinezon bojowy nie może oprzeć się temu piekłu, w które przemieniliśmy ulicę.
Promieniowanie! - pisnął pancerz i zamilkł. Szara błona znikła z twarzy. Zmrużyłem oczy.
Gdy zmusiłem się do ich otwarcia, pomiędzy moją dłonią a kosmatą łapą Nesa był już tylko szary kłębek – syczący, podrygujący niczym kropla wody na rozgrzanej patelni. Zabrałem rękę. Szary kłębek rozpaczliwie próbował rozciągnąć się pomiędzy naszymi palcami i spadł, zamieniając się w pył.
– Koniec z pancerzem – powiedziałem, łykając rozpalone powietrze i niewidoczne milirentgeny.
Nes skinął głową. Patrzyliśmy sobie w oczy.
– Chcę pomówić o pięknie, Nes.
– Ze mną?
– Ze wszystkimi Fangami… – uśmiechnąłem się. – Im was więcej, tym lepiej.
Nes milczał.
– Wypuściłem cię na Klenie – powiedziałem cicho. Nogi płonęły żywym ogniem, oczy łzawiły. – I nie chcę na nowo wyjaśniać, który z nas zwycięży w walce wręcz. Wysłuchaj mnie, Nes.
Fang sięgnął do kieszeni na piersi kombinezonu, chwilę się zastanowił, opuścił rękę i rozpiął mały futerał na pasie. Wyjął z niego srebrzysty sznur i potrząsnął nim.
– Gdzie nas przerzuci? – zapytałem, patrząc na szeroką obręcz w ręku Nesa. Powietrze nad nią drżało.
– Na mój statek – powiedział spokojnie Nes. – Na flagowiec eskadry atakującej Ar-Na-Tin.
To mnie nie zdziwiło. Skoro Nes nosił pancerz molekularny, nie mógł być zwykłym komandosem…
Bez wahania podszedłem do Fanga trzymającego nad głową obręcz hiperkatapulty. Na jego twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Rozłożył ręce i opadła na nas mleczna mgła hiperprzejścia.
7. Spowiedź
Szary mrok – gasnące światło albo nienarodzona ciemność. Lekkość, prawie nieważkość, złudzenie braku grawitacji… Hiperprzejście? Nie… Zbyt jest rzeczywiste.
– Mów, człowieku z Ziemi.
Nes stał przede mną. Sylwetka w ciemności. Przestępca i ofiara.
– Jeden słuchacz to dla mnie za mało – wyszeptałem. W tym półmroku, skrywającym kajutę obcego statku, w tej ciszy, gdy dźwięki wydawały się nienaturalne, można było mówić tylko szeptem.
– Słuchają cię tysiące, człowieku. Mów. Ci, którzy prowadzili statki do Ar-Na-Tina, i ci, którzy prowadzą je teraz do Ziemi.
– Dziękuję. – Popatrzyłem w ciemność. Kryły się w niej uważne oczy. Nes nie kłamał. Tam była śmierć Ziemi i galaktyki. – Przyszliśmy do was, niosąc dobro… – słowa pojawiały się same, pomimo woli. – Nasza wina, bo nie zrozumieliśmy różnicy pomiędzy nami. Nie zrozumieliśmy tego, co leży głębiej od czynów, nie zrozumieliśmy przyczyn.
Miałem to wszystko przed oczami. Jakbym był tam wtedy. Jakbym krzyczał przez grubą szybę, nie mogąc zamilknąć, chociaż nikt mnie nie słyszał. Pancernik „Missouri”, ekspedycja do Fanga. Wymiana informacji. Będziemy uczciwi, powiemy wszystko. Historia. Tak, byliśmy okrutni, tak, walczyliśmy. Przecież Fangowie też nie zawsze żyli w pokoju. Literatura, malarstwo… Wybrane czyny. Wybrane dzieła. Byliśmy źli i staliśmy się dobrzy. Wy też przez to przeszliście, prawda? Słuchajcie głosu Ziemi, uczcie się jej przeszłości – jesteśmy uczciwi wobec braci w rozumie. Demaskujemy wojnę, o, jakże jej nienawidzimy…
– Kiedyś – mówiłem do słuchającej ciemności – każdy człowiek zadawał sobie pytanie, na czym polega sens życia. Myślę, że wy też przez to przeszliście. Tylko znaleźliśmy odmienne odpowiedzi.
W książce, którą kocham od dzieciństwa, jest prosta odpowiedź na to odwieczne pytanie – człowiek żyje, żeby być szczęśliwym. Inna sprawa, co dla człowieka znaczy szczęście. Miłość, pokój, bogactwo, wiedza? Trudno spierać się z aksjomatem, trudno nawet w niego zwątpić. Dla was celem życia stało się piękno. To, co naturalne, nie może być brzydkie. To, co brzydkie, nie jest godne naśladowania. Raz na zawsze zdecydowaliście, co jest piękne, a co brzydkie. Dopóki was nie okłamaliśmy.
Zamilkłem, przełykając głośno. Czy tylko was oszukaliśmy? A siebie? Jakie piękne słówka zmusiły mnie do strzelania do ludzi, jakie piękne kłamstwa jak niewidoczne sznurki mną kierowały…
Kłamstwo. – Nie rozumiecie, czym jest piękne kłamstwo. Dla was to po prostu nie ma sensu, jak zimny płomień czy sucha woda… – urwałem, przypominając sobie Somat. Woda może być sucha… Nieważne! – Ale my umiemy pięknie kłamać, żeby oszukać siebie, żeby uspokoić sumienie. Kłamaliśmy sobie, a oszukaliśmy was.
– Siergiej…
Plama światła w ciemności. Twarz Nesa otoczona drżącym migotaniem, jak twarz topielca wśród planktonu.
– Siergiej, naród Fanga wiedział od zawsze, że śmierć nie jest piękna. Zabójstwo jest brzydkie. Bez względu na cel, bez względu na usprawiedliwienia. Żyliśmy tą wiarą i zabijający umierał od samej świadomości ohydy swego czynu. Tak było zawsze, dopóki statek z Ziemi nie przyniósł nam nowej prawdy, nowego piękna, nowej wiary. W naszym języku te pojęcia określane są jednym słowem, ale ja dobrze znam wasz język. Zdziwiliśmy się. Oglądaliśmy wasze obrazy i czytaliśmy wasze książki. Uwierzyliśmy. Macie rację, w wojnie jest swoiste piękno, w okrucieństwie tkwi prawda, a śmierć ma swój nieodparty urok.
– Nie. Nie, mylisz się, Fangu…
– Spierasz się? – zapytał szybko Nes. – Nie powołuję się na wasze książki, każdy wybór musi nosić piętno wybierającego. Ta książka… nic nie powie Fangom, ale dla ludzi jest jak lustro, jak odbicie. Prawda?
W drżącym obłoku światła sunęła do mnie nieludzka ręką z zielonym tomikiem.
– Prawda – wyszeptałem, biorąc od Nesa Księgę Gór.
– Czytaj… Na głos.
Otwarte strony emanowały białym światłem, które, jak się zdawało, zrodził sam papier. Poczułem kłucie w oczach, gdy wpadałem w trans.
Można zwalczyć tę autohipnozę. Można pokonać Księgę, jestem pewien. Ale nie wolno tego robić. Nie dlatego, że Fangowie wyczują kłamstwo. Kłamstwo nie może zwyciężyć. Nigdy…
– I nastał czas – powiedziałem, patrząc na równe linijki – gdy przyszło mi wybierać pomiędzy czarnym a białym, pomiędzy dobrem a siłą. Albowiem w słowach poety nie było prawdy, a pięści rodziły tylko zło. A gdy walczę o dobro, coraz to nowe zło pojawia się na świecie. Dzieci nieznające dzieciństwa, dorośli nienawidzący swoich dzieci… I wzięłam książki, które szły ze mną, i poprosiłam je o radę. Strona otwierała się tam, gdzie chciała okładka, i oczy patrzyły tam, gdzie litery były czarniejsze.
Czytałam i droga biegła tylko w jedną stronę.
„Krew chlusnęła na rękę młodzieńca, Agg Kosza drgnął w konwulsjach i zastygł”.
Dobro pochodzące ze współczucia jest złem.
I przypomniałam sobie słuszne wojny i szukałam ratunku…