Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Lord z planety Ziemia
Lord z planety Ziemia - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Lord z planety Ziemia

Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:

Były żołnierz wyrusza w galaktyczną wyprawę w nieznany świat. I staje do pojedynku o władzę nad planetą, na której nikt nie wie o istnieniu Ziemi – dobrze ukrytej przed wzrokiem innych przez wszechpotężną rasę. Żeby wrócić na Ziemię, Siergiej musi ją najpierw odnaleźć. Ale naszej planety szuka także ktoś, kto chce ją zniszczyć…
1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 135
Перейти на страницу:

Chwała Siewcom, że roztopiona nawierzchnia nie przyklejała się do pancerza, tylko spływała jak woda z natłuszczonego papieru. Szedłem przez płomień, już opadający, już tracący siłę. Wszystko, co mogło się spalić, spłonęło, wszystko, co się mogło stopić, zmieniło się w ciecz. Ale domy wokół placu stały nadal – puste dziury okien, żarzące się drewniane futryny, osypujące się narożniki, zerwane dachy, czarne od sadzy ściany. Pod jedną ze ścian, przysypany płonącym drewnem, przywalony ciałem zabitego żołnierza, gramolił się Fang. Poszedłem w jego stronę, rozglądając się.

Czołgu rzecz jasna nie było. Przez gasnący płomień połyskiwała srebrzysta plama płynnego metalu – i to wszystko.

Odruchowo sięgnąłem przez ramię. Miecza nie było, podobnie jak pistoletu umieszczonego na molekularnym pancerzu. Wszystko, co nie było osłonięte, wyparowało.

Miecz… - szepnął kombinezon.

Prawa ręka zaczęła mi ciążyć. Spuściłem wzrok i zobaczyłem, że z dłoni spływa taśma połyskliwego metalu. Kombinezon dał mi miecz.

Wtórne promieniowanie - znowu zaszeleściło w mózgu. – Pole wyłączone. Wyjdź.

Fang w końcu wydostał się spod ciała swojej ofiary. Kombinezon miał podarty, cały w żółtopomarańczowe plamy. Ach tak, to przecież krew Fangów…

Wargi Fanga poruszyły się i raczej wydedukowałem, niż usłyszałem jego słowa: Dobrze, bardzo dobrze.

– Nie chcę cię zabijać. – Mój głos brzmiał obco. – Wysłuchaj mnie, to bardzo ważne dla Ziemi i Fanga.

Wargi Fanga rozciągnęły się, kopiując ludzki uśmiech. Sięgnął do kieszeni na piersi, wyjął małą czarną kulkę. Granat? No cóż, niech próbuje.

Fang podrzucił do góry kulkę, która zawisła, kołysząc się pod porywami gorącego wiatru.

– Mów – powiedział Fang.

Wzruszyłem ramionami. Dzieliło nas tylko kilka metrów. Fang był skazany – bezbronny i pewnie załatwiony promieniowaniem.

– Nie zrozumieliśmy się – zacząłem. – Zdecydowaliście, że nasza prawda jest w tym… – popatrzyłem na wystający z ręki miecz i zająknąłem się. No, w czym? – Nie macie racji! – krzyknąłem, przekonując raczej siebie niż Fanga. – To nigdy nie było…

Fang znowu się uśmiechnął.

– Albowiem nie było domu, w którym nie byłoby martwego… Oko za oko, ząb za ząb, ręka za rękę, noga za nogę. Chcesz mi udowodnić, że jest inaczej?

– Mogę udowodnić… posłuchaj!

– Za późno – rzekł bardzo spokojnie Fang. – To już nie ma nic do rzeczy. Nie można zabrać miecza i nie dać nic w zamian.

Podniósł rękę do twarzy i osunął się na ziemię. Podbiegłem do niego, wpatrując się w nieludzkie rysy. Nie żyje. Zabił się sam czy zmarł od ran? Co za różnica…

– Nie zrozumiałeś – powiedziałem ze złością.

Bardzo chciałem wierzyć, że on rzeczywiście nie zrozumiał.

Szedłem wzdłuż pochyłego drewnianego płotu, oglądając się co chwila. Daleko z tyłu słychać było silniki maszyn. Pewnie bojowych. Pewnie nie naszych.

– Stój! – krzyknięto do mnie zza płotu. W dziurze po sęku tkwił ciemny kryształ lasera.

No i co dalej?

– Kim jesteś? – zapytano zza sztachet.

– Człowiekiem – odpowiedziałem szczerze.

– A co masz na sobie? – ciągnął tę niezwykle intelektualną rozmowę posiadacz lasera.

– Pancerz. Laser go nie przebije.

Rozmówca zamilkł i po chwili zauważył rezolutnie:

– No to po cholerę tam sterczysz? Przełaź!

Płot mógł mieć ze dwa metry wysokości, ale pancerz dodał mi skoczności. Z miejsca przesadziłem żałośnie stękające deski i znalazłem się przed obwieszoną bronią trójką. Na muszce trzymał mnie małolat; obok z działem plazmowym na ramieniu stał mężczyzna w średnim wieku: trzeciego, przygarbionego, o czujnym spojrzeniu bladoniebieskich oczu znałem.

– Siemasz, Djini – powiedziałem, w myślach rozkazując pancerzowi, by odsłonił mi twarz. Przezroczysta od wewnątrz błona zwinęła się z niezadowoleniem, tworząc pod brodą gruby wałek.

– O, imperator Tara! – Djini nie wyglądał na szczególnie zdumionego. – Co tu robisz?

– A ty?

– Dom mi spalili! – Głos Djiniego przeszedł w pisk. Po prostu pretensja przedsiębiorcy z okresu NEP-u, którego wywłaszczono z fabryczki mydła. – Tyle towaru! Wszystko, czego nie zdążyłem sprzedać… A ile traciłem, gdy przed atakiem Fangów wyprzedawałem za bezcen! Dom mi spalili, dranie… A co ty tu robisz? – Mnie spalili życie – oznajmiłem uprzejmie i rozejrzałem się. Płot, za którym ukrywali się obrażeni obywatele Ar-Na-Tina, ogradzał niegłęboki, strasznie zaśmiecony wykop.

– Co to?

– Budują szpital – wyjaśnił smarkacz trzymający mnie na muszce. Pomyślał i dodał: – Bezpłatny…

– Aha. Pewnie już z dziesięć lat budują, co? Można wiedzieć, po cholerę tu siedzicie?

Mężczyzna w średnim wieku zerknął na Djiniego, który wyraźnie dowodził tą komiczną trójką. Dostrzegł zezwalający gest i z entuzjazmem powiedział:

– Chcemy przetrzepać draniom skórę! Mamy minę atomową…

Wytrzeszczyłem oczy. Smarkacz odsunął się, dając mi możliwość zachwycenia się widokiem potężnego stożka z żółtego metalu.

– No, no – powiedziałem. – Wiecie chociaż, jak się jej używa?

– Wiemy, wiemy – uciął młokos. – Ukierunkowany wybuch, wtórne promieniowanie minimalne. Wyłącznie dla sił wojskowych Ziemi. Ha!

Popatrzyłem na Djiniego i zobaczyłem pobłażliwy uśmiech.

– Chcecie dobrej rady? – Pytanie było retoryczne. – Dajcie sobie z tym spokój. Macie zamiar oprzeć minę o płot, żeby zadziałała na przejeżdżającą maszynę? Detektory wychwycą minę przez te zgniłe deski, a wam wlepią porządną porcję plazmy.

Djini sposępniał, ale jego współbojownicy radośnie pokręcili głowami. Młody terrorysta z przekonaniem oznajmił:

– Nie wychwycą. Schowamy minę za słupem.

Pięć metrów dalej rzeczywiście stał żelbetowy słup, z porcelanowych izolatorów zwisały oberwane przewody. Nieźle, ale…

– Daj no tę swoją armatę – powiedziałem ostro, zabierając mężczyźnie miotacz plazmy. Ten zerknął na Djiniego i oddał broń. Ustawiłem na minimalną moc i strzeliłem w słup.

Uderzyła w nas fala gorąca. Błona kombinezonu spróbowała nasunąć się na twarz i opadła, wyczuwając moje niezadowolenie. Podstawa słupa przypominała teraz zastrugany ołówek. Z rozkruszonego betonu sterczały krzywe metalowe pręty.

Ziemia wokół poczerniała i zaczęła dymić.

– Tak już lepiej – wyjaśniłem, oddając broń. – Za tym tłem zaniknie promieniowanie miny… mam nadzieję. Oprzyjcie ją o słup i spadajcie stąd.

– Nie – rzucił dumnie młokos. Djini popatrzył na niego i powiedział z uśmieszkiem: – Jesteśmy patriotami naszej planety. Dobijemy tych, którzy przeżyją. Shejr, okopiesz się dwadzieścia metrów od słupa, a ty, Sir, z przeciwnej strony. Ja wezmę laser i pójdę na tamtą stronę wykopu. Nie odezwałem się. Być może na miejscu Djiniego zrobiłbym to samo. Ratowanie idiotów nie było moją misją.

– A dlaczego z tamtej? – zainteresował się młokos. Bez podejrzliwości, po prostu z ciekawości.

– Dobry pies nigdy nie strzeże owiec pośrodku stada – powiedział pouczająco Djini. – Z daleka jest lepszy widok.

– Powodzenia – powiedziałem szczerze Arnatyńczykom. Coś mi się wydawało, że w ich towarzystwie polowanie na jeńców nie ma sensu.

– Hej! – krzyknął za mną Djini. – Nie potrzebujesz broni, imperatorze? Mamy zbędny blaster.

1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 135
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)