Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 210
Перейти на страницу:

— To nie hoj­ność, Ko­hi­rze, tyl­ko roz­są­dek. Po tym po­wsta­niu nie tyl­ko Bia­łe Ko­no­we­ryn, ale i inne księ­stwa zo­sta­ną bez rąk do pra­cy. A nie za­no­si się na ko­lej­ną falę ta­nich nie­wol­ni­ków z Im­pe­rium. Ten, kto bę­dzie miał na­rzę­dzia ob­da­rzo­ne mową, bę­dzie mógł uru­cho­mić swo­je ko­pal­nie, huty i warsz­ta­ty przed in­ny­mi. Za­lać ry­nek tań­szym krusz­cem, sta­lą lub na­rzę­dzia­mi. Wy­pchnąć z nie­go kon­ku­ren­cję. A mó­wię ci to, bo po po­wsta­niu na­sza Kom­pa­nia bę­dzie po­trze­bo­wa­ła mą­drych lu­dzi z du­żym do­świad­cze­niem i umie­jęt­no­ścią za­rzą­dza­nia oraz…

Evi­kiat po­zwo­lił, by na twarz wy­pełzł mu ru­mie­niec. To była nie­od­łącz­na część ne­go­cja­cji z ludź­mi, dla któ­rych zło­to było bo­giem. Prze­kup­stwo. Ak­cep­to­wał ją i do per­fek­cji na­uczył się uda­wać obu­rze­nie, choć ta­kie pro­po­zy­cje nie bu­dzi­ły w nim gnie­wu. Czy moż­na wi­nić świ­nię, że cho­dzi i sra?

— Nie kończ — rzu­cił szyb­ko. — Le­piej nie kończ. A jak, wy­bacz cie­ka­wość, za­mier­za­cie znów przy­giąć ich kar­ki do zie­mi. Zła­mać? To nie­bez­piecz­na gra. Przy­po­mnę ci, że zwy­czaj za­bi­ja­nia bun­tow­ni­ków po szcze­gól­nie krwa­wych po­wsta­niach nie wziął się zni­kąd. Nie­wol­ni­cy pa­mię­ta­ją­cy smak wol­no­ści będą snuć opo­wie­ści, pod­bu­rzać in­nych, mogą stać się za­rze­wiem no­wych bun­tów…

Oczy Ba­mo­ra Wan­mu­ra zma­to­wia­ły, sta­ły się na mo­ment jesz­cze bar­dziej mar­twe i pu­ste, mimo iż na jego ustach go­ścił ła­god­ny uśmiech.

— Prze­my­śla­łem to już, Wiel­ki Ko­hi­rze. Do­kład­nie. Na­szym błę­dem było zo­sta­wie­nie na­rzę­dziom zbyt wiel­kiej swo­bo­dy. Czy nie­wol­nik cho­dzą­cy w kie­ra­cie do na­pę­du wind w ko­pal­ni albo pra­cu­ją­cy przy mie­chach pie­ca musi wi­dzieć swo­je miej­sce pra­cy? A w ko­pal­niach? Czy mali gór­ni­cy nie na­uczą się roz­po­zna­wać war­to­ści rudy sma­kiem? W tu­ne­lach i tak pa­nu­je mrok. A czy na­rzę­dzie po­trze­bu­je ję­zy­ka, by słu­chać po­le­ceń? Czy bez ję­zy­ka da się snuć bun­tow­ni­cze opo­wie­ści? I po co ka­stru­je się woły, je­śli nie po to, by spo­kor­nia­ły?

Evi­kiat ze Smesh, Wiel­ki Ko­hir Dwo­ru, za­drżał. Mu­siał za­mknąć oczy, by sto­ją­cy przed nim męż­czy­zna nie wy­czy­tał z nich bez­brzeż­nej gro­zy. To było coś no­we­go. Pró­bo­wa­no go prze­ku­py­wać, stra­szyć, szan­ta­żo­wać, ale ni­g­dy jesz­cze w ca­łym swo­im ży­ciu nie spo­tkał się z taką bez­dusz­no­ścią. I mimo że nie była ona skie­ro­wa­na prze­ciw nie­mu, bu­dzi­ła strach. Nie­wol­ni­cy byli na­rzę­dzia­mi ob­da­rzo­ny­mi mową, ale coś ta­kie­go… Po­my­śleć, że do tej pory był prze­ko­na­ny, iż to pa­ła­co­we in­try­gi odzie­ra­ją lu­dzi ze współ­czu­cia, uczci­wo­ści i czło­wie­czeń­stwa.

Aga­rze, Pa­nie Ognia, daj mi siłę. Po­trze­bu­je­my tych pie­nię­dzy, by obro­nić Twe zie­mie i Twój lud.

Otwo­rzył oczy i na­po­tkał spoj­rze­nie Wan­mu­ra. Jak­by mie­rzył się wzro­kiem z kro­ko­dy­lem tkwią­cym w rze­ce.

— Zgo­da — po­wie­dział po­wo­li. — Ale weź­mie­cie też udział w li­cy­ta­cji złóż przy po­łu­dnio­wej gra­ni­cy. Nie mu­si­cie jej wy­gry­wać, ale ma­cie wsa­dzić kij w gniaz­do os. Niech inni my­ślą, że wa­sze mil­cze­nie było pod­stę­pem, zmył­ką. Tyl­ko wte­dy zgo­dzę się w imie­niu Pa­ła­cu na na­szą umo­wę. Dwa­dzie­ścia ty­się­cy jeń­ców w za­mian za ty­siąc ma­łych min sre­bra.

Mistrz Kom­pa­nii uśmiech­nął się ła­god­nie.

— Do­brze. Tak zro­bi­my, Ko­hi­rze. Tak wła­śnie zro­bi­my. Dla chwa­ły i po­tę­gi Bia­łe­go Ko­no­we­ryn.

Rozdział 28

Nad­cho­dził świt i obóz zry­wał się na nogi, wraz z ja­zgo­tem trą­bek, okrzy­ka­mi ofi­ce­rów, z rże­niem koni i trą­bie­niem sło­ni. De­ana jed­nak za­wsze była już na no­gach przy­naj­mniej pół go­dzi­ny przed ca­łym tym ra­ba­nem.

Po­trze­bo­wa­ła tej po­ran­nej ci­szy i sa­mot­no­ści, w któ­rej mo­dli­twy, na­wet szep­ta­ne, roz­brzmie­wa­ją naj­gło­śniej.

Więc za­nim przy jej na­mio­cie za­mel­do­wa­li się pierw­si goń­cy, zdą­ży­ła już wstać, po­mo­dlić się, ubrać, ucze­sać i zjeść śnia­da­nie. Z pew­nym za­cie­ka­wie­niem co­dzien­nie ob­ma­cy­wa­ła tak­że brzuch – chy­ba zdą­żył się już lek­ko za­okrą­glić. Nie było wąt­pli­wo­ści, że mi­nie mie­siąc albo dwa i trze­ba bę­dzie po­sze­rzać pasy do tal­he­rów.

Goń­cy po­ja­wia­li się za­raz po po­bud­ce, mel­du­jąc o wszyst­kim, co ją in­te­re­so­wa­ło. Czy stra­że zła­pa­ły ja­kichś de­zer­te­rów? Czy noc­ne pod­jaz­dy tra­fi­ły na zwia­dow­ców Krwa­we­go Ka­hel­le? Czy przy­szły wie­ści ze sto­li­cy?

Mel­dun­ki były co­dzien­nie ta­kie same.

Nie­wie­lu na­jem­ni­ków roz­my­śli­ło się i pró­bo­wa­ło zde­zer­te­ro­wać, ich kom­pa­nie szły na tę woj­nę dość chęt­nie, w koń­cu w więk­szo­ści byli to lu­dzie ży­ją­cy z wal­ki, a Bia­łe Ko­no­we­ryn pła­ci­ło te­raz nad­zwy­czaj szczo­drze.

Jak do­tąd wy­sy­ła­ne na zwiad po­jaz­dy nie tra­fia­ły też na żad­ne zor­ga­ni­zo­wa­ne siły bun­tow­ni­ków. Ale schwy­ta­no kil­ku­dzie­się­ciu zbie­głych nie­wol­ni­ków, któ­rzy zmie­rza­li do Krwa­we­go Ka­hel­le. A to zna­czy­ło, że ci, któ­rzy umknę­li Sło­wi­kom, za­nie­śli już wieść o mar­szu jej ar­mii na za­chód.

To było oczy­wi­ste. I nie­moż­li­we do unik­nię­cia, więc nie przej­mo­wa­ła się ani chwi­li.

Cza­sem czy­ta­ła li­sty z pa­ła­cu, któ­re przy­cho­dzi­ły śred­nio co dru­gi lub trze­ci dzień. Co praw­da po­słań­cy mię­dzy Bia­łym Ko­no­we­ryn a jej ar­mią mu­sie­li się po­ru­szać w gru­pach li­czą­cych po kil­ku­na­stu zbroj­nych, bo po­je­dyn­czy jeźdź­cy roz­pły­wa­li się w po­wie­trzu, ale przy­naj­mniej De­ana mia­ła bie­żą­ce in­for­ma­cje o tym, co dzie­je się w sto­li­cy.

Po­pra­wi­ła ek­cha­ar i we­szła do głów­nej sali na­mio­tu.

— Pani Oka, Pło­mie­niu Aga­ra. — Słu­żą­ca skło­ni­ła się ni­sko i wska­za­ła na stół, gdzie le­ża­ło kil­ka do­ku­men­tów, pió­ro i ka­ła­marz. — Przy­szły li­sty z mia­sta.

Nie mo­gła od­uczyć przy­dzie­lo­nych jej przez Va­ra­lę ko­biet, żeby prze­sta­ły ją tak trak­to­wać. Jak­by spo­dzie­wa­ły się, że De­ana za­raz sta­nie w ogniu i spo­pie­li je sa­mym spoj­rze­niem. Co praw­da była w cią­ży i cza­sem mia­ła ocho­tę to zro­bić, ale bez prze­sa­dy.

— Do­brze, Mir­riah, mo­żesz mnie zo­sta­wić. I po­wiedz stra­ży, żeby przez kwa­drans nikt mi nie prze­szka­dzał.

Się­gnę­ła po pi­sma, spraw­dza­jąc od­ru­cho­wo stan pie­czę­ci. Wy­glą­da­ły na nie­na­ru­szo­ne. Wes­tchnę­ła cięż­ko, gdy uświa­do­mi­ła so­bie, co robi; naj­wy­raź­niej pa­ra­no­ja pa­nu­ją­ca w tym księ­stwie za­czę­ła się udzie­lać tak­że jej.

Pierw­szy list, na bla­do­li­lio­wym pa­pie­rze, po­kry­ty był schlud­nym, drob­nym pi­smem prze­ło­żo­nej Domu Ko­biet i nie za­wie­rał żad­nych re­we­la­cji. Stan La­we­ne­re­sa nie uległ zmia­nie, ksią­żę na­dal trwał w tym swo­im pół­śnie. Dziew­czę­ta ko­bie­ce­go skrzy­dła – De­ana zo­rien­to­wa­ła się już, że Va­ra­la na­zy­wa „dziew­czę­ta­mi” wszyst­kie słu­żą­ce, ku­char­ki i po­ko­jów­ki w pa­ła­cu, na­wet te, któ­re były od niej o wie­le star­sze – na­dal nie opusz­cza­ły ćwi­czeń z bro­nią.

1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)