Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 210
Перейти на страницу:

Gdy­by sar­kazm był kwa­sem, te sło­wa po­win­ny wy­pa­lić dziu­rę w pod­ło­dze.

— Po co te zło­śli­wo­ści?

— Zło­śli­wo­ści, Ko­hi­rze? Za­pew­niam cię, że źle mnie zro­zu­mia­łeś. Jak każ­dy lo­jal­ny Ko­no­wer­czyk, co dnia mo­dlę się o zwy­cię­stwo na­szych wojsk i ko­niec tego prze­klę­te­go po­wsta­nia. Chęt­nie zo­ba­czył­bym dzie­sięć ty­się­cy sto­sów roz­pa­lo­nych wo­kół mia­sta, na chwa­łę Aga­ra i ku prze­stro­dze ko­lej­nych po­ko­leń nie­wol­ni­ków.

Evi­kiat od­su­nął cięż­ki fo­tel od biur­ka i usiadł.

— Chęt­nie? Na­wet je­śli ozna­cza­ło­by to pusz­cze­nie z dy­mem spo­re­go bo­gac­twa? W drew­nie i ży­wym… in­wen­ta­rzu?

— War­tość jed­ne­go i dru­gie­go jest spra­wą umow­ną, Ko­hi­rze, re­gu­lo­wa­ną przez od­wiecz­ne pra­wa po­żą­da­nia u jed­nych i chę­ci zby­tu u in­nych.

— Coś o tym sły­sza­łem.

— Nie wąt­pię. Czy jed­nak mogę po­znać cel two­jej wi­zy­ty, bo jak­kol­wiek na­peł­nia ona me ser­ce ra­do­ścią, to myśl, że od­cią­gam cię od obo­wiąz­ków, mro­zi mi jed­no­cze­śnie krew w ży­łach.

Evi­kiat spoj­rzał w oczy Ba­mo­ra Wan­mu­ra, dwie kul­ki uto­czo­ne z ko­ści sło­nio­wej, na któ­rych maź­nię­to tę­czów­ki i źre­ni­ce. Ra­dość w ser­cu lub lód w ży­łach? Ten czło­wiek po­tra­fił prze­ży­wać ra­dość i smu­tek tak samo, jak mar­mu­ro­we po­są­gi zdo­bią­ce pa­łac.

— Sły­sza­łem, że two­ja Kom­pa­nia nie jest za­in­te­re­so­wa­na wzię­ciem udzia­łu w li­cy­ta­cji praw do eks­plo­ata­cji żył sre­bra pod gra­ni­cą z Wa­he­si.

Mistrz Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów roz­ło­żył ręce w ge­ście peł­nym bez­rad­no­ści i uśmiech­nął się ze smut­kiem.

— Mamy wła­sne ko­pal­nie. W Ma­gar­hach i in­nych miej­scach. Nie stać nas na in­we­sto­wa­nie gdzie in­dziej, zwłasz­cza w obec­nej sy­tu­acji.

— Obec­nej, czy­li ja­kiej? Czyż­byś wąt­pił w zwy­cię­stwo na­szych wojsk, na cze­le któ­rych stoi Pło­mień Aga­ra?

— Wąt­pił? Ja? Ni­g­dy. Wszak sam z wła­snej szka­tu­ły prze­ka­za­łem do­bro­wol­ną da­ro­wi­znę na pro­wa­dze­nie woj­ny, w wy­so­ko­ści dzie­się­ciu ma­łych min w sre­brze. Na­wet przez chwi­lę nie wąt­pię, że na­sza ar­mia zwy­cię­ży.

— Ale?

— Nie ma żad­nych ale. Ar­mia nie­wol­ni­ków jest licz­na, lecz sła­bo uzbro­jo­na, a Ko­no­we­ryn od lat nie wy­sta­wi­ło ta­kiej po­tę­gi jak dziś. Ba­wo­ły, Sło­wi­ki, na­jem­ne kom­pa­nie, któ­re ła­god­na, lecz sta­now­cza dłoń Pani Oka po­pro­wa­dzi­ła dro­gą dys­cy­pli­ny i wa­lecz­no­ści. Sto pięć­dzie­siąt sło­ni bo­jo­wych. Ze­trze­my bun­tow­ni­ków w proch!

— Ale… — po­wtó­rzył cier­pli­wie Evi­kiat.

Ten za­ro­zu­mia­ły, aro­ganc­ki ty­pek kpił so­bie z nie­go. Kom­pa­nia Wy­do­byw­cza Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów zi­gno­ro­wa­ła li­cy­ta­cję praw do wy­do­by­wa­nia sre­bra pod Wa­he­si. A gdy oni ogło­si­li, że nie są za­in­te­re­so­wa­ni, inni gra­cze – zrze­sze­nia gór­ni­cze, ban­ki, ce­chy ku­piec­kie i rze­mieśl­ni­cze, a na­wet Wiel­ka Gil­dia Mor­ska, na któ­rą Ko­hir po ci­chu li­czył – rów­nież nie wy­ka­zy­wa­ły prze­sad­ne­go en­tu­zja­zmu do wy­kła­da­nia pie­nię­dzy. Wieść, że naj­bar­dziej do­świad­czo­na kom­pa­nia gór­ni­cza w księ­stwie nie jest za­in­te­re­so­wa­na tymi zło­ża­mi, na­ka­zy­wa­ła ostroż­ność, i to mimo plo­tek o bo­gac­twie tam­tej­szych żył sre­bra.

Więc li­cy­ta­cja się nie od­by­ła.

To dla­te­go Evi­kiat zde­cy­do­wał się na tę wi­zy­tę, bez or­sza­ku i ar­mii urzęd­ni­ków. Tyl­ko roz­mo­wa w czte­ry oczy.

— … ale na­wet je­śli wy­ku­pi­li­by­śmy pra­wa do wy­do­by­cia, to któż by dla nas pra­co­wał? Tak się nie­szczę­śli­wie zło­ży­ło, że zbun­to­wa­ni nie­wol­ni­cy do­ko­na­li wie­lu ban­dyc­kich raj­dów na na­szą wła­sność, pu­sto­sząc ko­pal­nie i huty. Nie mamy na­rzę­dzi do pra­cy, mó­wię o na­rzę­dziach ob­da­rzo­nych mową, a po stłu­mie­niu po­wsta­nia ceny nie­wol­ni­ków, na­wet nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych, po­szy­bu­ją pod nie­bo.

— Do cze­go zmie­rzasz?

Mistrz Kom­pa­nii przy­brał na­gle skru­szo­ną minę.

— Wy­bacz mi, Wiel­ki Ko­hi­rze, ale skła­ma­łem, mó­wiąc ci, że ma­rzę o dzie­się­ciu ty­sią­cach sto­sów pło­ną­cych wo­kół mia­sta. To była tyl­ko ma­low­ni­cza prze­no­śnia. Tak na­praw­dę ma­rzę je­dy­nie o po­ko­ju, o koń­cu walk z bun­tow­ni­ka­mi, o żoł­nier­zach wra­ca­ją­cych do ahyr i o na­szych ko­pal­niach, hu­tach, warsz­ta­tach i plan­ta­cjach pra­cu­ją­cych bez prze­rwy, dla chwa­ły i bo­gac­twa Bia­łe­go Ko­no­we­ryn. Jed­nak żeby za­czę­ły one dzia­łać, bę­dzie­my po­trze­bo­wać rąk do pra­cy. Wszy­scy wie­my, że to nie jest zwy­kłe po­wsta­nie, po któ­rym schwy­ta­nych bun­tow­ni­ków bę­dzie moż­na sprze­dać lub po­pę­dzić z po­wro­tem na pola. Oni za­bi­ja­li swo­ich wła­ści­cie­li, za­bi­ja­li na­szych żoł­nie­rzy, za­bi­ja­li każ­de­go, kto nie no­sił ob­ro­ży. Prze­la­li mo­rze krwi. A tra­dy­cyj­ną i od wie­ków sto­so­wa­ną karą dla nie­wol­ni­ków, któ­rzy mają tyle krwi na rę­kach, jest stos. Cza­sem, w ra­mach wy­jąt­ko­wej ła­ski, po­prze­dzo­ny ścię­ciem.

— To praw­da.

Wiel­kie­mu Ko­hi­ro­wi przy­szło do gło­wy, że De­ana d’Klle­an może nie być świa­do­ma tej tra­dy­cji. Że zwy­czaj ten był tak oczy­wi­sty dla wszyst­kich, iż nikt nie po­wia­do­mił o nim Pani Oka. I że może oka­zać się bar­dzo wstrzą­śnię­ta, gdy po wy­gra­nej bi­twie Ba­wo­ły i Sło­wi­ki za­czną ści­nać drze­wa i ukła­dać sto­sy. W ra­mach ze­msty za za­bi­tych bra­ci-żoł­nie­rzy.

— To praw­da — po­wtó­rzył. — Ale po­wiedz mi w koń­cu, do cze­go zmie­rzasz.

— Do ła­ski. Aktu mi­ło­sier­dzia i wy­ba­cze­nia dla bun­tow­ni­ków, Ko­hi­rze. Za­miast ich za­bi­jać, po­zwól im od­ku­pić winy pra­cą, po­zwa­la­jąc nam ich od­ku­pić… wy­bacz — Wan­mur zdo­był się na prze­pra­sza­ją­cy uśmiech — cóż za kiep­ski ka­lam­bur mi wy­szedł. Ale o to cho­dzi: by­śmy mo­gli od­ku­pić ich za przy­zwo­itą cenę. Pła­ci­my z góry, te­raz, już. Czy­stym krusz­cem. Po­wiedz­my sto ma­łych min sre­bra za każ­de dwa ty­sią­ce schwy­ta­nych. Za­kła­da­jąc więc, że na­sza ar­mia weź­mie… po­wiedz­my, dwa­dzie­ścia ty­się­cy jeń­ców, pła­ci­my ty­siąc min sre­bra z góry.

Evi­kiat po­li­czył szyb­ko w pa­mię­ci i skrzy­wił się z dez­apro­ba­tą.

— Mniej niż un­cja sre­bra za nie­wol­ni­ka?

Mistrz Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej roz­ło­żył ręce w ta­kim ge­ście, jak­by ktoś oskar­żał go o oszu­ki­wa­nie na wa­dze.

— Ale weź­mie­my każ­de­go, męż­czy­znę, ko­bie­tę i dziec­ko. Bez wzglę­du na wiek i płeć. A je­śli nie uda się na­szej ar­mii schwy­tać aż tylu bun­tow­ni­ków, to cóż… prze­pa­dło. Naj­waż­niej­sze jest to, że po­nad ty­siąc fun­tów czy­ste­go sre­bra ju­tro, co ja mó­wię, jesz­cze dziś może tra­fić do skarb­ca.

— Skąd taka hoj­ność i skłon­ność do ry­zy­ka?

Uśmie­szek wy­krzy­wił wą­skie war­gi kup­ca.

1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)