Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Już odzyskał przytomność – powiedział stryj Clodomiro.
– Jak wyjdzie pielęgniarka, możesz do niego zajrzeć.
– Tylko na chwile – powiedział Chispas. – Doktor nie pozwala mu mówić.
Potem ten przestronny pokój o seledynowych ścianach, poczekalnia z zasłonami w kwiaty i on, Zavalita, w jedwabnej bordowej piżamie. Lampa na nocnej szafce rzucała na łóżko skąpą wiązkę światła, jak w kościele. I ta bladość jego twarzy, szpakowate włosy zmierzwione na skroniach, wilgotny zwierzęcy przestrach w oczach. Ale kiedy Santiago pochylił się, żeby go pocałować, już się uśmiechał: nareszcie cię znaleźli, chudzino, myślałem, że cię już nie zobaczę.
– Pozwolili mi wejść, pod warunkiem, że ci nie dam mówić, tato.
– Na szczęście już przeszło, nie ma się co bać – szepnął don Fermín; jego ręka wysunęła się spod przykrycia, ujęła ramię Santiago. – Wszystko w porządku, chudzino? Jak mieszkanie, jak praca?
– Wszystko doskonale, tato – powiedział. – Ale nic nie mów, bardzo cię proszę.
– Aż mnie coś ściska, o, tutaj, paniczu – mówi Ambrosio – Taki człowiek jak on nie powinien był umierać.
Siedział u niego dłuższą chwilę, na brzegu łóżka, i patrzył na tęgą, owłosioną rękę, spoczywającą na jego kolanie. Don Fermín zamknął oczy, oddychał głęboko. Nie miał poduszki, leżał wyciągnięty, z głową na materacu, i Santiago widział jego pomarszczoną szyję z szarymi punkcikami zarostu. Wkrótce zjawiła się pielęgniarka w białych pantoflach i dała mu znak, żeby wyszedł. Pani Zoila, stryj Clodomiro i Chispas siedzieli już w poczekalni, Teté i Popeye szeptali do siebie stojąc pod drzwiami.
– Przedtem polityka, teraz laboratorium i biuro – powiedział stryj Clodomiro. – Za dużo pracował, tak nie można.
– Wszystko chce robić sam, tak jakby mnie nie było – powiedział Chispas. – Wygadałem język do pięt, żeby pozwolił mi się zająć interesami, ale nie ma na niego siły. A teraz, chce czy nie chce, będzie musiał odpocząć.
– To nerwy – pani Zoila z urazą spojrzała na Santiago. – To nie tylko przez interesy, ale i przez tego smarkacza. Jak nie ma od ciebie wiadomości, to go zabija, a ciebie się nie można doprosić, żebyś zajrzał do domu.
– Oszalałaś, mamo, nie krzycz tak – powiedziała Teté. – On słyszy.
– Ciągle się tobą zadręcza, odbierasz mu spokój – szlochała pani Zoila. – Zatrułeś ojcu życie, ty smarkaczu.
Z pokoju wyszła pielęgniarka i mijając ich szepnęła proszę ciszej. Pani Zoila otarła oczy chusteczką, a stryj Clodomiro pochylił się nad nią, opiekuńczy i pełen skruchy. Siedzieli bez słowa, patrząc na siebie. Po chwili Teté i Popeye znów zaczęli szeptać. Jak się zmienili ci wszyscy, Zavalita, jak postarzał się stryj Clodomiro. Uśmiechnął się do niego, a stryj odpowiedział mu smutnym okolicznościowym uśmiechem. Zmalał, przybyło mu zmarszczek, prawie nie miał włosów, tylko tu i ówdzie kępki białego puchu na głowie. Chispas stał się już mężczyzną; w jego ruchach, w jego sposobie siadania, w jego głosie była dojrzała pewność siebie, swoboda płynąca z fizycznej i duchowej siły, jego spojrzenie kryło w sobie spokojną stanowczość. Taki był wtedy, Zavalita: silny, opalony na brązowo, w szarym garniturze, czarnych pantoflach i skarpetkach, białe mankiety koszuli, ciemnozielony krawat z dyskretną spinką, rożek białej chusteczki w kieszonce marynarki. I jeszcze Teté, rozmawiająca półgłosem z Popeye’em. Trzymali się za ręce, patrzyli sobie w oczy. Jej różowa sukienka, myśli, szeroki naszyjnik spływający aż do pasa. Widział okrągłości jej piersi i bioder, jej nogi drugie i smukłe, cienkie w kostkach, jej białe dłonie. Ty już nie wyglądasz tak jak oni, Zavalita, ty już się stałeś kimś z dołu. Myśli: już wiem, mamo, dlaczego na mój widok wpadałaś w złość. Nie czuł się zwycięzcą, nie czuł satysfakcji, chciał stamtąd wyjść jak najprędzej. Pielęgniarka wsunęła się cichutko i powiedziała, że już minęła pora odwiedzin. Pani Zoila miała zostać na noc w klinice, Chispas zabrał Teté. Popeye zaproponował stryjowi Clodomiro, że go odwiezie swoim autem, ale on nie, on pojedzie mikrobusem, wysiądzie tuż przed domem, niech pan się nie trudzi, bardzo dziękuję.
– Twój stryj zawsze taki sam – powiedział Popeye; jechali wolno w stronę śródmieścia, w dopiero co zapadłym zmroku. Nigdy nie chce, żeby go podrzucić albo przyjechać po niego.
– Nie lubi robić kłopotu, nie lubi prosić o przysługę – powiedział Santiago. – To bardzo skromny gość.
– Tak, bardzo dobry człowiek – powiedział Popeye. – Typowy Peruwiańczyk, nie?
I Popeye, Zavalita: piegowaty, czerwony, ruda czupryna na jeża, to samo przyjacielskie, czyste spojrzenie co kiedyś.
Tylko że tęższy, wyższy, swobodniejszy w ruchach i zachowaniu. Jego koszula w kratę, myśli, jego flanelowa kurtka ze skórzanymi klapami i skórzanymi łatami na łokciach, i te sztruksowe spodnie, i te mokasyny.
– Najedliśmy się strachu o twojego starego – z jedną ręką na kółku, drugą nastawiał radio. – Szczęście, że mu się to nie przytrafiło na ulicy.
– Mówisz, jakbyś już należał do rodziny – przerwał mu Santiago z uśmiechem. – Nawet nie wiedziałem, piegus, że chodzicie z Teté.
– Nic ci nie mówiła? – wykrzyknął Popeye. – Już co najmniej od dwóch miesięcy, chudy. Słowo daję, jakbyś spadł z księżyca.
– Kawał czasu nie zaglądałem do domu – powiedział Santiago. – Ale to świetnie, cieszę się za was oboje.
– Co ja przeszedłem z powodu twojej siostry – roześmiał się Popeye. – Jeszcze w szkole, pamiętasz? No i widzisz, dla chcącego nic trudnego.
Stanęli przed „Tambo” w alei Arequipa, wzięli dwie kawy, pogadali nie wysiadając z samochodu. Grzebali we wspólnych wspomnieniach, opowiadali każdy o swoim życiu. Właśnie zrobił dyplom na architekturze, myśli, zaczął pracować w dużym przedsiębiorstwie, miał zamiar razem z kilkoma innymi założyć własny zespół. No a ty, chudy, jak ci idzie, jakie plany?
– Jakoś leci – powiedział Santiago. – Nie mam żadnych planów. Chcę zostać w „Kronice”.
– A kiedy zrobisz dyplom i wykierujesz się na adwokata? – powiedział Popeye z przebiegłym uśmieszkiem. – Jesteś do tego stworzony.
– Chyba nigdy – powiedział Santiago. – Nie chcę być adwokatem.
– Tak między nami, to wiesz, twój stary okropnie się tym gryzie – powiedział Popeye. – Jak rozmawia ze mną i z Teté, to ciągle powtarza musicie go zachęcić, niech skończy studia. Tak, wszystko mi opowiada. Jestem w bardzo dobrych stosunkach z twoim starym, chudy. Bardzo się przyjaźnimy. To najlepszy człowiek na świecie.
– Nie mam ochoty zostać doktorem – zażartował Santiago. – W naszym kraju co drugi facet jest doktorem.
– A ty zawsze chciałeś być inny niż wszyscy – roześmiał się
Popeye. – Mówisz jak za czasów, kiedyśmy byli szczeniakami. Nic się nie zmieniłeś.
Odjechali sprzed „Tambo”, ale zanim Santiago wysiadł, pogadali jeszcze chwilę w alei Tacna, pod mlecznobiałym budynkiem „Kroniki”. Powinni się trochę częściej spotykać, chudy, zwłaszcza teraz, kiedy jestem już prawie twoim szwagrem. Popeye tyle razy chciał go złapać, ale ty jesteś nieuchwytny, bracie. Da znać kilku kumplom, ciągle o ciebie pytają, chudy, i może sobie kiedyś skoczymy na obiad. Od czasu ukończenia szkoły nikogo z nich nie widziałeś, co, chudy? Myśli: od czasu ukończenia szkoły. Szczeniaki, z których wyrosły teraz lwy i tygrysy, Zavalita. Inżynierowie, adwokaci, dyrektorzy. Niektórzy już się pewno pożenili, myśli, albo mają swoje dziewczyny.
– Nie widuję ludzi, bo żyję jak sowa, piegus, to przez tę pracę w gazecie. Kładę się spać rano, a kiedy wstaję, to już znowu czas do pracy.
– Cygańskie życie, chudy – powiedział Popeye. – To musi być szałowe, nie? Zwłaszcza dla takiego intelektualisty jak ty.