Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Mężczyzna nie tyle mówił, ile strzelał słowami, jakby setka łuczników szyła we wroga najszybciej, jak się da. Evikiat słuchał jego tyrady, gładził brodę i milczał, przypatrując się mówiącemu.
Bamor Wanmur – mistrz Kompanii Wydobywczej Południowych Magarhów – był raczej niski, raczej szczupły i raczej w średnim wieku. To znaczy, w zależności od tego, co założył i jak utrefił fryzurę, mógł wyglądać zarówno na trzydzieści pięć, jak i na pięćdziesiąt lat. Golił się gładko, ciemne włosy miał w tej chwili zaczesane do góry, a jego strój – białe płócienne spodnie i luźna żółta koszula z haftowanego jedwabiu – sprawiał, że ktoś spoza miasta mógłby go wziąć za jednego z setki urzędników Kompanii.
— Zaszczyt, zaszczyt — gospodarz wciąż to powtarzał i wciąż potrząsał dłoń Evikiata, jakby spodziewał się, że lada chwila z rękawa Wielkiego Kohira wypadną brzęczące monety. — Trzeba było uprzedzić, uprzedzić mnie, nas uprzedzić, naszą skromną Kompanię… Przygotowalibyśmy się jak należy! A gdzie, jeśli wolno spytać, reszta orszaku?
— Bamorze, mój drogi. — Evikiat uwolnił rękę, ledwo się powstrzymując od wytarcia jej o szatę. — Nie ma orszaku. Przybyłem z ledwie kilkoma sługami. To przyjacielska wizyta, a nie oficjalna inwazja z pałacu. Przychodzę prosić o pomoc, gdyż księstwo potrzebuje jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. I sądzę, że znalazłem się we właściwym miejscu.
Rozejrzał się demonstracyjnie wokół.
Komnata, w której się spotkali, mogłaby znaleźć się w książęcym pałacu, choć wtedy reszta pałacowych pokoi zamknęłaby drzwi i okna ze wstydu. Posadzkę w tym wielkim jak stajnia dla słoni pomieszczeniu wyłożono płytami lapis lazuli, w której błękit przetykały smugi mglistej bieli. Wypolerowano je tak, że miało się wrażenie stąpania po zamarzniętym górskim jeziorze. Różowy marmur na ścianach lśnił, odbijając światło wpadające przez tuzin sięgających od podłogi do sufitu okien, a sam sufit, pokryty mozaiką z masy perłowej i złoconych płaskorzeźb, znajdował się dobre piętnaście stóp powyżej.
Bogactwo. Ale widoczne tylko dla tych, którzy umieli je dostrzec. Prostak ze wsi zauważy tylko ładnie wypolerowaną niebieską podłogę, różowe ściany oraz błyszczący w promieniach słońca sufit i będzie rozczarowany brakiem wysadzanych klejnotami lichtarzy, przetykanych złotą nicią gobelinów, kryształowych kandelabrów oraz oddziału strażników w polerowanych na błysk zbrojach. A przecież tego właśnie się spodziewał w siedzibie Kompani Wydobywczej Południowych Magarhów.
Lecz ktoś taki jak Evikiat potrafił wycenić zarówno marmur na ścianach, wydobywany na Dalekim Południu, wartość masy perłowej, którą miał nad głową, oraz cenę szyb, które wprawiono w okna, szerokich na dwadzieścia, a wysokich na sześćdziesiąt cali. Takie szyby sprowadzano z Imperium, bo tylko tamtejsi mistrzowie potrafili produkować szklane płyty tych rozmiarów. Z tego, co Evikiat wiedział, jak na razie żadne próby wykradzenia im tego sekretu nie przyniosły skutku.
Już za to dałoby się wystawić, uzbroić i utrzymać przez co najmniej rok dziesięć bawolich Kotłów. A i tak wszystko to było żałosnymi miedziakami wobec wartości posadzki, po której stąpał.
Bryły lapis lazuli tej wielkości wydobywano tylko w jednym miejscu na świecie. Daleko na zachodzie, za ziemiami czarnych plemion. Sprowadzenie ich tu, pocięcie na płytki i położenie, ot tak, na posadzce musiało kosztować tyle, że taniej byłoby użyć w tym celu złotych samorodków.
Bankierzy, mistrzowie cechów kupieckich, handlarze niewolników – ludzie, którzy znają wartość pieniądza – przychodząc tu załatwić interesy, patrzyli na te ściany, wielkie okna oraz sufit i byli pod wrażeniem. A potem zerkali pod stopy i odkrywali, czym są prawdziwe bogactwo i władza.
Bamor spoważniał.
— Oczywiście, oczywiście. Wiem, wszystko wiem. Proszę za mną, Kohirze, proszę. Przejdźmy tam, gdzie można usiąść, napić się wina, porozmawiać w spokoju. Tędy, tędy.
Poprowadził go do komnaty, a raczej pokoju, bardziej już przystającego do siedziby Kompanii Handlowej. Pomieszczenie było wielkości chłopskiej chaty, pozbawione okien, z jednym tylko wejściem i wystrojem, sugerującym, że wszystko tu zostało podporządkowane pracy. Tylko oświetlenie stanowiło kolejny przykład zbytku, dwa kryształy pod sufitem dawały magiczne światło, choć mógł być ku temu praktyczny powód, gdyż używanie lamp olejowych lub świec w pokoju wypełnionym cennymi dokumentami byłoby co najmniej nierozważne.
Stojące pośrodku pomieszczenia biurko z ciemnego drewna miało blat wielkości drzwi stodoły oraz, co Evikiat odkrył, obchodząc je naokoło, setkę szuflad i szufladek. Za meblem umieszczono regały z księgami, broszurami i leżącymi w schludnych kupkach dokumentami. Wszystko zostało oznaczone literami i cyframi kodu, który był zrozumiały tylko dla wtajemniczonych. Wielki Kohir przesunął palcami po grzbietach oprawionych w skórę woluminów i odwrócił się do gospodarza.
Mistrz Kompanii obserwował jego spacer z uśmiechem na wąskich wargach. Tym razem był to uśmiech twardy i ostry jak klinga skrytobójcy.
— To dobre miejsce, nieprawdaż? Ciche i spokojne. Oraz, za co ręczę, całkowicie zabezpieczone przed podsłuchem. Także magicznym — z jego głosu znikł gdzieś jowialny ton i nawyk powtarzania co drugiego słowa.
— Wiem. Ludzie opowiadają sobie o tym pokoju. I o negocjacjach, do których tu dochodzi. Ponoć lepiej jest od razu iść do rzeźnika i kazać zedrzeć sobie skórę.
— Przesadzają. Jak zwykle. Mogę zadać pytanie?
— Owszem.
— Jak postępy naszej armii? Plotki mówią, że wojska wkrótce zejdą na ląd w Nowym Nurocie i pomaszerują na wroga. Dzielnie i z pieśnią na ustach.
— To prawda. Nie wiem, czy z pieśnią na ustach, ale idą naprzód. Wkrótce napotkają armię niewolników.
Bamor pokiwał głową, ale Evikiat nie mógł się oprzeć wrażeniu, że doskonale zna te wszystkie wieści.
— To dobrze. Szykuje się wielkie zwycięstwo. Dzień chwały dla Płomienia Agara.