Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 210
Перейти на страницу:

Męż­czy­zna nie tyle mó­wił, ile strze­lał sło­wa­mi, jak­by set­ka łucz­ni­ków szy­ła we wro­ga naj­szyb­ciej, jak się da. Evi­kiat słu­chał jego ty­ra­dy, gła­dził bro­dę i mil­czał, przy­pa­tru­jąc się mó­wią­ce­mu.

Ba­mor Wan­mur – mistrz Kom­pa­nii Wy­do­byw­czej Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów – był ra­czej ni­ski, ra­czej szczu­pły i ra­czej w śred­nim wie­ku. To zna­czy, w za­leż­no­ści od tego, co za­ło­żył i jak utre­fił fry­zu­rę, mógł wy­glą­dać za­rów­no na trzy­dzie­ści pięć, jak i na pięć­dzie­siąt lat. Go­lił się gład­ko, ciem­ne wło­sy miał w tej chwi­li za­cze­sa­ne do góry, a jego strój – bia­łe płó­cien­ne spodnie i luź­na żół­ta ko­szu­la z ha­fto­wa­ne­go je­dwa­biu – spra­wiał, że ktoś spo­za mia­sta mógł­by go wziąć za jed­ne­go z set­ki urzęd­ni­ków Kom­pa­nii.

— Za­szczyt, za­szczyt — go­spo­darz wciąż to po­wta­rzał i wciąż po­trzą­sał dłoń Evi­kia­ta, jak­by spo­dzie­wał się, że lada chwi­la z rę­ka­wa Wiel­kie­go Ko­hi­ra wy­pad­ną brzę­czą­ce mo­ne­ty. — Trze­ba było uprze­dzić, uprze­dzić mnie, nas uprze­dzić, na­szą skrom­ną Kom­pa­nię… Przy­go­to­wa­li­by­śmy się jak na­le­ży! A gdzie, je­śli wol­no spy­tać, resz­ta or­sza­ku?

— Ba­mo­rze, mój dro­gi. — Evi­kiat uwol­nił rękę, le­d­wo się po­wstrzy­mu­jąc od wy­tar­cia jej o sza­tę. — Nie ma or­sza­ku. Przy­by­łem z le­d­wie kil­ko­ma słu­ga­mi. To przy­ja­ciel­ska wi­zy­ta, a nie ofi­cjal­na in­wa­zja z pa­ła­cu. Przy­cho­dzę pro­sić o po­moc, gdyż księ­stwo po­trze­bu­je jej bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. I są­dzę, że zna­la­złem się we wła­ści­wym miej­scu.

Ro­zej­rzał się de­mon­stra­cyj­nie wo­kół.

Kom­na­ta, w któ­rej się spo­tka­li, mo­gła­by zna­leźć się w ksią­żę­cym pa­ła­cu, choć wte­dy resz­ta pa­ła­co­wych po­koi za­mknę­ła­by drzwi i okna ze wsty­du. Po­sadz­kę w tym wiel­kim jak staj­nia dla sło­ni po­miesz­cze­niu wy­ło­żo­no pły­ta­mi la­pis la­zu­li, w któ­rej błę­kit prze­ty­ka­ły smu­gi mgli­stej bie­li. Wy­po­le­ro­wa­no je tak, że mia­ło się wra­że­nie stą­pa­nia po za­mar­z­nię­tym gór­skim je­zio­rze. Ró­żo­wy mar­mur na ścia­nach lśnił, od­bi­ja­jąc świa­tło wpa­da­ją­ce przez tu­zin się­ga­ją­cych od pod­ło­gi do su­fi­tu okien, a sam su­fit, po­kry­ty mo­zai­ką z masy per­ło­wej i zło­co­nych pła­sko­rzeźb, znaj­do­wał się do­bre pięt­na­ście stóp po­wy­żej.

Bo­gac­two. Ale wi­docz­ne tyl­ko dla tych, któ­rzy umie­li je do­strzec. Pro­stak ze wsi za­uwa­ży tyl­ko ład­nie wy­po­le­ro­wa­ną nie­bie­ską pod­ło­gę, ró­żo­we ścia­ny oraz błysz­czą­cy w pro­mie­niach słoń­ca su­fit i bę­dzie roz­cza­ro­wa­ny bra­kiem wy­sa­dza­nych klej­no­ta­mi lich­ta­rzy, prze­ty­ka­nych zło­tą ni­cią go­be­li­nów, krysz­ta­ło­wych kan­de­la­brów oraz od­dzia­łu straż­ni­ków w po­le­ro­wa­nych na błysk zbro­jach. A prze­cież tego wła­śnie się spo­dzie­wał w sie­dzi­bie Kom­pa­ni Wy­do­byw­czej Po­łu­dnio­wych Ma­gar­hów.

Lecz ktoś taki jak Evi­kiat po­tra­fił wy­ce­nić za­rów­no mar­mur na ścia­nach, wy­do­by­wa­ny na Da­le­kim Po­łu­dniu, war­tość masy per­ło­wej, któ­rą miał nad gło­wą, oraz cenę szyb, któ­re wpra­wio­no w okna, sze­ro­kich na dwa­dzie­ścia, a wy­so­kich na sześć­dzie­siąt cali. Ta­kie szy­by spro­wa­dza­no z Im­pe­rium, bo tyl­ko tam­tej­si mi­strzo­wie po­tra­fi­li pro­du­ko­wać szkla­ne pły­ty tych roz­mia­rów. Z tego, co Evi­kiat wie­dział, jak na ra­zie żad­ne pró­by wy­kra­dze­nia im tego se­kre­tu nie przy­nio­sły skut­ku.

Już za to da­ło­by się wy­sta­wić, uzbro­ić i utrzy­mać przez co naj­mniej rok dzie­sięć ba­wo­lich Ko­tłów. A i tak wszyst­ko to było ża­ło­sny­mi mie­dzia­ka­mi wo­bec war­to­ści po­sadz­ki, po któ­rej stą­pał.

Bry­ły la­pis la­zu­li tej wiel­ko­ści wy­do­by­wa­no tyl­ko w jed­nym miej­scu na świe­cie. Da­le­ko na za­cho­dzie, za zie­mia­mi czar­nych ple­mion. Spro­wa­dze­nie ich tu, po­cię­cie na płyt­ki i po­ło­że­nie, ot tak, na po­sadz­ce mu­sia­ło kosz­to­wać tyle, że ta­niej by­ło­by użyć w tym celu zło­tych sa­mo­rod­ków.

Ban­kie­rzy, mi­strzo­wie ce­chów ku­piec­kich, han­dla­rze nie­wol­ni­ków – lu­dzie, któ­rzy zna­ją war­tość pie­nią­dza – przy­cho­dząc tu za­ła­twić in­te­re­sy, pa­trzy­li na te ścia­ny, wiel­kie okna oraz su­fit i byli pod wra­że­niem. A po­tem zer­ka­li pod sto­py i od­kry­wa­li, czym są praw­dzi­we bo­gac­two i wła­dza.

Ba­mor spo­waż­niał.

— Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. Wiem, wszyst­ko wiem. Pro­szę za mną, Ko­hi­rze, pro­szę. Przejdź­my tam, gdzie moż­na usiąść, na­pić się wina, po­roz­ma­wiać w spo­ko­ju. Tędy, tędy.

Po­pro­wa­dził go do kom­na­ty, a ra­czej po­ko­ju, bar­dziej już przy­sta­ją­ce­go do sie­dzi­by Kom­pa­nii Han­dlo­wej. Po­miesz­cze­nie było wiel­ko­ści chłop­skiej cha­ty, po­zba­wio­ne okien, z jed­nym tyl­ko wej­ściem i wy­stro­jem, su­ge­ru­ją­cym, że wszyst­ko tu zo­sta­ło pod­po­rząd­ko­wa­ne pra­cy. Tyl­ko oświe­tle­nie sta­no­wi­ło ko­lej­ny przy­kład zbyt­ku, dwa krysz­ta­ły pod su­fi­tem da­wa­ły ma­gicz­ne świa­tło, choć mógł być ku temu prak­tycz­ny po­wód, gdyż uży­wa­nie lamp ole­jo­wych lub świec w po­ko­ju wy­peł­nio­nym cen­ny­mi do­ku­men­ta­mi by­ło­by co naj­mniej nie­roz­waż­ne.

Sto­ją­ce po­środ­ku po­miesz­cze­nia biur­ko z ciem­ne­go drew­na mia­ło blat wiel­ko­ści drzwi sto­do­ły oraz, co Evi­kiat od­krył, ob­cho­dząc je na­oko­ło, set­kę szu­flad i szu­fla­dek. Za me­blem umiesz­czo­no re­ga­ły z księ­ga­mi, bro­szu­ra­mi i le­żą­cy­mi w schlud­nych kup­kach do­ku­men­ta­mi. Wszyst­ko zo­sta­ło ozna­czo­ne li­te­ra­mi i cy­fra­mi kodu, któ­ry był zro­zu­mia­ły tyl­ko dla wta­jem­ni­czo­nych. Wiel­ki Ko­hir prze­su­nął pal­ca­mi po grzbie­tach opra­wio­nych w skó­rę wo­lu­mi­nów i od­wró­cił się do go­spo­da­rza.

Mistrz Kom­pa­nii ob­ser­wo­wał jego spa­cer z uśmie­chem na wą­skich war­gach. Tym ra­zem był to uśmiech twar­dy i ostry jak klin­ga skry­to­bój­cy.

— To do­bre miej­sce, nie­praw­daż? Ci­che i spo­koj­ne. Oraz, za co rę­czę, cał­ko­wi­cie za­bez­pie­czo­ne przed pod­słu­chem. Tak­że ma­gicz­nym — z jego gło­su znikł gdzieś jo­wial­ny ton i na­wyk po­wta­rza­nia co dru­gie­go sło­wa.

— Wiem. Lu­dzie opo­wia­da­ją so­bie o tym po­ko­ju. I o ne­go­cja­cjach, do któ­rych tu do­cho­dzi. Po­noć le­piej jest od razu iść do rzeź­ni­ka i ka­zać ze­drzeć so­bie skó­rę.

— Prze­sa­dza­ją. Jak zwy­kle. Mogę za­dać py­ta­nie?

— Ow­szem.

— Jak po­stę­py na­szej ar­mii? Plot­ki mó­wią, że woj­ska wkrót­ce zej­dą na ląd w No­wym Nu­ro­cie i po­ma­sze­ru­ją na wro­ga. Dziel­nie i z pie­śnią na ustach.

— To praw­da. Nie wiem, czy z pie­śnią na ustach, ale idą na­przód. Wkrót­ce na­po­tka­ją ar­mię nie­wol­ni­ków.

Ba­mor po­ki­wał gło­wą, ale Evi­kiat nie mógł się oprzeć wra­że­niu, że do­sko­na­le zna te wszyst­kie wie­ści.

— To do­brze. Szy­ku­je się wiel­kie zwy­cię­stwo. Dzień chwa­ły dla Pło­mie­nia Aga­ra.

1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)