Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Na widok szpilołapu przymocowanego do czarnej żelaznej latarni ulicznej pomyślałem o Sammannie, który umiał z takich urządzeń wyciągać informacje. Może źle się zabrałem do rzeczy; może Sammann szukał mnie przez szpilołapy, ale nie mógł mnie namierzyć, bo cały czas kręciłem się po okolicy. Znalazłem więc miejsce na widoku i postanowiłem trochę tu postać. Chwilę wcześniej napatoczyłem się na Alwasha i Maltera, którzy podali mi adres schroniska misyjnego, w którym w razie czego mógłbym się zatrzymać. Mając w zanadrzu taki plan awaryjny, uznałem, że warto trochę poczekać. Przystanąłem na placu przed katedrą, na wprost obiektywu szpilołapu zainstalowanego na fasadzie miejskiego ratusza.
I właśnie tam padłem ofiarą rabusiów.
Tak przynajmniej pomyślałem w pierwszej chwili. Przyglądałem się akrobacie, który pięćdziesiąt stóp ode mnie popisywał się przed widzami, kiedy za plecami, z prawej strony, usłyszałem:
— Hej, Vit!
Odwróciłem się i zderzyłem z nadlatującą z tego kierunku pięścią.
Upadłem na ziemię. Ktoś podciągnął mi bluzę, odsłaniając brzuch. Przypomniał mi się Lio, pobity podczas apertu przez slogów, którzy naciągnęli mu zawój na głowę, i dlatego zamiast chronić twarz, próbowałem obciągnąć bluzę z powrotem. Tym bardziej że ktoś szamotał się z moimi spodniami, próbując wyszarpnąć mi coś zza paska.
Tam trzymałem zawój, sznur i sferę: zrobiłem z nich zgrabną paczuszkę, którą dla bezpieczeństwa schowałem w spodniach i zasłoniłem wypuszczoną na wierzch bluzą.
Z poziomu gruntu niewiele widać, zwłaszcza kiedy człowiek leży na boku, skulony w pozycji płodowej, i obserwuje świat kątem oka, ale miałem wrażenie, że dwóch mężczyzn wyrywa sobie mój pakunek, jakby chcieli go rozszarpać. Sznur się rozplątał. Zawój, który zaplotłem w tak zwaną Ośmiokrotną Kopertę, otworzył się i ze środka wypadła pomniejszona napompowana sfera. Złapałem ją po drugim odbiciu od ziemi.
Czyjaś stopa przygwoździła mi dłoń.
— Chce jej użyć! — zawołał ktoś.
Inny mężczyzna przyklęknął nade mną okrakiem — i w tym momencie odezwał się we mnie odruch. Lio zawsze mi powtarzał, że jak już ktoś na mnie usiądzie, nie mam szans wstać, dlatego kiedy poczułem, że coś takiego się dzieje, przetoczyłem się na brzuch i podciągnąłem kolana do piersi. Zanim napastnik zdołał mnie dosiąść, mógł mi co najwyżej zgnieść tyłek zamiast brzucha, a ja mogłem jeszcze wykorzystać podkulone nogi. Czyjś bucior nadal przyciskał mi rękę, ale między nią i ziemią znajdowała się jeszcze moja sfera. Powiększałem ją stopniowo, i kiedy uzyskała rozmiar ludzkiej głowy, intruz musiał cofnąć nogę i oswobodzić mi dłoń. Przysunąłem rękę do piersi i wypchnąłem się z całej siły, z obu rąk i obu nóg jednocześnie. Siedzący na mnie napastnik chwycił mnie w pół. Złapałem go za mały palec, zacisnąłem na nim pięść i szarpnąłem w tył. Zawył i puścił. Zacząłem biec, nie oglądając się za siebie.
— Rzucił na mnie czar! — darł się ktoś. — Klarant rzucił na mnie czar!
Jakaś cząstka mnie (niezbyt mądra) chciała mu wytłumaczyć, że jest skończonym idiotą, ale inne cząstki uparły się, żeby jak najszybciej oddalić się od tajemniczych napastników. Skąd znali moje przybrane imię? Obejrzałem się przez ramię: tam, gdzie przebiegłem, w tłumie ziała pustka, w którą właśnie wpadła grupa pościgowa. Nigdy wcześniej ich nie widziałem, ale mimo to wyglądali znajomo: należeli do tej samej grupy etnicznej co Laro i Dag. Brajj nazwał ich gheethami.
Nie mogli za mną nadążyć, ja jednak nie mogłem prześcignąć ich głosów:
— Łapać go! Łapać klaranta!
Niewiele im to pomogło, więc zmienili taktykę:
— To morderca! Łapać mordercę! Łapać go!
Ułatwili mi zadanie, bo nikt się nie kwapił do zastąpienia drogi postawnemu i rozpędzonemu mordercy. Moi prześladowcy poszli po rozum do głowy:
— Złodziej! Łapać złodzieja! Okradł staruszkę!
Tłum wokół mnie zgęstniał, pierwsi odważni zaczęli mi podstawiać nogi.
Kilka razy udało mi się nad nimi przeskoczyć, ale nie ulegało wątpliwości, że muszę przede wszystkim wymknąć się z zatłoczonego placu. Skręciłem w pierwszą odchodzącą od niego uliczkę, potem w pierwszą jej przecznicę. Była tak wąska, że mogłem dotknąć ścian domów po obu stronach, ale przynajmniej pozbyłem się poczucia, że dławi mnie ogromny wrogi tłum.
Usłyszałem warkot skuterów. Nie odpuścili mi. Miejscowe dzieciaki znały rozkład uliczek lepiej ode mnie i zamierzały odciąć mi drogę.
Próbowałem skręcać w mijane drzwi, ale wszystkie były zamknięte, aż za którymś razem popełniłem błąd i zrobiłem to samo na oczach uzbrojonego strażnika, pilnującego kantoru wymiany pieniędzy kilka domów dalej. Zdjął broń z ramienia i mruknął coś w kołnierz. Cofnąłem się, skręciłem w pierwszą przecznicę, która się napatoczyła, i pobiegłem nią sto jardów do miejsca, w którym przechodziła nad wąskim kanałem. Nie dotarłem do mostu, bo drogę zablokowało mi dwóch chłopaków na skuterach. Spojrzałem w bok i w dół i zobaczyłem muliste dno kanału: był odpływ. Bez namysłu skoczyłem, przeturlałem się po miękkim błocku i wstałem. Coś mnie zabolało, ale raczej niczego sobie nie złamałem. Kanał z jednej strony prowadził łukiem na główny plac miasta, z drugiej zaś na otwartą przestrzeń nabrzeża. Zacząłem biec w tym kierunku. Gdyby udało mi się dotrzeć na plażę, mógłbym ukraść jakąś łódkę albo ubłagać kogoś, żeby wziął mnie na pokład. Zresztą nawet gdybym musiał płynąć wpław, czułbym się bezpieczniej niż w ścigającym mnie tłumie.
Niestety, w błocie nie mogłem biec zbyt szybko. W dodatku byłem wyczerpany i brakowało mi tchu. Mosty spinały brzegi kanału co kilkaset stóp; na najbliższym widziałem już gromadzących się gapiów, którzy z podnieceniem wytykali mnie palcami. Odwróciłem się: na moście za moimi plecami było ich znacznie więcej i wymachiwali butelkami i kamieniami. Musiałbym być samobójcą, żeby chcieć przebiec pod którymś z mostów. Ściany kanału piętrzyły się pionowo do góry, ale miały swoje lata i nie były idealnie gładkie. Spróbowałem wspiąć się na jedną z nich. Usłyszałem zbliżający się pomruk skuterów i coś wyrżnęło mnie w głowę.
Ocknąłem się dobrą po chwilę po lądowaniu w sięgającej kolan wodzie na środku kanału. Wynurzyłem się, zaczerpnąłem rozpaczliwie powietrza — i w dziesięć sekund oberwałem dziesięcioma kamieniami i butelkami.
— Przestańcie! Uspokójcie się. Już nam nie ucieknie. — To mówił jakiś samozwańczy przywódca tłumu, krępy, kudłaty gheeth. — Świadek zaraz tu będzie.
Czekaliśmy zatem na „świadka”. Tłum trochę się posegregował. Większość stanowili przypadkowi ludzie, którzy przybiegli nad kanał z ciekawości albo w przekonaniu, że pomagają złapać złodzieja. Szybko ich jednak ubywało, a ich miejsce zajmowała nowa publika: gheethowie z piszczkami. Dlatego kiedy po minucie świadek przyjechał w napędzanej pedałami rikszy, gheethowie stanowili sto procent gapiów. Wiedzieli, że nie jestem złodziejem. Ciekaw byłem, co jeszcze o mnie wiedzą, ale podejrzewałem, że jest im to zupełnie obojętne.