Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Musieliśmy iść dalej. Brajj był wściekły, że mamy holować rannego: łaził w kółko i popatrywał chciwie w dół zbocza, jakby się zastanawiał, czy powinien zaryzykować zejście w pojedynkę. W końcu jednak postanowił zostać z nami. Na razie.
Laro miał złamane udo i mocno poobijaną głowę, co — w połączeniu z chwilowym pogrzebaniem pod śniegiem — sprawiło, że był półprzytomny.
Na jednej nodze miał jeszcze rakietę śnieżną. Odwiązałem ją teraz i z rurek szkieletu zrobiłem łubki na złamaną nogę. Rozpłaszczyłem sferę na śniegu.
Sfera jest zrobiona z porowatej membrany. Każdy jej por to mikroskopijna pompka, mogąca zasysać albo wydmuchiwać powietrze. Zachowuje się jak samopompujący balon. Stałą sprężystości membrany — jej rozciągliwość — można dowolnie zmieniać. Jeśli bardzo się ją obniży (czyli usztywni membranę) i mocno napompuje, uzyska się twardą piłeczkę. Teraz zrobiłem coś dokładnie odwrotnego: rozciągnąłem sferę maksymalnie i spuściłem z niej większość powietrza. Rozpostarłem na śniegu zawój i wciągnąłem na niego sferę. Razem z Brajjem przetoczyliśmy na nią Lara, który darł się przy tym jak opętany, wzywając na przemian matkę i swoje bóstwo. Sprawiał wrażenie bardziej przytomnego, co uznałem za dobry omen. Zawinąłem go w sferę i zawój, tak żeby mógł wystawić głowę, i przewiązałem sznurem. Lekko nadąłem sferę, nakazując zawojowi nie rozciągać się, i w ten sposób stworzyłem poduszkę powietrzną wokół ciała rannego. Zawiniątko miało od dwóch do trzech stóp średnicy i całkiem nieźle ślizgało się po śniegu (wygładziłem zawój, żeby nadać mu jak najlepszy poślizg). Nie zdołałbym pociągnąć go do góry, ale przy zejściu powinniśmy sobie poradzić.
Ja holowałem Lara, a Brajj szedł z toboganem. Związaliśmy się kawałkiem solidnej liny, która przedtem łączyła mnie z Larem, i ruszyliśmy w podobnym szyku jak wcześniej — Brajj szedł pierwszy i sondował śnieg.
Starałem się nie myśleć o tym, że Dag mógł przeżyć upadek.
Starałem się również nie zastanawiać nad tym, ile innych trupów znaleziono by w okolicy, gdyby pewnego dnia stopił się cały śnieg i lód.
Na koniec starałem się nie roztrząsać możliwości, że jest wśród nich Orolo.
Chwilowo musiałem zadbać o to, żebym sam do nich nie dołączył. Starałem się stawiać stopy w ślady Brajja. Gdyby on wpadł do szczeliny, mógłbym próbować go ocalić — to dlatego mnie wyratował; ale gdyby podobny los spotkał mnie, obaj z Larem bylibyśmy zgubieni. Dlatego szedłem krok w krok za Brajjem.
Po kilku godzinach straciłem poczucie rzeczywistości. Całą energię wkładałem w przestawianie stóp. Nie ma sensu opisywanie ogarniającej mnie nicości, żałości moralnej i fizycznej, której się poddałem. W rzadkich przebłyskach świadomości upominałem siebie, że deklaranci cierpieli znacznie bardziej podczas Trzeciej Łupieży i przy innych okazjach.
Ponieważ nie myślałem zbyt jasno, nie wiem, kiedy Brajj nas zostawił. Dopiero Laro wyrwał mnie z otępienia: krzyczał wniebogłosy, szamocząc się w zawoju i próbując uwolnić. Poprosiłem Brajja, żeby się zatrzymał, a nie słysząc odpowiedzi, rozejrzałem się i stwierdziłem, że gdzieś zniknął. Łącząca nas lina padła ofiarą jego szpikulca — ale trudno mu było się dziwić: znajdowaliśmy się na dnie doliny prowadzącej prosto do odległego o kilka mil portu. Podłoże było czarne i gładkie od niezliczonych opon i gąsienic. Wyszliśmy na drogę, którą przejechał konwój. Nie musieliśmy się już martwić szczelinami, więc Brajj się odłączył. Nigdy więcej go nie spotkałem.
Laro rozpaczliwie próbował wydostać się z zawiniątka — i to pewnie już od jakiegoś czasu. Bałem się, że miotając się na wszystkie strony, zrobi sobie krzywdę. Podpompowałem sferę, unieruchamiając go całkowicie, uklęknąłem przy nim, spojrzałem mu w oczy i spróbowałem przemówić do rozsądku. Było to niewiarygodnie trudne zadanie. Znałem ludzi, którym przyszłoby to bez wysiłku (przynajmniej z pozoru) — na przykład Tulię. Yul ryknąłby mu prosto w twarz i zmiażdżył go siłą osobowości. Ja tak nie potrafiłem.
Laro dopytywał się o Daga. Powiedziałem mu, że Dag nie żyje, co bynajmniej go nie uspokoiło, ale nie mogłem go okłamać, a byłem zbyt zmęczony, żeby wymyślić jakiś lepszy plan.
W zimnym, nieruchomym powietrzu rozległ się nagle warkot silników: w naszą stronę zmierzała mała kolumna wojskowych aportów. Najwidoczniej odłączyła się od głównego konwoju i zawróciła do portu, gdzie miała coś do załatwienia. Zanim zbliżyła się do nas na tyle, żebym mógł próbować ją zatrzymać, Laro wziął się w garść — jeśli można w ten sposób określić człowieka wstrząsanego żałosnymi niekontrolowanymi spazmami szlochu. Spuściłem powietrze ze sfery, odwiązałem sznur, wyciągnąłem Lara z zawiniątka i schowałem je do plecaka.
Faceci w wojskowych maszynach byli prawdziwymi fachowcami: natychmiast podjechali i zabrali nas do miasta. Nie zadawali żadnych pytań, w każdym razie ja żadnego nie zapamiętałem. Nie było mi specjalnie do śmiechu, ale akurat ten fakt uznałem za zabawny. W mojej uproszczonej wizji świata sekularnego spodziewałem się, że żołnierze — umundurowani, uzbrojeni i przez to podobni do gliniarzy — zachowają się jak gliniarze i z miejsca nas aresztują. Okazało się jednak, że nadzorowanie przestrzegania prawa kompletnie ich nie interesuje, co właściwie brzmiało całkiem sensownie, jeśli się człowiek nad tym zastanowił dłużej niż dziesięć sekund. Zabrali Lara do kliniki dobroczynnej prowadzonej przez miejscowy kelx (ta religia miała w tej okolicy spore wpływy), a mnie podrzucili do portu. W jakiejś tawernie kupiłem sobie całkiem znośne jedzenie i zdrzemnąłem się z głową na stole, dopóki mnie nie wyrzucili. Stojąc na dworze, czułem się chudy i wątły, jakby rozrzedzony; promienie bladego arktycznego słońca przechodziły przeze mnie na wylot i parzyły mi serce. Mogłem jednak iść o własnych i siłach i nadal miałem pieniądze; kierowca zaprzęgu nie odebrał przecież drugiej połowy swojej zapłaty. Opłaciłem rejs do Mahshtu najbliższym statkiem, przy pierwszej okazji wszedłem na pokład, wgramoliłem się na koję i znów zasnąłem w tym wstrętnym kombiworze.
Kelx: (1) Religia sięgająca korzeniami szesnastego lub siedemnastego wieku p.r. Nazwa powstała przez skrócenie orthyjskiego słowa ganakelux, oznaczającego „miejsce trójkątów”. W ikonografii kelksu trójkąt jest niezwykle ważnym symbolem. (2) Arka kelksu.
Kewierny: Wyznawca Kelksu (Trójkąta).