Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie — powiedział. — Nie zapomnieliśmy o tobie. Ruszaj się!
Skinął pistoletem w tym samym kierunku, w którym odpływał tłum, spychając trójkę w czerwonych koszulkach w stronę morza, gdzie nad kanałem, w miejscu przecięcia dwóch ulic, znajdował się mały placyk.
— Odwróć się i idź — polecił mi gheeth.
Odwróciłem się i poszedłem. Większość ludzi zdążyła nas wyprzedzić i znalazłem się na tyłach mniej więcej stuosobowego tłumu, który najpierw truchtem, a potem już biegiem gonił zbiegów. Czerwone koszulki wywlokły tymczasem zakładnika na placyk, uchodząc przed watahą rzucających kamieniami i wymachujących nożami agresorów.
Ja i człowiek z pistoletem również weszliśmy na skrzyżowanie. Po lewej ręce miałem kanał, po prawej rozpościerał się placyk — i stamtąd właśnie dobiegały okrzyki wojenne, czyli takie same nieziemskie wrzaski, jak ten wydany przez mojego wcześniejszego wybawiciela w czerwonym T-shircie. Z tą różnicą, że teraz usłyszałem ich dziesięć jednocześnie. Ten pierwszy, jak już wspomniałem, wszystkich sparaliżował, ale od tamtej pory nauczyliśmy się go kojarzyć z wybijającymi zęby i łamiącymi kości mistrzami dronu. Po naszej prawej ręce zmaterializował się nagle szereg wojowników w czerwonych koszulkach: czekali, aż zajmiemy przewidziane pozycje na placyku. Wszystkie głowy zwróciły się w ich kierunku, wszystkie ciała — w kierunku wprost przeciwnym. Każdy z nich zdążył obić do krwi i powalić jednego lub dwóch gheethów, zanim ci zorientowali się w sytuacji. Szereg gładko wchłonął przybyłą z nami trójkę, która wreszcie uwolniła zakładnika. Tłuszcza — pojąwszy, że z prawej flanki zachodzi ją nieprzyjaciel, z lewej ciągnie się kanał, a cały plac sprawia wrażenie wrogiego terytorium — zawróciła, licząc na to, że uda jej się wycofać tą samą drogą, którą przybyła. Z tyłu jednak dał się słyszeć kolejny chóralny okrzyk wojenny i kilkunastu ludzi w czerwonych T-shirtach wyskoczyło z kanału. Siedzieli tam przyczajeni, uczepieni chropowatej ściany jak pająki, a my, niczego nieświadomi, po prostu ich minęliśmy. Teraz odcięli tłumowi drogę ucieczki i gheethom pozostały tylko dwa wyjścia: mogli albo próbować się przecisnąć obok pierwszego kontyngentu na placyk, albo od razu skakać do kanału. Kiedy pierwszym udało się czmychnąć przez kanał, nagle wszyscy postanowili pójść w ich ślady. Wybuchła panika. Nikt nie przeszkadzał gheethom w ucieczce i po paru chwilach znakomita ich większość się ulotniła. Ludzie w czerwonych koszulkach połączyli się i utworzyli krąg o średnicy około dwudziestu stóp. Stali zwróceni twarzami na zewnątrz i nie przestawali się rozglądać. W środku kręgu znalazły się trzy osoby: wymachujący bronią wódz gheethów, ja oraz człowiek w czerwonym, który cały czas ustawiał się w taki sposób, żeby znaleźć się między mną i pistoletem.
— Muszkiet! — zawołała jedna z kobiet w kręgu.
Było to niedorzecznie archaiczne orthyjskie słowo oznaczające długolufową broń palną. Dwaj jej sąsiedzi odwrócili się do niej plecami i spojrzeli w przeciwnych kierunkach, ale cała reszta zachowała się bardziej naturalnie i podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem. Na skraju placyku stał zaparkowany drumon. Uzbrojony w długą broń gheeth wspiął się na niego i celował w naszą stronę. Kobieta, która przed nim ostrzegła, ruszyła w jego kierunku, zrobiła gwiazdę, wybiła się z obu nóg i przysiadła na pokrywie kontenera na śmieci. Skoczyła w bok, przetoczyła się i wylądowała przy małej fontannie. Zaparła się o nią stopą i mocno odepchnęła, zmieniając w ten sposób gwałtownie kierunek ruchu. Rozpęd poniósł ją pod nieduże kostropate drzewo. Zaczepiwszy o nie ręką, zakręciła, prześliznęła się po ławce, zniknęła w grupce przechodniów, wynurzyła się z niej po drugiej stronie i pomknęła biegiem w stronę człowieka z bronią — ale znowu zrobiła zwód i uskoczyła za kiosk. Poruszając się w ten sposób, błyskawicznie skracała dystans dzielący ją od źródła zagrożenia — strzelca na drumonie, który miał sporo kłopotu z wzięciem jej na cel. Na jego miejscu i tak bym nie strzelił, nawet gdyby od tego miało zależeć moje życie: jej akrobacje były wprost fascynujące.
Padł strzał — ale nie strzelił ani człowiek z drumonu, ani zamknięty ze mną w ludzkim kręgu przywódca gheethów. Strzelano skądinąd, trudno jednak było ustalić skąd dokładnie, ponieważ huk odbijał się echem od fasad domów i niósł po całym placu. Nogi się pode mną ugięły.
Pięć stóp ode mnie przywódcę gheethów spotkała przykrość: mężczyzna w T-shircie wykorzystał moment jego nieuwagi, przewrócił go i rozbroił.
Gimnastyczka systematycznie zbliżała się do mężczyzny na drumonie, który rozglądał się w panice, poszukując strzelca.
Rozległ się drugi strzał. Broń wypadła z rąk niedoszłego snajpera i zaklekotała o bruk, a on złapał się za dłoń i zakwiczał z bólu. Kobieta darowała sobie dalsze popisy gimnastyczne, podbiegła do pojazdu i podniosła broń.
— Muszkiet! — zawołał jeden z jej towarzyszy, wskazując na drugą stronę kanału.
Znowu dwóch jego najbliższych sąsiadów zwróciło się w przeciwnych kierunkach, a reszta — w tym i ja — potrzebowała dłuższej chwili, żeby wypatrzyć nowe zagrożenie.
Na drugim brzegu kanału stał wózek z jedzeniem, który właściciel całkiem rozsądnie zostawił na pastwę losu. Za nim zaparkował trójkołowiec, wykorzystując wózek, tabliczki z reklamami i powiewające na wietrze proporczyki w charakterze osłony. Jeden człowiek prowadził trójkołowiec: Ganelial Crade. Drugi stał na platformie pasażerskiej: Yulassetar Crade. Yul, uzbrojony w karabin, zawołał do strzelca z drumonu:
— Pierwszy strzał cię sparaliżował. Drugi strzał cię unieszkodliwił. Jeżeli będę musiał strzelić trzeci raz, ty już się o tym nie dowiesz. Pokaż ręce. Pokaż ręce, mówię!
Gheeth podniósł ręce. Jedną dłoń miał zakrwawioną i zdeformowaną.
— Zmiataj! — ryknął Yul i przerzucił karabin przez plecy.
Gheeth spadł z drumonu, przeturlał się po ziemi i wstał w pełnym biegu.
— Ras? Musimy jechać! — zawołał Yul. — Panie i panów w czerwonym, kimkolwiek jesteście, również zapraszam. Pewnie chcecie tak jak my szybko wydostać się z miasta.
Przy placyku znajdował się most. Gnel przejechał po nim na naszą stronę. Ludzie w czerwonych koszulkach rozstąpili się przed nim, a on podjechał, spoglądając na nich nerwowo, i zahamował obok mnie. Nie bardzo mogłem się ruszać. Yul schylił się, złapał mnie z tyłu za pasek i wrzucił na trójkołowiec jak nieprzytomnego turystę, którego woda zmyła z tratwy. Zrobiło się ciasno, bo pojazd był nieduży. Gnel ostrożnie zakręcił i wjechał w odchodzącą od placyku ulicę. Na głowie miał słuchawki podłączone do piszczka. Domyślałem się, że Sammann mówi mu, jak jechać.
Ludzie w czerwonych koszulkach truchtali za trójkołowcem i z obu jego boków. Najwyraźniej Yul trafił im do przekonania, doradzając opuszczenie miasta. Kiedy zorientowali się, dokąd zmierzamy, przyspieszyli kroku i Gnel musiał dodać gazu, żeby nie wyprzedzili trójkołowca. W kilka minut przejechaliśmy milę i znaleźliśmy się w dzielnicy linii kolejowych i magazynów, luźniej zabudowanej niż centrum Starego Mahshtu. Pełnowymiarowe pojazdy mogły się swobodnie mijać na tutejszych ulicach, ale kiedy dwa z nich nagle wyskoczyły znikąd, omal nas nie staranowały. Były to aporty Yula i Gnela, prowadzone — odpowiednio — przez Cord i Sammanna.
Jak później stwierdziliśmy, ekipa w czerwonych T-shirtach liczyła dwadzieścia pięć osób. Jakimś cudem udało nam się zmieścić wszystkich w dwóch aportach i trójkołowcu; nigdy jeszcze nie widziałem, żeby ludzie tak się upchnęli: jechali nawet na dachu aportu Yula, sczepieni łokciami, żeby nie spaść.