Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
— Dominującą cechą wroga była bezmyślna agresja — dodał fraa Ossa.
Wyciągnął rękę i zacisnął pięść, jakby łapał nadgarstek wymierzonej w siebie dłoni napastnika. Był to gest wielce wymowny — i musiałem się nim zadowolić, bo fraa Ossa najwyraźniej nie zamierzał wdawać się w dłuższe rozważania zastosowanej strategii.
— I doszliście do wniosku, że skoro są tacy agresywni, to warto im dać jakiś pretekst do tej agresji — powiedziałem, próbując pociągnąć go za język. Fraa Ossa uśmiechnął się i skinął głową. — Dlatego złapaliście tamtego gościa i zaczęliście go…
Zawiesiłem głos, zamiast powiedzieć prawdę: oni go torturowali! Nie chciałem krytykować ludzi, którzy ryzykowali życie, żeby mnie uratować. Fraa Ossa nadal się uśmiechał i kiwał głową.
— Ta technika polega na uciśnięciu odpowiednich nerwów — wyjaśnił. — Wydaje się bolesna, ale jest zupełnie nieszkodliwa.
To rodziło mnóstwo interesujących pytań. Czy jest różnica między czymś, co tylko wydaje się bolesne, i czymś, co boli naprawdę? I czy wolno torturować człowieka, pod warunkiem, że nie zadaje mu się trwałych obrażeń? Z wielu powodów nie należało jednak teraz się tym interesować.
— Z całą pewnością okazała się skuteczna — przyznałem. — Tłum zwrócił się przeciw wam, wy udaliście, że uciekacie, i wciągnęliście ich w pułapkę… a potem sprowokowaliście wybuch paniki.
Uśmiechy, kiwanie głową. Fraa Ossa nie miał po prostu nastroju na szczegółowe rozważanie tych kwestii.
— Ile mieliście czasu na obmyślenie tego planu? — zapytałem.
— Za mało.
— Słucham?
— Podczas ujawnienia nie ma czasu ani na układanie planów, ani tym bardziej na ich konsultowanie. Powiedziałem swoim ludziom, że powtórzymy manewr kawalerii lorda Frode’a, która na Równinie Trzcinowej wciągnęła w zasadzkę szwadron księcia Terazyna. Z tą tylko różnicą, że skraj kanału zastąpi Wysokie Szuwary, a placyk stanie się Krwawym Uskokiem. Jak widzisz, wypowiedzenie tych słów nie trwa długo.
Pokiwałem głową, tak jakbym wiedział, o czym mówi. Ale nie wiedziałem. Nie miałem nawet pojęcia, którą wojnę ma na myśli i z którego tysiąclecia.
— Skąd macie te czerwone koszulki? — zapytałem, chociaż zaczynałem się domyślać.
Fraa Ossa uśmiechnął się smutno.
— Dostaliśmy je podczas voco. To dar od miejscowej arki. Nie mogę się doczekać, kiedy dotrzemy do Tredegarha i będę mógł przebrać się w zawój i sznur…
— O właśnie, skoro o tym mowa…
Pokręcił głową.
— Twój zawój, sznur i sfera przepadły. Może nawet mogliśmy je odzyskać, ale wycofaliśmy się w pośpiechu.
— Ależ naturalnie! Nic się nie stało.
Bo w pewnym sensie rzeczywiście nic się nie stało. Zdarzało się, że fraa i suur gubili swoje rzeczy (wtedy koncent po prostu wydawał im nowe), ale ta strata bardzo mnie zabolała. Miałem je od ponad dziesięciu lat, wiązało się z nimi wiele wspomnień i stanowiły mój ostatni fizyczny łącznik ze światem matemowym. Odkąd je straciłem, niczym już nie różniłem się od przeciętnego sekulara.
Co wcale nie było takie złe: nikt już nie mógł mi ich zabrać, wymachiwać nimi nad głową i namawiać tłumu do zlinczowania mnie. Ale poczułem się osamotniony.
Sammann zagadał coś do Yula, który zerwał się na równe nogi, przyniósł karabin, złapał go za lufę i wziął potężny zamach. Z krótkiego rozbiegu cisnął broń do rzeki: koziołkując, karabin wpadł do wody w połowie szerokości nurtu i przepadł bez śladu. Minutę później na plac piknikowy zajechały dwa wyjące i błyskające światłami moby, z których wysypał się tłum policjantów. Poza fraa Ossą i suur zajętą zszywaniem mnie do kupy, wszyscy Dzwonecznicy siedzieli spokojnie na ziemi, na podkulonych nogach. Konstable głównie się na nich gapili. Zastanawiałem się, ile powstało szpilów przedstawiających fikcyjne wyczyny Dzwoneczników. Z pewnością tysiące. Gliniarze nie potrafili w nich dostrzec podejrzanych, traktowali ich raczej jak atrakcję turystyczną, jak zwierzęta w ZOO albo gwiazdy filmowe. A Dzwonecznicy doskonale o tym wiedzieli i umieli to wykorzystać. Udawali pogrążonych w medytacji. Gliniarze dali się nabrać. To była praktyczna demonstracja tego, jak wiele znaczy odpowiednia postawa.
Główny gliniarz odbył długą i (z początku) nerwową rozmowę z Yulem i fraa Ossą. Suur z igłą metodycznie przewlekała mi żyłkę przez ciało, na co zgrzytałem zębami z taką siłą, że słyszałem, jak trzeszczą. Wreszcie skończyła, odcięła żyłkę i odeszła bez słowa; nawet na mnie nie spojrzała. Doznałem iluminacji. Ja mogłem myśleć o nich życzliwie, ponieważ mnie uratowali, a także dlatego, że przed kolektą widziałem mnóstwo szpilów z ich udziałem. Prawda jednak była okrutna: nie dlatego zostali powołani, że byli sympatyczni.
Cord stanęła nade mną z rękami w kieszeniach, podziwiając moje bandaże.
— Pomyśl o tym, że w gruncie rzeczy pokrywają całkiem niewielki procent mojej skóry — powiedziałem.
Nie było jej do śmiechu.
— Nasz plan coś nieszczególnie wypalił, co? — spytałem.
Odwróciła wzrok i pociągnęła nosem: ostatni objaw emocjonalnego roztrzęsienia po tym długim dniu.
— To nie twoja wina — odparła. — Nie mogliśmy tego przewidzieć.
— Przykro mi, że cię w to wciągnąłem. Nie rozumiem, jak to się stało, że wszystko się tak poknociło.
Spojrzała na mnie bystro, ale zobaczyła chyba tylko moją głupią minę i nic ponadto.
— Nie masz zielonego pojęcia, co się dzieje, prawda?
— Chyba nie. Wiem tylko, że wojsko ciągnie na biegun. — Coś mi się przypomniało. — Pamiętam, że ten magister ze statku mówił coś Niebiańskim Strażniku, który został odepchnięty w gniewie. Dziwnie to brzmiało.
Stary, rozklekotany autokar zjechał z drogi i zatrzymał się nieopodal. Prowadził go magister Sark. Był to jeden z tych niesamowitych zbiegów okoliczności, po których ludzie zaczynają wierzyć w duchy i zjawiska nadprzyrodzone. Wytłumaczyłem sobie, że widocznie już wcześniej kątem oka dostrzegłem pojazd i moja podświadomość zareagowała na obecność Sarka, zanim zdałem sobie sprawę z jego obecności.