Mahsht był cztery razy większy niż miasto przy Sauncie Edharze — co oznaczało, że nie widziałem drugiego tak dużego miasta podczas całej mojej peregrynacji (przez całe życie także nie, nawiasem mówiąc). Ku wielkiemu rozczarowaniu bywalców naszego statku — podróżnych, którzy regularnie pływali po całej Arktyce — nie dostaliśmy zezwolenia na wejście do portu i zacumowanie przy nabrzeżu. Musieliśmy stanąć na redzie. Z mostka rozeszły się plotki, że w Mahshcie panuje zamieszanie wywołane przybyciem konwoju wojskowego i przepisy zmieniają się z godziny na godzinę.
Większość dnia spędziłem na pokładzie: podziwiałem miasto i napawałem się pobytem w miejscu, w którym pogoda nie próbuje mnie zabić. Mimo że Mahsht leżał dalej na północ niż Edhar (na pięćdziesiątym siódmym równoleżniku), miał łagodny klimat, który zawdzięczał ciepłemu prądowi oceanicznemu — nie znaczy to, że było ciepło, ale chłód był znośny i przewidywalny. Wystarczyło włożyć kurtkę i nie zmoknąć, żeby żyło się przyjemnie — tylko z tym niemoknięciem bywały kłopoty.
Mahsht zbudowano nad fiordem, który w głębi rozwidlał się na trzy odnogi. Nad każdą z nich usadowił się inny sektor lokalnej gospodarki. Jedna należała do wojska i w tej chwili panował w niej spory ruch. Nad drugą kwitł handel. Pod koniec Epoki Praksis zbudowano nad nią kontenerowy port przeładunkowy; od tamtej pory niewiele się zmieniło. W normalnych warunkach nasz statek przybiłby do jednego z nabrzeży w tym właśnie rejonie. Trzecia odnoga, najstarsza, tysiące lat przed Rekonstrukcją została wzmocniona i obudowana nabrzeżami z cegły i kamienia. Działo się to w okresie, kiedy po oceanach pływały statki napędzane wiatrem. Wyglądało na to, że nadal jest zapotrzebowanie na takie usługi, ponieważ w fiordzie roiło się od małych jednostek żaglowych.
Stare miasto i port wybudowano na nadsypanych terenach zalewowych poszatkowanych siecią kanałów — wąskich i krętych w Starym Mahshcie, regularnych i przecinających się pod kątem prostym w sektorach wojskowym i handlowym. Jęzory lądu oddzielające odnogi fiordu były w większości zbyt strome, żeby dało się na nich coś zbudować. Skalne iglice i granie podtrzymywały głównie zabytkowe zamki, luksusowe kasyna i stacje radarowe. Za miastem teren wznosił się jeszcze ostrzej: do przymglonej szaro-zielonej ściany przywarły jakieś niezidentyfikowane konstrukcje, zawieszone pod dziwacznymi kątami milę nad ziemią. Alwash wyjaśnił mi, że są to miejsca, z których za opłatą można zjechać w dół po ubitym śniegu. Chwilowo nie potrafiłem się ekscytować taką perspektywą.
Następnego dnia holownik przeciągnął nas do nabrzeża w Starym Mahshcie. Stare wygi zgodnie twierdziły, że nigdy wcześniej się to nie zdarzyło: statek zawsze cumował w „nowej” dzielnicy handlowej. Dlatego, mimo że pochłaniało mnie obserwowanie holownika i podziwianie przesuwających mi się przed oczami magazynów, ark i katedr starego miasta, musiałem zacząć myśleć o tym, jak odszukać Cord, Sammanna, Gnela i Yula; albo jak pomóc im odszukać mnie. Może powinienem po prostu przejść się do portu handlowego i liczyć na to, że tam na mnie czekają? Z drugiej strony, jeśli wiedzieli o zamieszaniu z transportem, mogli mnie szukać od razu w Starym Mahshcie.
Gdy tylko postawiłem nogę na trapie, stwierdziłem, że nie powinienem się nigdzie ruszać. Ponieważ w strefie wojskowej bałagan był niedopuszczalny, a w strefie handlowej szkodliwy, cały miejski chaos został wtłoczony do starego miasta, które stało się królestwem niezrealizowanych planów i wszechobecnej improwizacji. Wszystkie porządne noclegi zagarnęli przybysze z południa zaangażowani w obsługę podążającego na północ konwoju wojskowego, toteż zwyczajni ludzie spali gdzie popadło: w mobach, aportach, na ulicy. Zamykano im przed nosem drzwi, a dla pewności wystawiano straże, więc naturalną koleją rzeczy gromadzili się na wszelkich otwartych przestrzeniach: na nabrzeżach, niezabudowanych skrawkach równin zalewowych i niechcianych parcelach opróżnionych pod budowę nowych domów, które nigdy nie powstały. Zszedłszy po trapie, wylądowałem w takiej właśnie okolicy. Szurając nogami, schodziłem pomału z rampy załadunkowej, wypatrując moich przyjaciół; im dłużej ich szukałem, tym wolniej szedłem i tym niżej spychał mnie tłum, a ja coraz mniej widziałem, aż w końcu znalazłem się na samym dole, na nabrzeżu, gdzie nie widziałem już nic. Nie miałem żadnego planu, dałem się więc nieść nurtowi masy ludzkiej. Gdy tylko wyczułem jakąś strefę względnego bezruchu, dawałem w nią nura, zatrzymywałem się i rozglądałem. Z mojego dotychczasowego opisu można by wywnioskować, że w Mahshcie panowała jakaś przejmująca bieda, ale im dłużej przyglądałem się okolicy, tym bardziej oczywiste stawało się dla mnie, że w porcie jest mnóstwo pracy, ludzie się do niej garną, a to, co widzę (i czego stałem się częścią), jest w istocie obrazem względnej zamożności. Młodzi mężczyźni ustawiali się w kolejkach do ważnych jegomościów, którzy, jak się domyślałem, werbowali robotników. Inni sprzedawali towary i usługi tym, którzy już znaleźli pracę: gotowali jedzenie na obwoźnych straganach, sprzedawali poukrywane w kieszeniach płaszczy tajemnicze towary albo zachowywali się w specyficzny sposób, mający zasygnalizować (co powoli uczyłem się dostrzegać), że byliby skłonni sprzedać swoje ciało. Stare, zdezelowane autokary publiczne przeciskały się przez ciżbę wolniej od piechura, zbierając lub wypluwając pasażerów. Wyglądało na to, że jedynym sensownym środkiem transportu są rowery i skutery. Kaznodzieje z różnych ark wystawali na rogach i przez trzeszczące megafony wykrzykiwali swoje ewangelie i proroctwa. Wszędzie walały się śmieci i było pełno odchodów. Cieszyłem się, że nie jest cieplej.
Łagodny klimat od dawna przyciągał imigrantów z całego świata. Przybywali pojedynczo lub falami, wpływali w głąb fiordów i wspinali się w góry, żeby tam żyć po swojemu. Z biegiem czasu wykształcali własny styl ubierania, a nawet zaczynali się różnić powierzchownością od innych mieszkańców okolicy. Kupiłem na straganie coś do jedzenia (z całą pewnością najlepszą rzecz, jaką jadłem po opuszczeniu Saunta Edhara), stanąłem w spokojnym miejscu i podziwiałem wielobarwny pochód. Długowłosi mieszkańcy gór, zawsze w pojedynkę. Liczna rodzina, poruszająca się w ciasnym szyku: mężczyźni w kapeluszach z szerokimi rondami, kobiety z zasłonami na twarzach. Mieszana, wielorasowa grupa ludzi obojga płci ogolonych na łyso i noszących czerwone T-shirty. Rasa — o ile to właściwe określenie — wysokich ludzi o orlich nosach i przedwcześnie posiwiałych włosach, sprzedających świeże małże z poliplastowych skrzyń z wodorostami.
Godzinę po zejściu ze statku uświadomiłem sobie, że poszukiwania Cord, Sammanna i Crade’ów prawie na pewno zajmą mi więcej niż jeden dzień, zacząłem się więc zastanawiać, gdzie mógłbym spędzić najbliższą noc; dotarłem przecież w końcu na taką szerokość geograficzną, na której słońce o tej porze roku przynajmniej na kilka godzin znikało za widnokręgiem. Wiedziałem, że na dalekiej północy nie ma żadnych koncentów, ale w takim starym mieście musiał chyba być chociaż jeden mały matem, może nawet pochodzący jeszcze ze Starej Epoki Matemowej. Zastanawiałem się, czy powinienem go poszukać i się do niego wprosić. Szedłem szeroką ulicą prowadzącą z portu do bazyjskiej katedry i przyglądałem się domom, wypatrując przykładów architektury matemowej albo czegoś, co przypominałoby klauzurę.