Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Ale nie byliśmy.
A może wszystko szło gładko i bezpiecznie, dopóki konwój wojskowy nie zakłócił ustalonego ładu? Może najzwyczajniej w świecie mieliśmy pecha?
— Kiepsko wyglądasz. Jakby cię coś nieźle przeorało.
Otrząsnąłem się z zadumy i spojrzałem w kierunku, z którego dobiegał głos. Poruszyłem tylko gałkami oczu, nie głową, bo strasznie mnie strzykało w karku. Przyglądał mi się jakiś człowiek, w trzeciej dekadzie. Zwróciłem na niego uwagę już wcześniej, poprzedniego dnia, kiedy też zerkał w moją stronę. A teraz podszedł do mnie i w taki oto sposób próbował zagaić rozmowę.
Przykro mi to pisać, ale wybuchnąłem śmiechem i długo nie mogłem się opanować.
„Przeorywaniem” zajmowaliśmy się co roku wiosną, na naszych kłębach. Na czworakach przeczesywaliśmy grządki, wypatrując chwastów, wykopując je małymi motykami i odrzucając na stos przeznaczony do spalenia. Zostawialiśmy po sobie gołą ziemię, ręcznie wzruszoną i rozdrobnioną na proch, żeby systemy korzeniowe roślin mogły swobodnie się w niej rozwijać. Kiedy intruz zasugerował, że wyglądam jak przeorany, w pierwszej chwili pomyślałem, że jestem brudny, jakbym czołgał się w kurzu. Rzeczywiście, byłem. Albo że przypominam stertę zwiędłych chwastów. Istotnie, przypominałem. W końcu uświadomiłem sobie, że jestem extramuros, gdzie stare, pierwotne znaczenie „przeorywania” dawno poszło w zapomnienie.
Nie było sensu tłumaczyć tego wszystkiego przypadkowo napotkanemu człowiekowi, dlatego po prostu siedziałem przy stole i chichotałem bezradnie (od czego bolały mnie żebra), prosząc w duchu, żeby nie poczuł się urażony i nie rzucił się na mnie z pięściami. Chyba było mu przykro oglądać obcego człowieka w tak żałosnym stanie — i całe szczęście, bo był dość postawny i mógł mi boleśnie złoić skórę.
Wpadłem na pomysł, który pomógł mi opanować śmiech.
— Posłuchaj… — odezwałem się. — Masz może jakieś zbędne ubranie? Chętnie bym je od ciebie odkupił.
— Faktycznie przydałyby ci się czyste ciuchy — zgodził się.
Znów parsknąłem śmiechem. Od czasu do czasu zalatywał mnie mój własny zapaszek. Nie był miły. Ale przecież nie mogłem tak po prostu ubrać się w zawój.
— Mam więcej ubrań, niż potrzebuję — mówił dalej. — Chętnie się nimi podzielę.
Dziwnie mówił. Półpiśmienni sekularowie kupowali w sklepach gotowe liściki, drukowane na grubym tworzywie i zdobione rysunkami, i wysyłali je sobie nawzajem, aby okazać uczucia. Listy były pisane sztywnym językiem, jakiego nikt na co dzień nie używał — poza tym człowiekiem, który stał przede mną i rzucał takimi słowami jak „przeorany”.
— Nie chcę nic w zamian — dodał. — Mam wszakże nadzieję, że kiedy się przebierzesz, dołączysz do mnie na nabożeństwie.
Więc o to chodziło: chciał mnie nawrócić na swoją religię. Przyciągnąć do swojej arki. Obserwował mnie, żałosnego nieszczęśnika, i rozpoznał we mnie duszę, która rozpaczliwie potrzebuje zbawienia.
Nie miałem nic lepszego do roboty, a było dla mnie oczywiste, że muszę się trochę podszkolić w sprawach sekularnych. Wyrzuciłem więc cuchnące ubranie i kombiwór, wykąpałem się najlepiej jak się dało w umywalce i włożyłem ubranie otrzymane od intruza. Miało dziwny zapach.
Poszedłem do kabiny, w której jego arka odprawiała swoje nabożeństwa. Panował w niej ścisk i upał. Powitało mnie półtora tuzina wiernych i jeden magister — żylasty mężczyzna imieniem Sark, który pół życia spędził na statkach, świadcząc posługę duchową żeglarzom i rybakom.
To był kelx, arka Trójkąta. Wyznawców kelksu nazywano kewiernymi. Kult ten nie miał nic wspólnego z religią Ganeliala Crade’a. Przed mniej więcej dwoma tysiącami lat wymyślił ją jakiś sprytny prorok, najprawdopodobniej niezwykle skromny, ponieważ niewiele o nim wiedziano i nikt go nie czcił. Religia Sarka była spękana i porozgałęziana jak lodowce, po których ostatnio sporo chodziłem, ale wszystkie sekty i schizmatycy zgadzali się co do tego, że istnieje inny świat, większy i lepszy (w znaczeniu: prawdziwszy) od naszego. W owym świecie żył bandyta, który napadł pewną rodzinę: ojca zamordował, matkę zgwałcił i zabił, a córkę uprowadził jako zakładniczkę i niedługo potem udusił, kiedy musiał wymknąć się pogoni. W końcu jednak został schwytany i wtrącony do lochu na bardzo długi czas („na pół żywota”), gdzie czekał na rozpatrzenie swojej sprawy. Kiedy w czasie procesu przyznał się do winy, Sędzia zapytał, czy zna jakiś powód, dla którego nie miałby zostać skazany na śmierć. Potępieniec odparł, że owszem, zna taki powód i że przyszedł mu on do głowy podczas długich lat spędzonych w ciemnicy. Kiedy wspominał swoją ohydną zbrodnię, nie mógł się opędzić od jednej myśli: jego najgorszym czynem było zamordowanie dziewczyny („Bezgrzesznej”, jak ją nazwano), ponieważ, dopóki żyła, skrywała wielki potencjał, mogła zrobić wiele rzeczy, które po jej śmierci na pewno się już nie spełnią. Każda dusza, tłumaczył dalej Potępieniec, potrafi stworzyć cały świat, równie ogromny i zróżnicowany jak ten, w którym żyje Sędzia. Było to prawdą w odniesieniu do Bezgrzesznej, ale było także prawdą w wypadku Potępieńca, i dlatego nie należy go zabijać. Nikogo nie wolno skazywać na śmierć.
Wysłuchawszy jego słów, Sędzia wyraził swoje powątpiewanie odnośnie do zdolności Potępieńca do stworzenia świata. Potępieniec podjął wyzwanie i zaczął opowiadać o swoim wymyślonym świecie, o jego bogach, królach i herosach. Zajęło mu to cały dzień i Sędzia musiał ogłosić przerwę, ostrzegł jednak Potępieńca, że jego los nadal wisi na włosku, ponieważ jego wyimaginowany świat tak samo obfituje w wojny, zbrodnie i okrucieństwa, jak ten, w którym obaj żyją. Wyrok został odroczony, ale jeśli na następnym posiedzeniu sądu problemy w wymyślonym świecie nie zostaną rozstrzygnięte w satysfakcjonujący sposób, o zachodzie słońca Potępieniec zostanie stracony.
Następnego dnia Potępieniec usiłował spełnić oczekiwania Sędziego i nawet poczynił pewien postęp, ale przy tej okazji spowodował nowe tarapaty i wprowadził nowe postaci, równie dwuznaczne moralnie jak pierwotna obsada. Sędzia nie znalazł dostatecznych podstaw do jego egzekucji i przełożył wykonanie wyroku na następny dzień. A potem na następny. I jeszcze raz.
Świat, w którym żyłem ja, Jesry, Lio, Arsibalt, Orolo, Jaad, Ala, Tulia, Cord i wszyscy inni, był tym właśnie światem, który Potępieniec z dnia na dzień wymyśla w sali sądowej. Prędzej czy później Sędzia wyda wyrok: jeżeli nasz świat wyda mu się miejscem przyzwoitym, uwolni Potępieńca i wytwór umysłu więźnia przetrwa; jeśli jednak okaże się, że wyobrażony świat odzwierciedla wyłącznie zepsucie i moralną zgniliznę podsądnego, Wysoki Sąd każe go zabić i nasz świat przestanie istnieć. Mogliśmy ocalić Potępieńca, siebie samych i cały świat, postępując w taki sposób, żeby dzięki naszym staraniom świat stawał się z dnia na dzień coraz lepszy.
I dlatego Alwash, bo tak miał na imię barczysty intruz, podarował mi swoje ubranie. Próbował powstrzymać koniec świata.
Określenie „kelx” było skróconą formą orthyjskiego słowa oznaczającego „miejsce trójkątów”. Trójkąty odgrywały ważną rolę w ikonografii tej religii. W przytoczonej przez mnie opowieści występowały trzy główne postaci: Potępieniec, Sędzia i Bezgrzeszna. Potępieniec reprezentował niedoskonały czynnik sprawczy, Sędzia dobroć i sprawiedliwy osąd, Bezgrzeszna zaś natchnienie mające odkupicielską moc. Każde z nich z osobna byłoby niepełne, ale we troje stworzyli nas i nasz świat. Spory o naturę tej triady były przyczyną setek wojen, ale wszyscy kewierni wierzyli z grubsza w tę samą historię — różnili się tylko jej interpretacją. Kelx stracił ostatnio na znaczeniu i jego głos brzmiał wyjątkowo zgorzkniale i apokaliptycznie. Opierał się na założeniu, że prędzej czy później Sędzia podejmie decyzję, dzięki czemu magistrzy (tak tytułowali się jego kapłani) mogli grać na emocjach trzódki i w razie potrzeby podburzać ją do działania zapewnieniami, że koniec świata jest bliski.