Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 129 130 131 132 133 134 135 136 137 ... 253
Перейти на страницу:

Świadkiem był Laro, z nogą w wojskowym gipsie.

— To on! Nigdy nie zapomnę tej gęby! Użył klaranckiej magii, żeby się uratować, ale Daga zostawił!

Wytrzeszczyłem oczy, jakbym chciał zapytać Żartujesz?!, ale on dalej wykrzykiwał z takim przekonaniem, że zacząłem wątpić w swoje wspomnienia.

— Gliny! — ostrzegł ktoś.

Prawdę mówiąc, takie ostrzegawcze okrzyki słyszałem od samego początku i nie marzyłem o niczym innym, jak tylko o tym, żeby gliniarze wreszcie się pojawili — chociaż wątpiłem, czy mógłbym liczyć na lepsze traktowanie z ich strony.

— Załatwmy to szybko! — krzyknął inny gheeth.

Spojrzał na przywódcę, który podszedł do krawędzi kanału. Obok stanął olbrzymi facet, trzymający nad głową brukowiec i wpatrujący się we mnie natarczywie. Przywódca wskazał mnie wyciągniętą ręką.

— To klarant. Laro to potwierdził, a ci dwaj znaleźli dowody, które nosił ukryte pod ubraniem.

Dwaj młodzi gheethowie, którzy wcześniej mnie napadli, zostali wypchnięci na czoło tłumu z takim impetem, że sami omal nie wpadli do kanału. Na dany przez przywódcę znak podnieśli mój zawój, sznur i sferę wysoko, żeby wszyscy mogli je zobaczyć. Gapie odpowiedzieli takimi ochami i achami, jakby ktoś im pokazał bombę atomową.

— Klarant złamał odwieczne prawo, zakazujące takim jak on mieszać się w nasze sprawy. Przyszedł nas szpiegować. Wszyscy wiemy, co zrobił biednemu Dagowi; możemy sobie wyobrazić, jaki los czekał Lara, który jednak walczył dzielnie i wyrwał się z jego klaranckich łap. Czy puścimy mu to płazem?

— Nie! — odpowiedziała tłuszcza.

— Czy możemy zdać się na gliny, że wymierzą sprawiedliwość?

— Nie!

— Ale sprawiedliwość musi zostać wymierzona?

— Tak!

Przywódca skinął na olbrzyma z brukowcem, a ten cisnął nim we mnie tak nieporadnie, że z łatwością uskoczyłem. Tylko że w ślad za jednym dużym kamulcem pofrunęło dwadzieścia mniejszych i szybszych. Zacząłem biec (zygzakiem, żeby stanowić trudniejszy cel), kiedy w odległości stu stóp dostrzegłem kamienne schody prowadzące z kanału na poziom ulicy. Gdybym do nich dopadł, mógłbym przynajmniej wyleźć na górę, zamiast tkwić w tej beznadziejnej sytuacji, w rowie, poniżej tłumu. Oberwałem jeszcze paroma pociskami w plecy, ale biegnąc, osłaniałem tył głowy rękami, więc nie stała mi się poważniejsza krzywda.

Bez przeszkód wbiegłem po schodach, ale na górze już na mnie czekali: ledwie się wynurzyłem, ktoś mnie podciął i przewrócił na plecy. Ktoś inny na mnie upadł, może dlatego, że próbował mnie powalić, ale mu nie wyszło. Złapałem go za klapy i przytrzymałem jako żywą tarczę. Ludzie przepychali się, żeby wymierzyć mi kopniaka, ale widząc jednego ze swoich, powstrzymywali mordercze zapędy. W końcu liczne ręce wyciągnęły się po niego, zwlokły go ze mnie i pomogły mu wstać, a ja zostałem z jego kurtką w garści. Próbowałem się podnieść, ale mi nie pozwolili. Skuliłem się i zakryłem głowę rękami.

Kilka sekund później usłyszałem wrzask.

Bez wątpienia był to wrzask ludzki, nie przypominał jednak niczego, co w życiu słyszałem. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, żeby w pełni opisać jego przeraźliwość, to stwierdzenie, że doskonale wyrażał moje wszystkie ówczesne odczucia. Byłem tak spanikowany i zagubiony, że przez chwilę pomyślałem nawet, że wrzask dobył się z mojego gardła. Na jego dźwięk wszyscy zamarli w bezruchu: przestali mnie atakować, przestali się przepychać… Rozstąpili się i rozglądali w poszukiwaniu źródła i znaczenia wrzasku.

Przetoczyłem się na plecy. Wokół mnie zrobiło się luźniej, a dokładniej: wokół mnie i łysego mężczyzny w czerwonej koszulce.

Podszedł do mnie i wyciągnął z kieszeni coś, co natychmiast się powiększyło: sfera! Błyskawicznie nadał jej średnicę pięciu stóp i narzucił ją na mnie. Była miękka, więc spłaszczyła się wokół mnie, osłaniając przed dalszymi ciosami; tylko głowa i stopy wystawały mi poza jej obręb. Wszystko było dobrze, dopóki stał przy mnie i ją trzymał, bo pierwszy mocniejszy podmuch wiatru mógł ją przemieścić. Mój wybawca zadbał jednak i o to: wskoczył na sferę i tam znieruchomiał. Byłaby to pozycja dość ryzykowna nawet gdyby stanął normalnie, na obu nogach, on jednak przykucnął na jednej, a drugą tylko podkulił. Kiedy byłem młodszy, bawiliśmy się czasem w ten sposób, że stawaliśmy na sferach i próbowaliśmy na nich balansować; niektórzy dorośli ćwiczyli w ten sposób refleks i zmysł równowagi.

Nieznajomy wybrał sobie dziwne miejsce i czas na takie ćwiczenia.

Jego zachowanie miało jeszcze jeden zbawienny efekt uboczny: zaskoczyło napastników nie mniej od wrzasku. Nie trzeba jednak było długo czekać, żeby jeden z młodszych gheethów wypatrzył moją głowę (cel oczywisty i kuszący), podszedł i zamierzył się do kopniaka. Zamknąłem oczy w oczekiwaniu na cios i usłyszałem przenikliwy bezdźwięczny odgłos. Kiedy rozwarłem powieki, mój niedoszły dręczyciel padał właśnie na wznak, a ja poczułem na twarzy deszcz ciepłych kropelek: bryźnięcie krwi. Jakieś drobne kamyki zagrzechotały o bruk. Zamrugałem, bo krew ściekała mi do oczu, i dopiero wtedy zorientowałem się, że to nie kamyki, tylko zęby.

Na obrzeżach tłumu rozległ się kolejny wrzask, ale zupełnie inny od poprzedniego. Wydał go człowiek doświadczający niewiarygodnego bólu — i to niewiarygodnego w sensie dosłownym, bo krzyk wyrażał przede wszystkim zdumienie w stylu Nie miałem pojęcia, że coś może boleć tak, jak mnie teraz boli! Krzyk zwrócił uwagę wszystkich gheethów — poza jednym, który parł w moją stronę z dziwnym, zastygłym uśmiechem na twarzy. Wyjął i otworzył nóż sprężynowy. Tym razem niczego nie przegapiłem. Człowiek przykucnięty na czubku sfery zamarkował kopnięcie. Nożownik dźgnął w miejsce, w którym — jego zdaniem — powinna się znaleźć noga tamtego. Zanim jednak zdążył się zorientować, jak bardzo się pomylił, mój obrońca złapał go za rękę z nożem i wykręcił ją w zupełnie niewłaściwą stronę, przy czym, zamiast po prostu przekręcić mu nadgarstek, zeskoczył ze sfery i wykonał wokół niego salto. Rozległa się seria głuchych trzasków, gdy popękały wszystkie kości i stawy w ręce napastnika. Sfera stoczyła się ze mnie. Nóż upadł na ziemię. Sięgnąłem po niego, ale nie byłem dostatecznie szybki: mój obrońca posłał go kopniakiem na dno kanału.

Zostałem pozbawiony osłony, co jednak nie miało większego znaczenia, ponieważ cały tłum zgodnie przemieścił się w kierunku, z którego dochodził tamten makabryczny, wyrażający najwyższe zdumienie krzyk. Dźwignąłem się na kolana.

Źródłem wrzasku był dorosły gheeth płci męskiej, trzymany w jakimś skomplikowanym chwycie zapaśniczym przez łysą kobietę w czerwonym T-shircie. Podobny do niej mężczyzna, na oko osiemnastoletni, stał za jej plecami i metodycznie powalał na ziemię wszystkich, którzy próbowali się do niej zbliżyć. W chwili, kiedy zobaczyłem całą scenę, tłum zabrał się już do obrzucania ich kamieniami. Mój opiekun porzucił mnie, dołączył do tamtych dwojga i pomógł im oganiać się od pocisków. Zaczęli się wycofywać. Większość napastników ruszyła za nim, ale tłum pomału się rozpraszał. Rzucanie kamieniami w samotnego deklaranta zapowiadało się na fajną rozrywkę, ale z tym, co się teraz działo, woleli nie mieć nic wspólnego.

Obejrzałem się, licząc na to, że uda mi się dyskretnie wymknąć, i spojrzałem prosto w oczy przywódcy gheethów. W ręce trzymał pistolet. Celował we mnie.

1 ... 129 130 131 132 133 134 135 136 137 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)