Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Cord przyjęła to wszystko całkiem spokojnie, biorąc pod uwagę, że do ostatniej chwili nie mogła wiedzieć, że przyjdzie jej przewozić półtora tuzina mistrzów dronu w czerwonych T-shirtach. Jednak kiedy wyjeżdżaliśmy z miasta, zerkała na mnie z lękiem w oczach.
— Nie bój się — uspokoiłem ją. — To deklaranci. Pewnie też zostali powołani. Nie wiem, z jakiego są matemu, ale z pewnością specjalizują się w dronie… Może to jakiś odłam z Doliny Dzwoneczków…
Za moimi plecami rozbawiony mężczyzna w czerwonej koszulce przełożył moje słowa na orthyjski. Odpowiedziały mu chichoty.
Poczułem się zakłopotany. Bardzo zakłopotany. Błoto znów zlepiło mi włosy.
Oczywiście, że byli z Doliny Dzwoneczków.
Chciałem się do nich odwrócić, ale coś utrudniało mi ruchy. Sięgnąłem ręką i namacałem trzy dłonie, należące do Dzwoneczników siedzących obok mnie lub za moimi plecami i przyciskające nasiąknięte krwią zwitki materiału do mojej twarzy i głowy. Moje rany. Nie zdawałem sobie z nich sprawy. To nie wciśnięci do aportu obcy tak przerazili Cord. To moja twarz.
Podczas ostatnich wydarzeń cały czas targały mną niewłaściwe emocje. Na początku, kiedy zaatakowało mnie dwóch gheethów, przeraziłem się — i to było w porządku. Uciekłem. Potem wmówiłem sobie, że dam radę. Że ucieknę w labiryncie ulic i kanałów. Że jakoś się wybronię, przemówię Larowi do rozsądku. Przecież tak naprawdę wcale nie chcą mnie zabić, to niemożliwe. Zaraz przybiegną gliny. Kiedy oszołomiony zacząłem się godzić z losem, zjawili się fraa i suur z Doliny Dzwoneczków. Wszystko, co wydarzyło się później, było fascynujące i niesamowite; przeżyłem ten okres w uniesieniu, jakby na jakimś chemicznym haju — w ten sposób moje ciało zareagowało na rany i stres. Jeszcze przed minutą cały zalany krwią wyściskałem Cord, jakby nic się nie stało.
Jednakże po paru minutach jazdy całkiem się rozkleiłem. Wszystkie obrażenia jednocześnie zaczęły się skarżyć mózgowi bólem, jak żołnierze wywoływani na apelu. Dopływ tych sympatycznych substancji, jakie moje gruczoły pompowały mi do krwi, nagle został odcięty. Jakby otworzyła mi się pod nogami zapadnia. Zmieniłem się w rozdygotany, popłakujący kłębek nerwów, skulony i pojękujący z bólu.
Kierowani przez Sammanna, po dwudziestu minutach dotarliśmy na duży plac na lewym brzegu szerokiej rzeki spływającej z gór do fiordu, nad którym rozłożył się Stary Mahsht. W przeszłości była tu pewnie piaszczysta łacha, ale dawno została wybetonowana i posłużyła za fundament licznych kompleksów przemysłowych, które jeden po drugim popadły w ruinę. Na jednym końcu znajdowała się przystań dla łódek rekreacyjnych i plac piknikowy z cuchnącymi latrynami. Kiedy tam zajechaliśmy, przepłoszyliśmy jakichś urlopowiczów. Zostałem wyniesiony z aportu i ułożony na stole piknikowym wyłożonym materacami turystycznymi, żeby było mi miękko, i brezentową płachtą, żeby zabezpieczyć materace przed wszystkim, co by ze mnie wyciekało. Yul wyciągnął apteczkę, złożoną, podobnie jak większość jego ekwipunku, z elementów kupionych i znalezionych przy różnych okazjach. Dużą, grubą, nieprzemakalną torbę z poliplastu wysypał najpierw od środka białym proszkiem z poliplastowej rury — solą zmieszaną ze środkiem bakteriobójczym. Następnie nalał do niej dwa galony wody z kranu i trochę nią popotrząsał, żeby uzyskać sterylny roztwór soli fizjologicznej. Ścisnąwszy torbę pod pachą, uzyskał całkiem mocny strumień, którym przepłukał mi skaleczenia. Z poważniejszych ran zdzierał gazę i płukał je tak długo, aż zacząłem krzyczeć — a potem polewał je jeszcze przez pół minuty. Następny był Gnel, który majstrował przy nich czymś śmierdzącym; kiedy zajął się moim pękniętym łukiem brwiowym, zorientowałem się, że to klej tak śmierdzi, zwykły klej z tubki, taki sam, jakiego użyłbym do przyklejenia odłamanego uszka od filiżanki. Rany zbyt rozległe, żeby dało się je zalepić klejem, sklejał taśmą samoprzylepną z włókna szklanego. Jedna z suur z Doliny Dzwoneczków nakłuła mnie igłą do szycia nawleczoną na żyłkę wędkarską z przybornika Gnela. Kiedy już rana została potraktowana klejem, taśmą albo żyłką, ktoś w czerwonym T-shircie smarował ją wazeliną i przykrywał czymś białym. Inny Dzwonecznik, z pewnością masażysta, nie pytając o pozwolenie, obmacał mnie całego, szukając połamanych kości i krwotoków wewnętrznych; jeśli nawet śledzionę miałem całą, nim zaczął mnie badać, z pewnością rozpękła się, zanim przeszedł do wątroby. Werdykt brzmiał: poobijany, trzy pęknięte żebra, spiralne złamanie kości ręki, dwie złamane kostki dłoni. Miałem się też nie dziwić, jeżeli przez jakiś czas będę sikał krwią.
Minęło wystarczająco dużo czasu, żebym zdążył się najeść wstydu, że tak się rozkleiłem podczas jazdy, dlatego teraz ze wszystkich sił starałem się nie krzyczeć więcej niż to absolutnie konieczne. Z niewiadomych powodów myślałem głównie o Lio, który już przed kolektą obdarzał na wpół boską czcią wszystko, co związane z Doliną Dzwoneczków. W Sauncie Edharze wytropił wszystkie książki napisane w Dolinie; wszystkie napisane przez ludzi, którzy twierdzili, że ją odwiedzili; a także wszystkie te, których autorzy zostali pobici przez Dzwoneczników. Umarłby ze wstydu, gdyby się dowiedział, że w ich obecności nie okazałem absolutnej niewrażliwości na ból.
Tuż poza zasięgiem mojego słuchu toczyły się tymczasem rozmowy, w których koniecznie chciałem uczestniczyć. Kiedy posklejali mi głowę, mogłem się wreszcie rozejrzeć i zobaczyłem Sammanna rozmawiającego z jakimś starszym fraa z Doliny oraz suur pocieszającą Cord, która wybuchała płaczem za każdym razem, gdy spojrzała w moją stronę.
Jakiś czas później stwierdzono, że jednak wyżyję i w związku z tym warto ze mną porozmawiać. Fraa Ossa, Pierwszy Wśród Równych w grupie Dzwoneczników, podszedł do mnie. Nie licząc szwaczki, która mozoliła się, łatając poszarpaną ranę na mojej łydce, pozostali moi naprawiacze pozabierali swoje szpargały i się ulotnili. Yul przytulił Cord i prawie zaniósł ją na brzeg rzeki, gdzie mogła się do woli wypłakać.
— Wczoraj zostaliśmy powołani — zagaił fraa Ossa. To jego pierwszego zobaczyłem podczas niedawnego zamieszania: przykrył mnie sferą i stanął na niej na jednej nodze. Wyglądał na cztery dekady z hakiem. — Kazano nam udać się do Tredegarha. Spojrzeliśmy na globus i uznaliśmy, że najrozsądniej będzie się tam dostać przez Mahsht.
Dolina Dzwoneczków leżała około stu mil od Mahshtu. Okrężną drogą, przez ocean, rzeczywiście można było dotrzeć stamtąd do Tredegarha.
— Miejscowi dowieźli nas do Mahshtu. Co tam zastaliśmy, wiesz. Ci z nas, którzy znają fluksyjski, próbowali załatwić wszystkim przejazd na statku. Zaczepił nas twój magister.
— Mój magister?! — powtórzyłem.
Dostrzegłem jednak na twarzy Ossy cień uśmiechu. Żartował.
Ale nie do końca.
— Znamy Sarka — ciągnął. — Bywa u nas na apertach, przedstawia nam swoje idee. — Wzruszył ramionami i poruszył dłońmi w taki sposób, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że starają się uczciwie ważyć słowa Sarka. — Podszedł do nas na ulicy i powiedział, że dziki tłum ściga jakiegoś samotnego deklaranta. Uznaliśmy, że nadeszła chwila ujawnienia.
W pierwszej chwili pomyślałem, że próbuje przejść na fluksyjski i pomyliły mu się słowa — dopóki nie przypomniałem sobie podstaw dronu, które Lio latami wkładał mi do głowy.
Podczas Rekonstrukcji, dokładnie w roku zerowym, kiedy wytyczano i obmierzano miejsca pod nowe matemy, żeby położyć kamienie węgielne pod tumy i zegary, zespół świeżo zaprzysiężonych deklarantów zapuścił się na bezludną pustynię, by tam podjąć takie właśnie prace. Przy okazji napatoczyli się na nielegalną plantację fikochwastu i trafili do szopy, w której produkowano skoncentrowany wyciąg z tej rośliny, będący zakazanym przez prawo narkotykiem. Tubylcy otoczyli ich i obiegli w szopie. Deklaranci byli nieuzbrojeni, w dodatku pozbierano ich z całego świata i niewiele ich łączyło; większość nawet nie mówiła po orthyjsku. Tak się jednak złożyło, że było wśród nich kilkunastu adeptów starożytnej szkoły sztuk walki, która wtedy miała tylko tyle wspólnego ze światem matemowym, że powstała w zamkniętym środowisku klasztornym. Do tej pory wykorzystywali swoje umiejętności tylko w sali gimnastycznej, teraz jednak znaleźli się w sytuacji, w której musieli jakoś zareagować. Część deklarantów zginęła. Jedni mistrzowie sztuk walki spisali się wyśmienicie, inni stali sparaliżowani i okazali się równie nieprzydatni jak ci, którzy nic nie potrafili. Od tej pory sytuacje tego rodzaju nazywa się ujawnieniem. Ci, którzy przeżyli, założyli matem w Dolinie Dzwoneczków. Lio twierdził, że równie dużo czasu jak na ćwiczenia fizyczne przeznaczają na rozważanie istoty ujawnienia; wychodzili z założenia, że wszelkie umiejętności są bezużyteczne, a nawet gorzej niż bezużyteczne, jeśli człowiek nie wie, kiedy powinien je wykorzystać. A wybór właściwej chwili wcale nie jest taki łatwy: jeżeli zwleka się zbyt długo, w którymś momencie robi się za późno na reakcję; jeśli zaczyna się działać zbyt szybko, można pogorszyć sytuację.