Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Dla ciebie też jest miejsce – rozkazał pijąc. – Dla każdej jedno kolano, żebyście się nie pobiły.
Poczuła, że ją ciągnie za rękę, i przysuwając się do niego usłyszała, jak Malvina piskliwie zawodzi aj, Quetita, jakie kościste. Siedzieli teraz przyciśnięci do siebie, fotel bujał się jak wahadło zegara, i Queta poczuła odrazę: jego ręka była mokra od potu. Była koścista, drobna, i podczas gdy Malvina – siedząc już wygodnie albo tylko udając, że jej wygodnie – chichotała, dowcipkowała i starała się pocałować mężczyznę w usta, Queta czuła jego szybkie paluszki, mokre, lepkie palce, łaskoczące jej piersi, brzuch i nogi. Wybuchnęła śmiechem i poczuła, że go nienawidzi. A on rozdawał pieszczoty metodycznie i z uporem, każdej z nich jedną ręką, ale nawet się nie uśmiechnął i popatrywał to na jedną, to na drugą, w milczeniu, z twarzą obojętną i zamyśloną.
– Pan ordynusik jakiś niewesoły – powiedziała Queta.
– To już może chodźmy do łóżka – pisnęła ze śmiechem Malvina. – Bo dostaniemy zapalenia pluć, kochasiu.
– Z dwiema naraz nie mam odwagi, to dla mnie za dużo, takie dwie ślicznotki – mruknął i zepchnął je łagodnie z kolan. Po czym rzucił rozkaz: – Najpierw trzeba się zabawić. Zatańczcie coś.
Będzie nas tak trzymał całą noc, pomyślała Queta, posłać by go w cholerę i wrócić do gringa. Malvina odeszła w kąt i klęcząc przy ścianie włączała adapter. Queta poczuła, że zimna koścista rączka znowu ją przyciąga, i pochyliła się, zbliżyła twarz i otworzyła usta: coś ciastowatego, cienkiego, o zapachu mocnego tytoniu i alkoholu, wcisnęło się pomiędzy jej zęby, dosięgnęło dziąseł, rozpłaszczyło jej język i wysunęło się z powrotem zostawiając w jej ustach gorzką ślinę. Po czym koścista rączka bezceremonialnie zepchnęła ją z fotela, zobaczymy, może tańczysz jeszcze lepiej, niż całujesz. Queta poczuła ogarniający ją gniew, ale uśmiech nie zniknął z jej twarzy, przeciwnie, stawał się coraz bardziej promienny. Malvina podeszła do nich, wzięła Quete za rękę, pociągnęła ją na dywan. Tańczyły huarache, z figurami i ze śpiewem, ledwo dotykając się nawzajem końcami palców. Potem bolero, przytuliwszy się mocno do siebie. Kto to jest? szepnęła Queta do ucha Malvinie. Nie wiem, Quetita, ale jakiś ważny skurwiel. – Trochę czulej – zaszemrał mężczyzna łagodnie, jego głos był teraz inny; brzmiał cieplej i jakby bardziej po ludzku. – Z sercem.
Malvina wybuchnęła swym ostrym, sztucznym chichotem i zaczęła głośno wykrzykiwać, a to ci dopiero, jak mamę kocham, i przyciskać się namiętnie do Quety, która obejmowała ją w talii, kołysząc się lekko. Fotel znów zaczął się bujać, teraz szybciej niż przedtem, nierówno, z sekretnym poskrzypywaniem, i Queta pomyślała no dobra, już jest gotów. Zbliżyła usta do ust Malviny i kiedy się całowały, zamknęła oczy, żeby się nie roześmiać. I w tym momencie muzykę zagłuszył pisk opon samochodowych. Odskoczyły od siebie, Malvina zatkała uszy, powiedziała znów jakiś pijak, cholera. Ale to nie był wypadek, tylko auto ostro zahamowało przed domem, trzasnęły drzwiczki i wreszcie ktoś zadzwonił. Dzwonił i dzwonił, jakby nie mógł oderwać ręki.
– No co jest, o co chodzi – powiedział mężczyzna z głuchą wściekłością. – Tańczcie dalej.
Ale płyta dojechała do końca i Malvina musiała założyć nową. Znowu się objęły, znowu tańczyły, i nagle drzwi odskoczyły aż pod ścianę, jak otwarte kopniakiem. Queta go zobaczyła: wielki Murzyn o ciemnoczekoladowej skórze i wściekle przy lizanych włosach. Znieruchomiał na progu, z ogromnym łapskiem na klamce, jego wielkie białe oczy patrzyły na nią olśnione. Nawet wtedy nie przestały patrzeć, kiedy mężczyzna zeskoczył z fotela i w dwóch susach znalazł się przy drzwiach.
– Co tu robisz, do cholery? – powiedział stając przed Murzynem z zaciśniętymi pięściami, jakby chciał go bić. – Nie wiesz, że trzeba pukać?
– Generał Espina czeka przed domem, don Cayo – Murzyn jakby się skurczył, oderwał dłoń od klamki, bojaźliwie patrzył na tamtego, język mu się plątał. – Jest w samochodzie. Powiedział, żeby pan wyszedł, że to bardzo pilne.
Malvina w pośpiechu nakładała spódnicę, bluzkę, pantofle, a Queta ubierając się spojrzała jeszcze raz w stronę drzwi. Nad głową odwróconego plecami gościa znowu te oczy czarnucha: przestraszone, oślepione blaskiem.
– Powiedz, że zaraz zejdę – mruknął mężczyzna. – A na przyszłość nigdy się nie ładuj bez pukania, bo oberwiesz.
– Przepraszam, don Cayo – Murzyn skinął głową i cofnął się. – Ja nie pomyślałem, powiedzieli mi jest tutaj. Niech pan się nie gniewa.
Zniknął w korytarzu, a mężczyzna zamknął drzwi. Odwrócił się do nich, teraz już doskonale widoczny w pełnym świetle lampy. Twarz miał pooraną zmarszczkami, z postarzałych oczu wyzierało rozczarowanie. Wyjął z portfela kilka banknotów i położył na fotelu. Podszedł do nich poprawiając sobie krawat.
– To na pociechę, bo już muszę iść – mruknął niechętnie, wskazując palcem pieniądze. I rozkazującym tonem do Quety: Jutro przyślę po ciebie. Koło dziewiątej.
– O dziewiątej nie mogę – powiedziała Queta szybko, zerkając na Malvine.
– Będziesz mogła – rzekł sucho. – No więc tak jak mówiłem, o dziewiątej.
– To mnie już odstawiasz, kochasiu? – zaśmiała się Malvina i stając na palcach patrzyła na banknoty leżące na fotelu. – Więc nazywasz się Cayo. Cayo… a dalej?
– Cayo Gównocidotego – powiedział nie odwracając się, już na progu. Wyszedł i trzasnął drzwiami.
– Dopiero co miałeś telefon z domu, Zavalita – powiedział Solórzano na jego widok. – Jakaś pilna sprawa. Tak, chyba coś z ojcem.
Pobiegł do pierwszego biurka, nakręcił numer, długie rozdzierające sygnały, nieznany uprzejmy głos: pana nie ma, nie ma nikogo. Znowu zmienili szefa służby i ten już nawet nie wie, kim jesteś, Zavalita.
– Tu Santiago, syn starszego pana – powtórzył głośniej. – Co się stało ojcu? Gdzie jest?
– Zachorował – powiedział służący. – Jest w klinice. Nie wiem w której, proszę pana.
Wziął od Solórzano dziesięć solów i złapał taksówkę. Wbiegł do Kliniki Amerykańskiej i zaraz zobaczył Teté, która dzwoniła z telefonu służbowego. Jakiś chłopak, nie Chispas, trzymał ją pod ramię i dopiero kiedy był już koło nich, Santiago poznał w nim Popeye’a. Zobaczyli go i Teté odłożyła słuchawkę.
– Już lepiej, lepiej – miała zapłakane oczy, łamiący się głos.
– Ale myśleliśmy, że umrze, Santiago.
– Od godziny wydzwaniamy do ciebie, chudy – powiedział Popeye. – Do twojego pensjonatu, do „Kroniki”. Już chciałem brać samochód i jechać po ciebie.
– Ale to nie było wtedy – mówi Santiago. – Umarł przy drugim ataku, Ambrosio. W półtora roku później.
To się stało podczas popołudniowej herbaty. Don Fermín wrócił przedtem do domu wcześniej niż zwykle; źle się czuł, bał się, że to grypa. Wypił gorącej herbaty, łyk koniaku i czytał prasę, zagłębiony w fotelu przy biurku, aż tu nagle Teté i Popeye, którzy puszczali płyty w salonie, usłyszeli jakiś łomot. Santiago zamyka oczy: to potężne ciało leżące na dywanie, twarz zastygła w ogromnym bólu czy przerażeniu, obok na podłodze pled i pismo, które czytał. Jak mama musiała krzyczeć, jakie zamieszanie w całym domu. Owinęli go w koce, wnieśli do samochodu Popeye’a, zawieźli do kliniki. Mimo żeście go państwo w tak barbarzyński sposób poruszali, całkiem nieźle zniósł atak, powiedział lekarz. Musi teraz leżeć bez ruchu, ale już nie ma się czego obawiać. W korytarzyku pod jego pokojem siedziała pani Zoila, a stryj Clodomiro i Chispas uspokajali ją. Matka podstawiła mu policzek do pocałunku, ale nie powiedziała słowa i popatrzyła na niego z wyrzutem.