Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 210
Перейти на страницу:

Key’la drgnę­ła.

— Nie mów tak — po­pro­si­ła ci­cho.

— Je­ste­śmy inni niż wy — w gło­sie Ust Zie­mi ból mie­szał się z dumą. — Nie do­ra­sta­li­śmy do in­te­li­gen­cji, choć by­li­śmy bli­sko. Ob­da­ro­wa­no nas nią. Je­ste­śmy inni. Ro­dzisz dziec­ko z na­dzie­ją, że bę­dzie mia­ło du­szę, a gdy wiesz już, że jej nie ma, nie mówi, nie śmie­je się, jest mą­dre, tak, ale nie in­te­li­gent­ne. Kam­de­ri­su­we, obo­wią­zek mat­ki… po­da­jesz zio­ła… za­sy­pia, bie­rzesz na ręce i scho­dzisz pod zie­mię. Jest lek­kie i cie­płe, śpi co­raz głęb­szym snem, od­dy­cha spo­koj­nie…

Ol­brzym­ka w koń­cu otwo­rzy­ła po­wie­ki i od­wró­ci­ła się do nich. Jej oczy, czar­ne i zie­lo­ne, wy­glą­da­ły tak samo, ukry­te w cie­niach ma­lo­wa­nych przez lam­pę.

— Za­zwy­czaj prze­sta­ją od­dy­chać, nim tu­taj do­trzesz. Znaj­du­jesz ka­wa­łek wol­nej prze­strze­ni, ukła­dasz. Od­cho­dzisz.

— Nie mo­że­cie…

— Nie! Nie… do­ro­sły va­ihir to ma­chi­na do wal­ki. Umie­my tyl­ko to, bo tak nas stwo­rzo­no. Bez du­szy zna­my je­dy­nie gniew, wście­kłość, ry­wa­li­za­cję, za­bi­ja­nie. Nie da się nas oswo­ić, uło­żyć. Wy­tre­so­wać… Pró­bo­wa­li­śmy.

Ileż bez­rad­no­ści moż­na wlać w jed­no sło­wo.

Pró­bo­wa­li­śmy.

— Wie­lu zgi­nę­ło, bo po­słu­cha­ło szep­tu ser­ca. A na­sza ro­zum­ność… pa­mię­tasz Ka­wa­łek Że­la­za?

Czy pa­mię­ta? Key’la nie wi­dzia­ła go od dłuż­sze­go cza­su, ale oczy­wi­ście, że pa­mię­ta­ła.

— Je­ste­śmy cisi. Spo­koj­ni. Nie wrzesz­czy­my w trak­cie wal­ki, nie roz­pa­la­my swo­je­go gnie­wu. Nie mu­si­my. Ale cza­sem on wy­bu­cha. I tra­ci­my kon­tro­lę, wróg jest wszę­dzie, nie­waż­ne, ile ma rąk, nóg, głów… Za­tra­ca­my się. Ka­wa­łek Że­la­za i Czar­ny Bia­ły są brać­mi; ich mat­ka oka­mie­ni­ła swo­je ser­ce tak, że w koń­cu pę­kło, wiesz? Uro­dzi­ła ośmio­ro dzie­ci i umar­ła, wra­ca­jąc stąd na górę szó­sty raz. Nie­waż­ne… Oni są brać­mi i kie­dyś w trak­cie wal­ki Ka­wa­łek Że­la­za za­tra­cił się. Ogar­nął go bo­jo­wy szał, czer­wo­ny i gę­sty jak za­sy­cha­ją­ca krew. Czar­ny Bia­ły wal­czył z nim przez wie­le go­dzin. Po­ha­ra­tał go, po­chla­stał nie­mal na ka­wał­ki, a gdy jego brat osu­nął się w koń­cu na zie­mię, be­stia go pu­ści­ła. Po­wró­cił do kra­iny ro­zum­nych. Nie wszyst­kim się uda­je. Cza­sem mu­si­my za­bić tych, któ­rzy wy­bie­ra­ją dro­gę zwie­rzę­cia. Patrz.

Usta Zie­mi po­sta­wi­ła lam­pę na po­sadz­ce, opa­dła na ko­la­na i opie­ra­jąc się dol­ny­mi dłoń­mi o dno ja­ski­ni, gór­ne wy­cią­gnę­ła tak, jak­by chcia­ła schwy­cić po­wie­trze. Ko­cyk stra­cił na­gle spo­kój, wy­sko­czył przed Key’lę, a jego nóż i pa­zu­ry bły­snę­ły w świe­tle lam­py.

Va­ihir­ska ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się dzi­ko.

— No pro­szę, na­wet jak pró­bu­ję za­po­mnieć, że on po­cho­dzi z ho­dow­li Do­brych Pa­nów, nic z tego. Twój ka­na­loo za­pew­ne zo­stał na­uczo­ny roz­po­zna­wać tę po­sta­wę. To pohe, gniew, obłęd i amok w jed­nym. Taką po­zy­cję przyj­mu­je va­ihir w chwi­li, gdy się za­tra­ca. Gdy od­rzu­ca ro­zum i zmie­nia się w zwie­rzę. Je­śli kie­dy­kol­wiek zo­ba­czysz w ta­kim sta­nie ko­goś z nas, ucie­kaj. Rzuć wszyst­ko i ucie­kaj. Je­steś mała, scho­waj się do dziu­ry, gdzie nie bę­dzie mógł za tobą pójść, i cze­kaj, aż odej­dzie. Cier­pli­wość nie jest ce­chą pohe.

Wy­pro­sto­wa­ła się, pod­no­sząc lam­pę. Ko­ści i czasz­ki znów za­ja­śnia­ły w krę­gu świa­tła. Jed­no z ra­mion ol­brzym­ki wska­za­ło wej­ście do ja­ski­ni.

— W moim ple­mie­niu od wie­lu lat żad­na ko­bie­ta nie scho­dzi­ła taką dro­gą. W in­nych jesz­cze to ro­bią, ale co­raz rza­dziej. Nie da­je­my już rady. I mam wra­że­nie, że z tego po­wo­du czę­ściej przy­cho­dzi po nas pohe. Na­sza roz­pacz jest ci­cha, nie krzy­czy i nie pła­cze w głos. Tyl­ko tu — do­tknę­ła pier­si — sie­dzi be­stia, co­raz głod­niej­sza i bar­dziej znie­cier­pli­wio­na. Każ­dy ma swój spo­sób, by ją uśpić. Me­dy­ta­cje, mo­dli­twy, mu­zy­ka. Ja gram na holi. To moja ko­ły­san­ka dla be­stii.

Key’la kiw­nę­ła gło­wą, mru­gnę­ła szyb­ko i od­wró­ci­ła wzrok. To wstyd pła­kać przy ob­cych. Usta Zie­mi była jed­nak mą­dra. Opu­ści­ła lam­pę, zmniej­sza­jąc pro­mień świa­tła do kil­ku stóp.

— Wy­ru­szy­my na woj­nę prze­ciw stwo­rom z Do­li­ny Żalu. Na woj­nę wła­śnie, bo je­dy­ną na­szą na­dzie­ją jest to, że uda nam się uwol­nić, obu­dzić na­sze­go boga, i za­mknąć na za­wsze ten tu­nel, tę ja­ski­nię. Bo nie mamy wyj­ścia. Wy­mie­ra­my. Ro­zu­miesz?

Dziew­czyn­ka wes­tchnę­ła. Po­cią­gnę­ła no­sem.

— Tak.

— Do­brze. Chodź­my.

Wra­ca­li w mil­cze­niu, jak­by gro­za ja­ski­ni za­ci­snę­ła im się na gar­dłach i nie chcia­ła pu­ścić. Gdzieś w po­ło­wie dro­gi Usta Zie­mi za­trzy­ma­ła się, unio­sła lam­pę i nie pa­trząc w tył, po­wie­dzia­ła:

— Dzię­ku­ję.

— Za co?

— Że nie za­py­ta­łaś, ile razy tędy scho­dzi­łam.

Key’la mil­cza­ła. Na­wet je­den raz to za dużo. O wie­le za dużo.

Po kil­ku ude­rze­niach ser­ca bez sło­wa ru­szy­ły da­lej.

Rozdział 27

Wi­dząc zmie­rza­ją­ce­go w jego stro­nę męż­czy­znę, Evi­kiat ze Smesh, Wiel­ki Ko­hir Dwo­ru, po­gła­dził krót­ką, czar­ną bro­dę i uśmiech­nął się uprzej­mie. To był uśmiech, któ­ry mógł­by wzbu­dzić za­ufa­nie za­rów­no u do­ro­słe­go, jak i u dziec­ka, szcze­ry i cie­pły. Ko­muś, kto ob­da­rza cię ta­kim uśmie­chem, wie­rzy się na sło­wo, po­ży­cza się bez wa­ha­nia sa­kiew­kę peł­ną zło­ta albo zdra­dza ro­dzin­ne se­kre­ty.

Go­spo­darz od­po­wie­dział wła­snym uśmie­chem. Po czym uści­snął obu­rącz wy­cią­gnię­tą w swo­ją stro­nę dłoń i po­trzą­snął nią ener­gicz­nie.

— Za­szczyt to dla mnie. Za­szczyt ogrom­ny. Sam Wiel­ki Ko­hir, pierw­szy wśród sług księ­cia, w moim domu… Ale i wstyd to dla mnie, wstyd prze­ogrom­ny, że przyj­mu­ję ta­kie­go go­ścia w iście god­ny po­ża­ło­wa­nia spo­sób! Gdy­bym wie­dział wcze­śniej, gdy­bym mógł się przy­go­to­wać, oj, ka­zał­bym przy­szy­ko­wać ucztę i spro­wa­dził nie­wol­ni­ce szko­lo­ne w sztu­ce umi­la­nia cza­su mę­żom! Ja nie­szczę­sny, ra­dość i wstyd czuć jed­no­cze­śnie, co za udrę­ka dla ser­ca i du­szy…

1 ... 124 125 126 127 128 129 130 131 132 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)