Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Oraz Brajja, który stał na skraju szczeliny i patrzył na mnie. Spadłem jakieś dwadzieścia stóp w dół.
— Jesteś deklarantem.
Tak brzmiały jego pierwsze słowa.
— Jestem.
— Masz jeszcze jakieś sztuczki w zanadrzu? Bo ja już nie mam ani kawałka liny: całą szlag trafił razem z tymi dwoma gheethami.
Poklepał się po zawiązanym w pasie żółtym sznurze: za węzłem została go może stopa, nie więcej. Został przecięty dokładnie w tym punkcie, w którym dosięgłoby go ostrze szpikulca w chwili paniki. Albo wyrachowania.
— Pomyślałem, że mogłeś przeciąć linę.
Nie wiem, czemu to powiedziałem. Chyba przemówiła przeze mnie deklarancka potrzeba stwierdzania faktów.
— Może ją przeciąłem.
Spojrzeliśmy sobie w oczy. Brajj był człowiekiem niezwykle racjonalnym, bardziej niż niektórzy deklaranci. Przypominał Crade’ów, Cord i mistrza Quina: wszyscy byli wystarczająco inteligentni, żeby zostać deklarantami, ale z jakichś powodów wylądowali extramuros. Wyglądało na to, że kiedy znalazł się na pustkowiu w towarzystwie ludzi, z którymi nic go nie łączyło, stał się w najwyższym stopniu wyrachowany i pozbawiony skrupułów.
— Jest ci obojętne, czy przeżyję, czy zginę — mówiłem dalej. — Twoje decyzje są podyktowane egoizmem. Pomogłeś nam przetrwać, zabrałeś nas ze sobą i związałeś się z nami liną, ponieważ wiedziałeś, że jeśli wpadniesz do szczeliny, pomożemy ci z niej wyjść. Ale kiedy wpadł któryś z nas, natychmiast przeciąłeś linę, żeby się ratować. Do szczeliny zajrzałeś z czystej ciekawości. Zobaczyłeś moją sferę, a więc wiesz, że jestem deklarantem. Co teraz?
Moje wynurzenia wydały mu się lekko zabawne: rzadko słyszał, żeby inteligentni ludzie mówili tak prosto z mostu, i ta nowinka go zainteresowała. Długo przetrawiał moje słowa, w pewnym momencie podniósł nawet wzrok i spojrzał w głąb doliny. Znów odwrócił się do mnie.
— Porusz nogami — polecił.
Poruszyłem.
— Teraz rękami.
Poruszyłem.
— Z tymi gheethami i tak były same kłopoty — dodał.
— Czy to pogardliwe określenie ludzi jest przejawem dyskryminacji rasowej?
— Tak, jest przejawem dyskryminacji rasowej — powtórzył Brajj, przedrzeźniając mnie. — Gheethowie nadają się do kopania rowów i wyrywania chwastów. Tutaj są gorzej niż bezużyteczni. Ale ty to co innego: dzięki tobie mogę przeżyć. Jak zamierzasz wyleźć na górę?
Od trzech tysięcy siedmiuset lat nasze prawo zakazywało nam posiadania czegoś więcej niż zawój, sfera i sznur. Wiele półek zapełniono książkami deklarantów, którzy na przestrzeni dziejów popadali w różne tarapaty i byli zmuszeni wymyślać nowe, twórcze zastosowania dla tych trzech rekwizytów. Wiele z ich pomysłów miało swoje nazwy: Zapadka Saunta Ablavana, Gadżet Ramgada, Leniwy Fraa. Nie byłem w tej dziedzinie ekspertem, ale w młodości często przeglądaliśmy z Jesrym takie książki i dla zabawy ćwiczyliśmy niektóre sztuczki.
Sznury i zawoje były wykonane z tego samego materiału, utkanego z włókien, które mogły przyjmować dwie formy: ciasno zwiniętej helisy (stawały się wtedy krótkie, grube i elastyczne) albo prostej nitki (wówczas były długie, cienkie i sztywne). W zimie przemawialiśmy do naszych zawojów w taki sposób, żeby napuszyć ich włókna: zawój wyraźnie się skracał, ale robił się gruby i ciepły dzięki uwięzionemu w tkaninie powietrzu. Latem prostowaliśmy włókienka, a nasze zawoje stawały się cienkie i przewiewne. Tak samo zachowywał się sznur: mógł być krótki i puchaty albo cienki i długi.
Powiększyłem sferę do rozmiarów ludzkiej głowy, owinąłem ją zawojem i przewiązałem sznurem. Potem znowu powiększyłem sferę i kazałem zawojowi rosnąć razem z nią. Sfera zaklinowała się w szczelinie. Mogła przesuwać się do góry, ale nie w dół, ponieważ szczelina była najszersza u góry i zwężała się ku dołowi. Popchnąłem sferę do góry, gdzie znów znieruchomiała. Powiększyłem ją i znowu popchnąłem. Powiększyłem i popchnąłem. Po kilka cali na raz. Ściany były wyjątkowo nierówne, więc nie przebiegało to tak sprawnie, jak można by sądzić z mojego opisu, ale pomału uczyłem się i pracowałem coraz szybciej.
— Mam! — zawołał Brajj.
Sfera poszorowała po ścianach i uciekła mi zupełnie. Ogarnęła mnie panika, dopóki nie namacałem sznura. Przepuszczałem go ostrożnie przez dłoń, dopóki Brajj nie wydobył sfery na górę. Byliśmy połączeni sznurem. Brajj wbił szpikulec w lód i okręcił sznurem jego rękojeść. Tak mi w każdym razie powiedział.
Nie chciałem rezygnować z toboganu i rozdzielać się z Larem i Dagiem, ale musiałem się od nich odciąć, jeśli myślałem o poprawieniu swojej sytuacji. Przywiązałem swój sznur do pętli, którą byłem owinięty w pasie, a następnie wyplątałem się z niej. Uwolniłem się w ten sposób od kilkuset funtów balastu. Sznur stał się naszym jedynym łącznikiem z toboganem i pozostałą dwójką. Powiedziałem Brajjowi, jak zmniejszyć sferę. Zrobił to i zrzucił mi ją na dół, a ja znów zaklinowałem ją w szczelinie i — mając swobodę ruchów — usiadłem na niej okrakiem. Pierwszy raz od chwili wypadku wstałem i spojrzałem w dół, na przedmiot, który wyhamował mój upadek i ocalił mi życie. Rzeczywiście, był to tobogan: utkwił pod kątem między ścianami szczeliny jak patyk wstawiony na sztorc w pysk potwora. Kiedy go odciążyłem, drgnął, przesunął się i spadł niżej, by po kolejnych dziesięciu stopach znowu się zaklinować. Na szczęście pętla ze sznura na wbitym w lód szpikulcu wytrzymała, więc nie straciliśmy toboganu. Powiększając sferę, wydostałem się na niej ze szczeliny; na wszelki wypadek cały czas trzymałem rękę przeplecioną przez sznur. Na górze wbiłem swój prowizoryczny czekan w lód i obwiązaliśmy go dodatkową pętlą ze sznura.
Na krótką metę mogliśmy podciągnąć ładunek, skracając sznur (był to prosty przykład zastosowania Zapadki Saunta Ablavana), dopóki po paru minutach nie wyczerpała się nagromadzona w nim energia. Wystawiony na słońce szybko by się naładował, ale nie mieliśmy tyle czasu, a i sam sznur magazynował w gruncie rzeczy niewiele energii. Nie pozostało nam więc nic innego, jak odwołać się do siły własnych mięśni. Po ciągnięciu toboganu dalej poszło już łatwiej i po chwili głęboko w dolinie błękitnego światła dostrzegliśmy wynurzające się spod śniegu ciało Lara. Ciągnąca się za nimi lina miała najwyżej dziesięć stóp długości i kończyła się rozplątanym węzłem: trzymał dostatecznie mocno, żeby pociągnąć w dół Lara, tobogan i mnie, ale poluzował się przy szarpnięciu, kiedy tobogan zaklinował się w szczelinie. Dag spadł na dno szczeliny i został pogrzebany pod lawiną. Miałem nadzieję, że samo jego umieranie trwało krócej niż lot ku śmierci.
Brajj zerkał na mnie z ukosa, jakby pytał Po co to robimy? Udawałem, że niczego nie zauważam, dopóki nie wyciągnęliśmy Lara na krawędź szczeliny.
Kiedy przetoczyliśmy go na plecy, zadygotał, sapnął i wykrzyknął imię swojego bóstwa.
Nagle zrozumiałem Brajja: był ode mnie sprytniejszy i myślał znacznie rozsądniej. Cały czas zadawał sobie pytanie Co zrobimy, jak się okaże, że on żyje?
Przeleżałem półżywy w śniegu kilka minut. Najwyraźniej uraz głowy, którego doznałem przy upadku, dopiero teraz dał znać o sobie.