Rozmowa w „Katedrze”
- Автор: Варгас Льоса Марио
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:
– Gdzie tam, ta to nie żadna artystka – mówi Ambrosio. – Nazywa się Margot, znana kurwa. Codziennie zagląda do „Katedry”.
Queta zaczęła na dobre obrabiać swojego gringa: jedna whisky, druga, to dla niego, a dla niej wermut (po prostu rozwodniona herbata). Podłapałaś dobrego gościa, powiedział jej Robertito, to złota żyła, już masz dwanaście żetonów. Gringo zaśmiewając się i robiąc miny opowiadał jakąś historię, ale Queta rozumiała z tego tylko oderwane słowa. Napad na bank czy na sklep, czy na pociąg, który ten facet widział naprawdę albo w kinie, a może czytał o tym w jakimś piśmie, w każdym razie, chociaż ona nie rozumiała dlaczego, wspomnienie tej historii ogromnie go bawiło. Z uśmiechem na twarzy, otaczając ramieniem piegowatą szyję partnera, Queta tańczyła i myślała: dwanaście, tylko tyle? I właśnie zza zasłony w głębi wyjrzała Ivonne, ociekająca szminką i rimmelem. Mrugnęła na nią i skinęła ręką o połyskliwych szponach. Queta zbliżyła usta do ucha porośniętego jasnym puszkiem: zaraz wracam, kochanie, poczekaj na mnie, nie odchodź z żadną inną. What, co, did you say? powiedział wesolutkim tonem, a Queta czule przycisnęła jego ramię: zaraz wracam, za chwileczkę. Ivonne czekała w korytarzyku, z miną od wielkiego dzwonu: okropnie ważna figura, Quetita.
– Jest w saloniku, z Malvina – obrzuciła badawczym spojrzeniem jej fryzurę, makijaż, suknię, pantofle. – Chce, żebyś ty też przyszła.
– Ale ja jestem zajęta – powiedziała Queta wskazując w stronę baru. – O, ten…
– Zobaczył cię z saloniku, spodobałaś mu się – oczy Ivonne zabłysły. – Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jakie masz szczęście.
– No a tamten, madame? – nalegała Queta. – On już dużo zamówił i…
– Ma kupę forsy, nadziany jak król – szeptała chciwie Ivonne. – Musi stąd odejść zadowolony, zadowolony z ciebie. Czekaj, poprawię ci włosy, potargałaś się.
Szkoda, myślała Queta, podczas gdy palce Ivonne buszowały w jej włosach. A po chwili, gdy szła korytarzem: polityk, wojskowy, dyplomata? Drzwi od saloniku były otwarte i wchodząc zobaczyła, jak Malvina rzuca halkę na dywan. Zamknęła drzwi, które w tej samej chwili otworzyły się znowu, i wszedł Robertito z tacą; zgięty we dwoje przemknął po dywanie ze służalczą miną na gładkiej twarzy, dobry wieczór. Postawił tacę na stoliku i tak samo pochylony wyszedł, a wtedy Queta usłyszała głos tamtego:
– I ty też, ślicznotko, ty też. Nie gorąco ci?
Głos pozbawiony wyrazu, suchy, despotyczny, lekko pijany.
– Nie ma pośpiechu, kochasiu – powiedziała starając się dojrzeć jego oczy, ale nie udało jej się. Siedział na krześle pod trzema obrazkami, częściowo ukryty w mroku, bo do tego kąta nie dochodziło światło lampy o kształcie słoniowego kła.
– Jemu za mało jednej, ma ochotę na dwie – zaśmiała się Malvina. – Masz apetycik, co, kochasiu? Taki jesteś wymagający.
– No, już – rozkazał niecierpliwym, a jednak ciągle lodowatym tonem. – I ty też, prędzej. Nie gorąco ci?
Nie, pomyślała Queta, i ze smutkiem wspomniała gringa pozostawionego w barze. Odpinając spódnicę widziała, że Malvina jest już naga: brązowawa bryła mięsa przeciągająca się w świetle lampy ruchami, które miały być prowokacyjne; mówiła sama do siebie. Wyglądała na wstawioną, i Queta pomyślała: utyła. Nie było jej z tym dobrze, piersi jej obwisły, stara zaraz ją pośle do łaźni tureckiej.
– Pośpiesz się, Quetita – Malvina trzaskała palcami i śmiała się. – Nasz kapryśnik już nie może wytrzymać.
– Raczej nasz ordynarny chamuś – mruknęła Queta, powoli zsuwając z nóg pończochy. – Twój pieszczoszek nawet nie umie powiedzieć dobry wieczór.
Ale on nie miał ochoty na żarty ani na rozmowy. Bujał się na fotelu, obsesyjnym, monotonnym ruchem, i milczał w dalszym ciągu, czekając, aż Queta skończy się rozbierać. Zdjęła spódnicę, bluzkę, stanik, tak jak Malvina, ale została w majtkach. Bez pośpiechu ułożyła swoje rzeczy na krześle.
– Tak będzie wam lepiej, chłodniej – powiedział mężczyzna tym swoim nieprzyjemnym tonikiem, zimnym, znudzonym, niecierpliwym. – Chodźcie no tutaj, łyknijcie coś na rozgrzewkę.
Podeszły razem do fotela i podczas gdy Malvina z wymuszonym śmiechem osuwała się na kolana gościa, Queta mogła się przyjrzeć jego twarzy, chudej i kościstej, o znudzonych ustach, o badawczych, lodowatych oczach. Pięćdziesiąt lat, pomyślała. Malvina, kuląc się na jego kolanach, pociesznie mruczała: jej jest zimno, no ogrzej mnie, no popieść troszeczkę. Impotent, co nienawidzi całego świata, pomyślała Queta, nudziarz, co nienawidzi całego świata. Otoczył ramieniem plecy Malviny, ale jego oczy z niezmienną niechęcią biegły ku Quecie, która czekała stojąc przy stoliku.