Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Ta dwusetka oczywiście nie stanowiła całej eskorty Amyrlin. Oprócz Sheriam, swej Opiekunki, Egwene wyjechała tego ranka jeszcze z sześcioma innymi Aes Sedai, a wobec faktu, że siostry posiadające Strażników, zabrały ich z sobą, towarzyszyło im ośmiu mężczyzn w mieniących się kolorami płaszczach, które schwytane przez wiatr falowały, powodując u patrzących wręcz lekki zawrót głowy; płaszcze te nierzadko także zdawały się częściowo skrywać jeźdźców i konie, pozornie zlewając ich sylwetki z pniami drzew lub innymi elementami otoczenia. Świadomi niebezpieczeństw — przynajmniej zagrożenia za strony ewentualnych rzezimieszków — Strażnicy rozglądali się bacznie po zagajniku, jakby nie dostrzegali tam uzbrojonych kawalerzystów. Bezpieczeństwo połączonych z nimi więzią Aes Sedai interesowało ich najbardziej, a w sprawie ich ochrony każdy ufał wyłącznie sobie samemu. Sarin, czarnobrody mężczyzna, niezbyt wysoki, lecz mocno zbudowany, trzymał się tak blisko Nisao, że prawie przesłaniał tę drobną Żółtą. Jori z kolei zdawał się górować nad Morvrin, chociaż wcale nie był od niej wyższy; właściwie był bardzo niski — nawet jak na Cairhienianina — tyle że równie potężnej budowy jak Sarin. Trzej Strażnicy Myrelle zaś, czy też raczej trzej, do których ośmielała się przyznawać, skupili się wokół niej tak ściśle, że nie mogła ruszyć konia, jeśli nie chciała zepchnąć któregoś z drogi. Setagana Anaiyi, szczupły, ciemny i tak ładny, jak ona była nijaka, sam zdołał ją niemal otoczyć, a Tervail — osobnik o wydatnym nosie i pokiereszowanej twarzy — stał blisko swojej Aes Sedai imieniem Beonin. Carlinya nie miała Strażnika, co nie było niezwykłe w przypadku Białych, jednak obserwowała mężczyzn z głębin obszytego futrem kaptura takim wzrokiem, jakby zamierzała wybrać dla siebie jednego z nich.
Jeszcze niezbyt dawno temu Egwene długo by się wahała, zanim zdecydowałaby się pokazać z tymi sześcioma kobietami. Wszystkie one, a także Sheriam, przysięgły jej wierność lenniczą i z różnych powodów żadna z nich nie chciała ujawniać tego faktu; mało tego, nikt ich zdaniem nie powinien tej przysięgi nawet podejrzewać. Dzięki tej siódemce Egwene mogła wpływać na zdarzenia, oczywiście do pewnego stopnia, podczas gdy cały świat uważał ją jedynie za marionetkę, za zbyt młodą Zasiadającą na Tronie Amyrlin, której nikt nie słucha i którą Komnata Wieży potrafi skłonić dosłownie do wszystkiego. Komnata pozbyła się tej iluzji, kiedy Egwene postanowiła wypowiedzieć wojnę Elaidzie, w końcu pokazując Zasiadającym swoją prawdziwą władzę. Od tamtej pory jednakże zarówno Komnata Wieży, jak i Ajah martwiły się każdym następnym ruchem Egwene i stale się zastanawiały, czy będą im odpowiadać konsekwencje owego ruchu. Zasiadające były bardzo zaskoczone, gdy Egwene przyjęła ich propozycję utworzenia swego rodzaju rady — dzięki swej mądrości i doświadczeniu miało jej doradzać grono złożone z jednej siostry reprezentującej każdą Ajah. A może sądziły, że udane wypowiedzenie wojny przewróciło jej w głowie. Rzecz jasna, Amyrlin po prostu kazała Morvrin, Anaiyi i pozostałym upewnić się, że ma do czynienia z siostrami wybranymi, które cieszą się w swoich Ajah dostatecznym szacunkiem. Egwene uprzejmie wysłuchiwała ich porad, choć nie zawsze postępowała zgodnie z nimi lub wracała do nich dopiero po kilku tygodniach, obecnie wszakże nie było już potrzeby organizować ukradkowych zebrań lub potajemnie przekazywać sobie informacji.
Patrzyła akurat na Białą Wieżę i dumała, gdy pojawiła się nowo przybyła Zasiadająca.
Sheriam, w płaszczu przewiązanym w pasie charakterystyczną dla jej urzędu wąską, niebieską stułą, wykonała z wysokości swojego siodła bardzo formalny ukłon. Ta kobieta o ognistych włosach potrafiła się czasami zachowywać niewiarygodnie oficjalnie.
— Matko, Zasiadająca Delana pragnie z tobą pomówić — oświadczyła, jakby Egwene sama nie potrafiła dostrzec korpulentnej Szarej siostry nadjeżdżającej na klaczy o maści pstrej i prawie tak ciemnej jak wierzchowiec Sheriam, zwierzę o czarnych pęcinach. — Twierdzi, że sprawa jest ważna.
Nieco szorstki ton Opiekunki oznaczał najpewniej, że Delana nie wyjaśniła jej szczegółów tejże sprawy. Sheriam nie lubiła takiego traktowania. Nierzadko bywała bardzo zazdrosna o swoją pozycję.
— Na osobności, Matko, jeśli można — dodała Delana, odrzucając ciemny kaptur, spod którego wyłoniły się włosy prawie w kolorze srebra.
Głos — jak na kobietę — miała głęboki i wyraźnie ponaglała Egwene, jednoznacznie sugerując pilną potrzebę rozmowy.
Jej przybycie nieco zdumiało Amyrlin. Delana często popierała ją w Komnacie Wieży, kiedy Zasiadające długo debatowały nad jakąś szczególną decyzją i usiłowały ustalić, czy decyzja ta ma rzeczywiście związek z wojną przeciwko Elaidzie. Komnata powinna popierać rozkazy Egwene, jednak nawet te Zasiadające, które, ogólnie rzecz biorąc, sprzyjały wojnie, częstokroć potrafiły się całymi godzinami kłócić o jakiś niewiele istotny fakt. Wszystkie chciały się pozbyć Elaidy, a jednak gdy Komnata miała podjąć jakąś konkretną decyzję, potrafiły się tylko spierać. I — prawdę mówiąc — poparcie Delany nie zawsze spotykało się z pozytywnym przyjęciem pozostałych Zasiadających. Jednego dnia traktowały ją zresztą jak zwyczajną Szarą negocjatorkę, która szuka konsensusu, nazajutrz zaś dzięki jej przenikliwie wyłożonym argumentom Egwene zyskiwała pomoc od każdej Zasiadającej, która je usłyszała. Delanie zdarzało się też posuwać za daleko. Co najmniej trzykrotnie już próbowała skłonić Komnatę do jednoznacznej deklaracji, że Elaida należy do Czarnych Ajah i za każdym razem jedyną reakcją Zasiadających była nieprzyjemna cisza trwająca aż do momentu, w którym ktoś oznajmiał, że należy tę kwestię odroczyć. Niewiele sióstr miało ochotę dyskutować otwarcie problemy związane z istnieniem Czarnych Ajah. A Delana potrafiła roztrząsać każdy temat — od punktu, skąd znaleźć odpowiednie stroje dla dziewięciuset osiemdziesięciu siedmiu nowicjuszek aż po pytanie, czy Elaida ma tajne zwolenniczki wśród sióstr (kolejny temat, przy którym większości Zasiadającym przechodziły po plecach ciarki). Egwene zastanowiła się, dlaczego Delana wyjechała samotnie o tak wczesnej porze. Wcześniej nigdy nie zbliżyła się do niej bez towarzystwa jednej czy dwóch innych Zasiadających. Amyrlin poszukała odpowiedzi na swoje pytanie u samej Delany. Jednak nie znalazła jej ani w jasnoniebieskich oczach Zasiadającej, ani w gładkiej, typowej dla Aes Sedai twarzy.
— Wybierzmy się na krótką przejażdżkę — podsunęła Egwene. — Zyskamy trochę prywatności. — Popatrzyła na Sheriam, która już otwierała usta. — Zostań z resztą, proszę cię — poleciła. W zielonych oczach Opiekunki pojawiło się coś na kształt gniewu. Sheriam dobrze wypełniała swoją rolę, bywała jednak przesadnie gorliwa i zbyt jawnie okazywała niezadowolenie, jeśli Amyrlin wykluczała ją z jakiegoś spotkania. Zdenerwowana czy nie, po krótkim wahaniu pokornie pochyliła głowę i posłuchała polecenia Egwene. Opiekunka nie zawsze wiedziała, która z sióstr dowodzi, tym razem jednak udało jej się ocenić właściwie.
Od rzeki Erinin teren się podnosił, choć nie łagodnie, jak na wzgórzach, ale niemal pionowo — aż do monstrualnego szczytu, który górował na zachodzie, tak potężnego, że wydawał się niemal kpić z własnej nazwy. Smocza Góra prezentowałaby się okazale nawet wśród wysokich wierzchołków Grzbietu Świata, a tutaj, na stosunkowo płaskim obszarze wokół Tar Valon, jej zwieńczony śnieżną czapą czubek wydawał się sięgać niebios, szczególnie gdy — tak jak w chwili obecnej — znad ząbkowanego szczytu unosiła się cienka nitka dymu. Widoczna na takiej wysokości nikła smużka z bliska okazałaby się prawdopodobnie czymś zupełnie innym. Tyle że mało komu udawało się wspiąć choćby do połowy Smoczej Góry, czyli do miejsca, gdzie kończyły się drzewa, a nikt chyba nie dotarł do samego wierzchołka ani nawet w jego pobliże, chociaż mawiano, że jej zbocza zasypane są kośćmi śmiałków, którzy próbowali wejść. Nikt wszakże nie widział, po co w ogóle zdobywać ten szczyt. Czasami wieczorem jego długi cień sięgał do samego miasta. Mieszkający w tym rejonie ludzie przyzwyczaili się do przesłaniającej niebo Smoczej Góry, tak samo jak przyzwyczaili się do Białej Wieży górującej ponad miejskimi murami i widocznej na szereg mil. Góra i Wieża stanowiły po prostu niezmienne elementy tego świata, które zawsze tu były i nigdy stąd nie znikną, mieszkańców krainy wszakże interesowały własne zbiory i własne rzemiosło, nie zaś wierzchołki czy Aes Sedai.