Rozstaje zmierzchu
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #10
- Год: 2004
- Язык: польский
- Переводчик: Ewa Wojtczak
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:
Zauważyła, że niektóre osoby na statkach podnoszą ręce i pokazują pełniącym na murach portu straż wartownikom, że nie posiadają broni.
— Nie — oświadczyła, a Lord Gareth westchnął.
— Matko, póki porty pozostaną otwarte, Tar Valon będzie jadało lepiej niż my, Gwardia Wieży zaś zamiast słabnąć z głodu, będzie rosła i stawała się coraz silniejsza. — Jego głos pozostał opanowany, lecz wypowiadane słowa bynajmniej nie brzmiały pocieszająco. — Bardzo wątpię, czy Elaida pozwoli Chubainowi wyprowadzić ludzi i zaatakować nas, choć bardzo tego żałuję. Każdy kolejny dzień czekania zwiększa nasze rozdrażnienie i mocniej nas wyczerpuje. I wiele kosztuje. A przecież w końcu dojdzie do walki, prędzej czy później. Od początku twierdziłem, że atak kiedyś nastąpi. Moje przekonanie się nie zmieniło, choć doszło do wielu innych zmian. Gdyby siostry wprowadziły mnie i moich ludzi do Tar Valon, mógłbym przejąć miasto. Nie byłaby to czysta, ładna akcja. Takie nigdy się nie udają. Ale potrafię je dla ciebie przejąć, wierz mi. A im szybciej zadziałamy, tym mniej ludzi umrze.
Egwene poczuła ucisk w żołądku — tak bolesny, że zaczęła tracić oddech. Ostrożnie, stopniowo, rozpoczęła rozluźniające ćwiczenia nowicjuszek. Medytowała i ćwiczyła. Z wolna spłynął na nią spokój, który ogarnął najpierw jej ciało, potem zaś i wnętrze...
Zbyt wielu już ludzi stało się świadkami formowania bram i przemieszczania się za ich pomocą poprzez Podróżowanie, a tacy jak Gareth byli w pewnym sensie najgorsi ze wszystkich. Profesja tego mężczyzny wiązała się z wojną — był naprawdę doskonałym dowódcą. Gdyby odkrył, że przez bramę można przeprowadzić sporą grupkę osób, natychmiast zauważyłby spore korzyści dla siebie i dla swego fachu. Wysokie i grube mury Tar Valon, niemal niemożliwe do pokonania nawet przy użyciu katapulty oblężniczej (chyba że dzięki zastosowaniu Mocy), dla armii, która potrafiła Podróżować, stałyby się cienkie i słabe niczym papier. Może Gareth Bryne jeszcze nie dostrzegł takiej możliwości, inne osoby rozważały już jednak taki pomysł. Asha’mani na przykład... podobno. Wojna zawsze jest paskudna, teraz wszakże może się stać jeszcze brzydsza.
— Nie — powtórzyła. — Wiem, że zanim rozwiążemy tę sytuację, ludzie będą umierać. — Niech Światłość jej dopomoże, oczyma wyobraźni już widziała ginących ludzi. Jeszcze więcej ich wszak zginie, jeśli ona, Egwene, podejmie niewłaściwe decyzje. I to nie tylko tutaj. — Tyle że muszę utrzymać Białą Wieżę... aż do Tarmon Gai’don. To ona ma stać pomiędzy światem i Asha’manami. A Wieża zginie, jeśli siostry zaczną się nawzajem zabijać na ulicach Tar Valon. — Raz już się coś takiego zdarzyło i Egwene nie pozwoli na powtórkę tamtej tragedii. — Wraz ze śmiercią Białej Wieży umrze nadzieja. Nie powinnam ci więcej tego powtarzać.
Daishar nieoczekiwanie parsknął, podrzucił głowę i wykonał nagły ruch do przodu, jakby wyczuł irytację swojej pani, jednak Egwene ściągnęła mocno cugle i zapanowała nad koniem. Wsunęła lunetę do wiszącego u siodła futerału z tłoczonej skóry. Nurkujące ptaki przerwały nagle połów i zerwały się w powietrze, gdyż chroniący Północną Przystań gruby łańcuch zaczął niespodziewanie opadać. Zanim pierwszy statek dotrze do portowego ujścia, łańcuch znajdzie się już głęboko pod powierzchnią wody. Jak długo ona sama płynęła do Tar Valon mniej więcej identyczną trasą? Prawie już zapomniała, tak przynajmniej jej się zdawało. Minęło naprawdę sporo lat. Była teraz niemal inną kobietą — inną niż wtedy, gdy wysiadła na ląd i spotkała się z Mistrzynią Nowicjuszek.
Gareth w jednej chwili skrzywił się i potrząsnął głową. Ale przecież on nigdy się nie poddawał, prawda?
— Musisz zachować przy życiu Białą Wieżę, Matko, jednak moje zadanie polega na zdobyciu jej dla ciebie. Chyba że sytuacja uległa zmianie i zdarzyło się coś, o czym nie wiem. Potrafię dostrzec szepczące i oglądające się przez ramię siostry, nawet jeżeli nie mam pojęcia, jak brzmi temat ich rozmowy. Jeśli nadal będziesz pragnęła przejąć Wieżę, dojdzie do ataku. Zaufaj mi, lepiej wcześniej niż zbyt późno.
Nagle ranek wydał jej się ciemniejszy. Odniosła wrażenie, że słońce przesłoniły chmury. Uprzytomniła sobie, że cokolwiek zrobi, jakkolwiek postąpi, ludzie będą umierać, stosy trupów będą rosły niczym drwa zbierane na opał... Na pewno wszakże musiała utrzymać przy życiu Białą Wieżę, co do tego nie miała wątpliwości. Po prostu musiała to zrobić! Jeśli nie istnieje dobry wybór, trzeba wybrać działanie, które wydaje się najmniej niewłaściwe.
— Widziałam już tutaj wystarczająco dużo — oświadczyła cicho.
Po raz ostatni zerknęła na wąską linię dymu za miastem, po czym zawróciła Daishara ku drzewom oddalonym sto kroków od rzeki, gdzie jej eskorta czekała wśród wiecznie zielonych mahoniowców i po zimowemu nagich buków i brzóz.
Dwustu przedstawicieli lekkiej kawalerii, w napierśnikach ze specjalnie wyprawionej skóry lub kaftanach obszytych metalowymi krążkami, na pewno przyciągnęłoby uwagę, ukazując się na brzegu rzeki, lecz Gareth przekonał Egwene o konieczności pobytu w tym miejscu mężczyzn z wąskimi lancami i krótkimi łukami. Bez wątpienia ów pióropusz dymu na drugim brzegu wznosił się ze spalonych wozów albo zapasów. Z pozoru były to drobne kłopoty, niemniej jednak do podpaleń dochodziło każdej nocy. Najpierw zdarzało się jedno, potem dwa lub trzy, w końcu wszyscy po przebudzeniu rzucali się najpierw do okien i szukali dymu. Polowanie na sprawców na razie nie przynosiło żadnych rezultatów. Ścigającym przeszkadzały nagłe śnieżyce, dzikie, mroźne wiatry nocne, a czasem fakt, że ślady znikały zupełnie nieoczekiwanie i śnieg za ostatnimi kopytami robił się równie gładki jak świeżo spadły. Osobliwe znikanie tropów oraz pozostałości splotów jawnie wskazywały na pomoc Aes Sedai, więc nie było sensu ryzykować, że może ludzie Elaidy — mężczyźni i siostry — przebywają także po tej stronie rzeki. Niewiele rzeczy mogłoby się spodobać Elaidzie bardziej niż schwytanie Egwene al’Vere.