Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Rozstaje zmierzchu
Rozstaje zmierzchu - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Rozstaje zmierzchu

Электронная книга - «Rozstaje zmierzchu». Краткое содержание книги:

Rozstaje zmierzchu
1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 236
Перейти на страницу:

— Oni tam są, Matko — mruknął Lord Gareth i Egwene opuściła lunetę.

Jej generał był zwalistym mężczyzną w prostym pancerzu, na który narzucił zwyczajny brązowy płaszcz: bez złoceń i haftów. Twarz za prętami hełmu miał uczciwą i ogorzałą, a ostatnie lata dodały jej dziwnego kojącego spokoju. Wystarczyło popatrzeć na Garetha Bryne’a i wiedziało się, że gdyby otworzyła się przed nim Szczelina Zagłady, zdławiłby strach i kontynuował to, co do niego należało. A inni poszliby w jego ślady. Na kolejnych polach bitew udowodnił, że potrafi poprowadzić ludzi do zwycięstwa. Takiego człowieka potrzebowała Egwene. Teraz podążyła wzrokiem za jego dłonią w rękawicy. Wskazywał nią w górę rzeki.

W pobliżu wzniesienia dostrzegła pięć, sześć... nie, siedem rzecznych statków, które kierowały się w dół Erinin. Były to duże jednostki, jakie zwykle widuje się na rzekach: trójmasztowce o napiętych, trójkątnych żaglach. Posuwały się prędko, przecinając niebieskozielone wody. Egwene nie miała wątpliwości, że ich kapitanowie pałają chęcią jak najszybszego dotarcia do Tar Valon! Erinin była w tym miejscu wystarczająco głęboka, toteż statki mogły płynąć zaledwie o odległość strzału od któregoś z brzegów, jednak te żeglowały po samym środku rzeki, niemal w jednym rzędzie, co wymagało od sterników nie lada umiejętności i opanowania wiatru. Prawie przyklejeni do punktów obserwacyjnych na wierzchołkach masztów marynarze przyglądali się brzegom i przeszukiwali wzrokiem wodę, wypatrując ewentualnych mielizn.

W gruncie rzeczy nie mieli się czego obawiać... z wyjątkiem wystrzelonych z łuków strzał. Sama Egwene — z miejsca, w którym się znajdowała — umiałaby podpalić każdy z tych statków lub po prostu podziurawić ich kadłuby i pozwolić im zatonąć. Byłaby to dla niej kwestia chwili. Wówczas zapewne zatonęłaby większość tychże marynarzy. Prąd był tu silny, woda lodowata, a brzeg odległy, nawet dla najdoskonalszych pływaków. Egwene musiałaby zresztą w takim przypadku użyć Jedynej Mocy, wtedy zaś już jedna śmierć oznaczałaby wykorzystanie Mocy jako broni, a Egwene przecież starała się żyć w taki sposób, jakby już była związana Trzema Przysięgami. Czyli że właśnie Przysięgi chroniły teraz te statki zarówno przed nią, jak i przed każdą inną siostrą. Każda Aes Sedai składała wszak przysięgę przy użyciu Różdżki Przysiąg, że nie wykorzysta tych splotów (mało tego, że w ogóle ich nie utka), póki nie będzie całkowicie przekonana, iż zagraża jej jednoznaczne niebezpieczeństwo ze strony kogoś lub czegoś... w tym wypadku zatem ze strony tych statków. Taka sytuacja na pewno nie będzie miała tu miejsca, choćby Egwene dostrzegli kapitanowie czy członkowie załóg.

Gdy rzeczne statki zbliżyły się jeszcze bardziej, do uszu dziewczyny dotarły krzyki osłabione i ściszone przez odległość oraz wodę. Obserwatorzy na masztach zaczęli wskazywać ją i Garetha, jednak Egwene szybko pojęła, że biorą ją za zwyczajną Aes Sedai ze Strażnikiem. Kapitanowie w każdym razie wyraźnie nie zamierzali dopuszczać do siebie myśli, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym. Moment później statki dodatkowo zwiększyły prędkość, gdyż wioślarze zaczęli nieco szybciej machać wiosłami. Stojąca na tylnym pokładzie pierwszego statku kobieta, prawdopodobnie jego kapitan, wyraziście poruszała rękoma, prawdopodobnie skłaniając swoich ludzi do maksymalnego wysiłku, a kilku marynarzy biegało po pokładzie w tę i z powrotem, zaciskając bądź poluzowując liny zmieniające kąt ustawienia żagli, mimo iż w opinii Egwene niczego tą szamotaniną nie osiągali. Zauważyła wszakże na pokładach statków mężczyzn, którzy na pewno nie należeli do załóg; większość z nich tłoczyła się przy balustradach. Niektórzy patrzyli przez lunety, inni jawnie coś odmierzali lub obliczali dystans dzielący ich od bezpiecznego portu.

Egwene znów pomyślała o utkaniu płomienia, świetlnej gwiazdy, która z głośnym hukiem rozbłysłaby nad statkami. Wówczas bez wątpienia ktoś z pokładu — w miarę inteligentny — pojąłby, że swoje bezpieczeństwo nie zawdzięczają ani osiągniętej prędkości, ani odległości, lecz jedynie ograniczeniom związanym z Trzema Przysięgami. Tak, tak, wszyscy oni powinni się dowiedzieć, że są bezpieczni tylko dzięki dobrej woli Aes Sedai! Oddychając ciężko, potrząsnęła głową i skarciła się w myślach. Ten prosty splot przyciągnąłby wszak równocześnie uwagę osób w mieście i na pewno wzbudził większe zainteresowanie niż zjawienie się pojedynczej siostry. Aes Sedai często chodziły na brzeg rzeki, aby popatrzeć na Tar Valon i na Wieżę. Nawet gdyby jedyną reakcją na wykonane przez Egwene błyski było coś w rodzaju „kontrpokazu”; rywalizację taką — raz rozpoczętą — trudno byłoby zakończyć. A wówczas niezwykle szybko sytuacja mogła się wymknąć spod czyjejkolwiek kontroli. Tego zaś w ubiegłych pięciu dniach Egwene obawiała się i tak zbyt wiele razy.

— Odkąd przybyliśmy, kapitan portu nie wpuszcza na raz więcej niż osiem czy dziewięć statków — zauważył Gareth, kiedy przepłynęła obok nich pierwsza jednostka. — Najwidoczniej wszakże ich kapitanowie wypracowali jakąś kolejność. Następna grupa pojawi się wkrótce i dotrze do miasta w momencie mniej więcej zgodnym z przewidywaniami Gwardii Wieży. Gwardziści wezmą ich po prostu za potencjalnych rekrutów. Jimar Chubain nie jest głupi, więc będzie się miał przede mną na baczności. Z tego, co wiem, w porcie czeka więcej jego Gwardzistów niż w każdym innymi miejscu miasta, oprócz wież przy mostach. Ta sytuacja się jednak zmieni. Strumień statków zaczyna się o pierwszym świcie i nie ustaje aż do zapadnięcia zmroku, zarówno tutaj, jak i w Południowej Przystani. W tej grupie moim zdaniem jest mniej żołnierzy niż w większości innych. Każdy plan wydaje się wspaniały, Matko, póki nie nadejdzie ten właściwy dzień. Wtedy będziesz musiała dostosować się do okoliczności albo odjechać.

Egwene sapnęła z irytacji. Na tych siedmiu statkach płynęło prawdopodobnie dwustu lub więcej pasażerów. Niektórzy byli zapewne kupcami, dostawcami bądź też zupełnie przypadkowymi podróżnymi, lecz poranne słońce odbijało się również od licznych hełmów, napierśników i metalowych krążków naszytych na skórzanych kurtach. Ile takich statków i okrętów przybywało każdego dnia? Niezależnie od rzeczywistej konkretnej liczby, bez wątpienia było ich wiele: do miasta wpływał stały strumień mężczyzn chętnych zasilić szeregi Gwardii Kapitana Naczelnego Chubaina.

— Dlaczego ludzie stale pchają się tam, gdzie mogą zabijać lub... sami zginąć? — mruknęła rozdrażnionym tonem.

Lord Gareth popatrzył na nią spokojnie. Na swoim koniu, dużym gniadym wałachu z białą strzałką na nosie, siedział nieruchomo niczym posąg. Czasami rozmyślała nad uczuciami, jakie do tego człowieka żywiła Siuan, czasem zaś miała ochotę czymś go zaskoczyć, ot tak, choćby po to, aby zobaczyć, czy potrafi nim wstrząsnąć.

Na nieszczęście, znała odpowiedzi na to i inne pytania, równie dobrze jak Gareth Bryne. Przynajmniej na pytania dotyczące potencjalnych rekrutów. Och, istnieje dość mężczyzn, którzy przybywają na wojnę w celu wsparcia jakiejś sprawy lub obrony swoich racji i tego, co ich zdaniem warte jest obrony. Inni z kolei szukają przygody, jakkolwiek rozumieją ten termin. Nie sposób też pominąć milczeniem faktu, że noszący pikę czy włócznię mężczyzna może codziennie zarobić sumkę dwukrotnie wyższą niż płaca u farmera, a o połowę większą od tej, którą zdobywają rekruci kawalerzyści; kuszników i łuczników należało umieścić pośrodku tej „listy płac”. Wszak niejeden człowiek, który pracuje dla innego, marzy często o swoim interesie, takim jak własna farma albo sklep, o czymś choćby maleńkim, co później rozwiną jego synowie. A każdy z pewnością słyszał tysiące opowieści czy to o biedakach, którzy przesłużywszy w wojsku pięć lub dziesięć lat, wracali do domu z ilością złota wystarczającą im na dalsze życie w komforcie, czy to o zwykłych żołnierzach, którzy zostawali generałami bądź też lordami. Gareth nie miał wątpliwości, że dla wielu biedaków widok czubeczka piki jest bardziej ekscytujący i atrakcyjny niż obserwacja zadu konia ciągnącego pług, który w dodatku należy do pracodawcy farmera. Nawet jeśli tym biedakom groziło, że zginą na wojnie, zamiast dorobić się pieniędzy czy zyskać sławę. Egwene uważała podejście Garetha za nieco cyniczne, choć podejrzewała, iż większość mężczyzn na wpływających do Tar Valon statkach postrzega sprawy dość podobnie. W ten sposób wszakże sama Egwene zdobyła własną armię. Na każdego osobnika, który pragnął dopomóc usunięciu z Tronu Amyrlin uzurpatorki, nawet na każdego, który bez cienia wątpliwości wiedział, kim jest Elaida, dziesięciu, jeśli nie stu mężczyzn przyłączało się dla zapłaty.

1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 236
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)