Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 152
Перейти на страницу:

Mimo wszystko te myśli były jak kawałki lodu pływające w topniejącej rzece. Unosiły się leniwie, ledwo je zauważał, bo były niczym wobec kierunku, w jakim zmierzała całość. Koczownicy wiedzieli o ich planach i czekali na nich. Nie tylko tych dwóch Synów Wojny, ale cała reszta. Jeśli Yawenyr tu jest, to znaczy, że inni także.

No i trudno.

Trzeba ich zatrzymać jak najdłużej, żeby reszta mogła zejść z gór, i walczyć wspólnie, bo tylko wszystkie obozy razem będą miały szansę.

Lekki rydwan zatrzymał się obok. Boutanu stanął przy nim, z obojętną miną spojrzał na wrogą armię.

– Zaraz wszyscy będą wiedzieć – mruknął.

And’ewers uśmiechnął się. Za ich plecami już szła fala, wieść przekazywana przez szybkie dłonie biegła od wozu do wozu. Anaho’la było czasem przekleństwem.

Ale w obozie trwała cisza. Nie było okrzyków strachu, jęków rozpaczy, ponurego zawodzenia przerażonych ludzi.

Nigdy nie był z nich tak dumny.

– Łodyga gubi kwiat, który opada – zacytował stare powiedzenie.

– ... i umiera tam, gdzie dotknie ziemi – dokończył Emn’klewes. – Zróbmy to. Teraz, bo za godzinę nam nie pozwolą.

– Obóz w twoje ręce, przyjacielu. – Kowal odwrócił się i uniósł prawą dłoń.

„Martwy Kwiat”.

* * *

– Strach ma siłę tysiąca włóczni, mój Synu. Odbiera oddech, osłabia dłonie i mąci umysł. To najlepsza broń na polu bitwy.

Kyh Danu Kredo pokłonił się niżej. Słowa nie były tu potrzebne. W czasie, gdy on walczył z karawaną, Yawenyr wydawał rozkazy. Sahrendey wsadzili na konie wszystkich, których mogli, w jego obozie pięć tysięcy kobiet dosiadło luzaków i zajęło pozycje wśród wojowników. Drugie tyle ubrało jasne stroje i dołączyło do Błyskawic, powiększając ich liczbę. Jednym prostym rozkazem Ojciec Wojny pomnożył swoje sity w oczach wroga, który teraz rozpaczliwie zmieniał ustawienie wozów, okopując się na wzniesieniu.

– Może... uderzyć teraz?

– Może. – Uśmiech starca ciął chłodem. – A może lepiej stoczyć bitwę nocą, gdy ich oczy znów będą ślepe, a każdy płomień widać na dziesięć mil? Gdy ich serca skruszeją bardziej, a nasi Źrebiarze lepiej przygotują swoje zaklęcia? Poza tym twoi wojownicy muszą zdążyć przygotować sprzęt do szturmu. Moja łaska nadal cię dotyka, Synu. Będziesz miał zaszczyt poprowadzić pierwszy atak.

Przez chwilę, przez mniej niż mgnienie oka, panowała cisza. Kyh Danu Kredo wiedział już, dlaczego nadal każą mu stawać przed Yawenyrem bez broni. Gdyby miał choć sztylet...

– Tak, Ojcze. Jestem zaszczycony.

– Wiem. Idź i szykuj się do walki.

* * *

Nie. Tylko nie to. Nie róbcie tego!

Formujcie Kamienną Ścianę albo Zwiniętego Węża, albo nawet Rogaty Gród, ale nie Kwiat, nie Martwy Kwiat!

Szarpnęła się, aż trójnóg zatrzeszczał, a ból przeszył ją od góry do dołu. Krzyknęła krótko, ale nikt – nawet jej strażnicy, zajęci przyglądaniem się potędze koczowników – nie zwrócił na to uwagi. Nie potrafiła ocenić, ilu konnych wyszło w pole, wydawało jej się, że samych Sahrendey jest pięćdziesiąt tysięcy. Wylegli przed swoje obozowiska linią szeroką na dwie albo trzy mile, obsiedli oba wzgórza, między którymi znajdowało się podejście do rzeki. Po lewej miała koczowników Danu Kreda, a daleko za nimi srebrzystozłotą ścianę Jeźdźców Burzy. Takiej siły Se-kohlandczycy nie wystawili w jednym miejscu od czasu wielkiej wojny z Imperium. Ale i tak... Nie Martwy Kwiat!

Powietrze wypełniał nieustanny ryk:

– Ag saye!!! Ag saye!!! Ag saye waraaaa!!!

Nawet Sahrendey podjęli wyzwanie w nie swoim języku i wydawało się, że sama kopuła nieba, przykryta bladoszarą zasłoną wysokich chmur, trzęsie się i kołysze w rytmie bitewnego wrzasku:

– Ag saye!!! Ag saye!!! Ag saye waraaaa!!!

Opuściła twarz i gdyby mogła, zatkałaby uszy. Ale nie mogła. Bolało. Bolało tak bardzo, że miała wrażenie, iż poprzednie godziny były ledwo pieszczotą. Teraz już nie pomagało wolne oddychanie, rany rwały na zmianę tępym i ostrym bólem, w brzuchu coś ciążyło, ciągnęło w dół, jakby chciało się wydostać na zewnątrz.

Spojrzała najpierw na swoje stopy, potem na czarną kałużę poniżej, a dopiero później na leżącą w niej głowę. Czerep mrugnął do niej już dwa razy, zresztą, może tylko tak się jej wydawało? To były szybkie mrugnięcia, a co ona może wiedzieć o obciętych głowach? Może mrugają sobie z nudów? W końcu trudno cokolwiek innego zrobić, jak się nie ma ciała, rąk ani nóg, nie można się podrapać ani odejść, trzeba leżeć tam, gdzie cię kopnięto, i mrugać. Spuchnięty język wypełnia usta, więc nie można też mlaskać ani się uśmiechać, ani nawet zagadać, choć to mogłoby być trudne, bez płuc i krtani. I...

– Popadasz w szaleństwo?

Starszy ze strażników obrócił się nagle, zasyczał coś ostro i wysunął przed siebie włócznię. Kobieta, która powiedziała te słowa, nie zareagowała niczym więcej niż spojrzeniem, jakie rezerwuje się dla ujadającego kundelka, a gdy wyraźnie skonsternowany opuścił broń, rzuciła kilka słów w gardłowym języku. Odwarknął coś krótko i odwrócił się.

– Gapisz się na tę głowę i uśmiechasz do niej, to znamiona obłędu.

Key’la uniosła twarz i spojrzała w czarne oczy. Saonra Womreys, ueneya... żona tego czarnobrodego mordercy. Siedziała na jabłkowitej klaczy ledwo kilka kroków od trójnoga i patrzyła na nią z obojętną miną.

– Mor... dercy... zdrajcy... – ledwo udało jej się to wyszeptać i chyba tamta nie zrozumiała, bo nawet nie mrugnęła.

– Jesteśmy gotowi do bitwy. Nie chcemy jej, ale pójdziemy, by walczyć dla chwały Ojca Wojny, bo wy, tchórzliwe, rozmiłowane w koniach, śmierdzące brudasy wróciliście, choć nigdy nie powinniście tego robić. Moi bracia i siostry będą ginąć, a ja nie czuję nic poza znużeniem i odległym smutkiem. Jestem Rozmawiająca z Duchami, lecz te jeszcze do nas nie dotarły, rzeźbione słupy są martwe, więc nie wiem, skąd to uczucie. Powinnam was nienawidzić i wami gardzić, lecz wierz mi, nie potrafię. Jutro was zabijemy, potem, gdy przybędzie reszta, zmiażdżymy jeden po drugim kolejne obozy, a nasze namioty zapełnią się łupami. Powinnam się tym cieszyć, ale też nie potrafię. Sądzisz, że łupy będą należytą odpłatą?

Odpłatą? Odpłatą?!

Szarpnęła się, aż zatrzeszczały rzemienie, obróciła głowę i z całej siły splunęła pod kopyta jabłkowitej klaczy.

– Mordercy!

Starszy strażnik, obserwujący je kątem oka, parsknął krótkim śmiechem, urwanym zaraz, gdy kobieta zeskoczyła z siodła i w kilku krokach znalazła się tuż przed Key’lą. Otworzył usta, jakby chciał zaprotestować, ale zrezygnował.

– Mordercy? Gdybyście tu nie przyjechali, nie musielibyśmy was zabijać – zasyczała. – Spluń jeszcze raz, a osobiście dopilnuję, żebyś nie umarła przez dziesięć dni. No już! Pluj!

Dziesięć dni... dziesięć...

Ślina, którą miała w ustach, wyschła.

– Mieliście tu nie wracać! Przez was... Nie, przez ciebie... On się waha. Może zginąć. Inni też. Sądzisz, że nie widzimy, że jesteśmy ślepi...? Powiesili cię tak, żeby wszyscy widzieli. Mała dziewczynka na hakach. Nie płacze, nie łka, nie szlocha. Jest taka dzielna, że nawet urodzeni Sahrendey, choć wiedzą, z jakiego plemienia się wywodzi, pytają nas, dlaczego nie wyświadczymy jej łaski. Zasłużyła, mówią. Wyświadczcie jej łaskę, mówią. Ludzie się łamią... przypominają sobie... Odbierasz nam siłę!

1 ... 127 128 129 130 131 132 133 134 135 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)