Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 128 129 130 131 132 133 134 135 136 ... 152
Перейти на страницу:

Kobieta przerwała, dysząc jak po ciężkim biegu. Górną wargę pokrywały jej kropelki potu.

– Łaskę... Mój mąż przysłał mnie, żebym ci ją ofiarowała. Grupa jeźdźców może przejechać obok ciebie. Kilka strzał... dobrze mierzymy, nie będzie bolało bardziej niż teraz. Nie będą szukać winnych przed bitwą, a po okaże się, że strzelcy zginęli w walce. Ale musisz się zgodzić, inaczej będzie to zwykłe morderstwo. Przyjmiesz łaskę? Może wtedy duchy przyjdą do drewnianych słupów, jeszcze ich nie ma... Jakby się od nas odwróciły! Może o to im chodzi... Zgodzisz się? Przyjmiesz?!

Łaska... Dobrzy ludzie wyświadczają łaskę strzałą z ostrym grotem. Mordercy dzieci.

– Po bitwie – wyszeptała. – Zanim bitwa się skończy... w ogóle niewielu was zostanie... tam czeka...

– ... Martwy Kwiat.

Spojrzała kobiecie w oczy, czarne i spokojne. Ona naprawdę wiedziała, znała szyk, którego Verdanno używali tylko wtedy, gdy zamierzali bić się do końca. Szyk, który trudno ustawić i z którego praktycznie nie daje się podnieść karawany prędzej niż po wielu godzinach żmudnej pracy. Najpierw budowano z wozów bojowych olbrzymie koło, w którym umieszczano wszystkie konie, potem umacniano przylegające do niego półokręgi, i kolejne przylegające do tych pierwszych. Jakby dziecko rysowało patykiem na śniegu kwiatek: kółko i płatki. Te zewnętrzne budowano z wozów mieszkalnych i transportowych, najdelikatniejsze płatki najdalej od serca. A wokół Kwiatu, w kilkunastu miejscach, Liście. Okręgi po kilkadziesiąt wozów, znajdujące się co najmniej trzysta jardów za najdalszym płatkiem. Mające spowolnić atak i zmusić wroga do rozproszenia sił.

Wozy ustawiano pod różnymi kątami, z niektórych zdejmowano koła, by nie dało ich się przeciągnąć po ziemi, inne przewracano na bok i mocowano do powbijanych pali. Niektóre półokręgi nie przylegały ściśle do sąsiadów, by dało się wypuścić z nich rydwany. To wszystko zajmowało dużo czasu, lecz tworzyło labirynt, który trzeba było szturmować linia po linii. Za każdym razem, gdy wróg zdobył jedną ścianę, stawał przed kolejną, jeszcze potężniejszą. Jego oddziały nie widziały się nawzajem, nie wiedziały, czy atak innych się powiódł, czy mają iść naprzód, czy się cofać. Żeby zdobyć serce obozu, trzeba było pokonać nawet dziesięć półokręgów. Czasem więcej. Dziesięć linii śmierci.

Co nie zmieniało faktu, że Martwy Kwiat tylko mógł się bić do samego końca. Albo wróg uznawał się za pokonanego i rezygnował, albo wszyscy ginęli. Nie dało się go podnieść i ruszyć w drogę, nim przeciwnik nie uciekł, a ten z pewnością nie ucieknie.

– Tak, wiem, co to oznacza. Będziecie się bić do końca, żeby dać czas reszcie. Ale to nie ma znaczenia, bo najgorszy wróg już jest w waszym obozie. – Saonra patrzyła jej w oczy, jakby szukała śladu rozpaczy. – Pragnienie. Konie, które zdobyto w czasie walki z waszymi rydwanami, piły, jakby od dwóch dni szczędzono im wody. Czym ugasicie zapalone strzały? Co powstrzyma czary niosące płomień? Jutro Martwy Kwiat zwiędnie.

Oblizała usta szybkim, nerwowym ruchem.

– A ty? Przyjmiesz łaskę?

– Łaskę? Żebym nie mogła patrzeć, jak będziecie ginąć?

Spojrzenie podmalowanych oczu stwardniało.

– Jak sobie życzysz, sawenjo.

Odeszła.

Ból pozostał.

* * *

Zmrok nadchodził szybko, lecz ukradkiem. Chmury zasłaniały słońce, więc niebo po prostu zaczęło ciemnieć, malując się coraz brudniejszymi szarościami, by wreszcie przykryć całą nieckę czarną płachtą. Nie było nic widać dalej niż na trzydzieści kroków.

Obozowiska były gotowe do walki. Demonstracja siły zrobiła swoje, Verdanno zatrzymali się i zamienili karawanę w opancerzoną twierdzę. Lecz twierdzę opancerzoną jedynie drewnem i ziemią, a Wolne Plemiona zdobywały już i takie z kamieni i skał.

Yawenyr stał na przedpolu, obserwując szykujących się do walki wojowników Danu Kreda. Och, widział gniew i wściekłość młodego wodza, lecz go to nie obchodziło. Ten Syn Wojny zbytnio urósł w siłę, za bardzo wysforował się w wyścigu po tytuł Ojca. Byłby jednym z pierwszych, którzy spróbowaliby sięgnąć po władzę, gdy tylko nad Złotym Namiotem zawisłaby Złamana Strzała. Jego straty nie były aż tak wielkie, w sumie ze dwa, może trzy tysiące wojowników, reszta to ranni, których uzdrowiciele postawią na nogi, lecz miną lata, nim Kyh Danu Kredo odbuduje swój autorytet wystarczająco, by starszyzna plemion pozwoliła mu poprowadzić się do buntu. Nie trzeba go nawet zmieniać, od dziś Synowski Pas będzie bardziej krępował mu ruchy, niż dodawał sił.

No i będzie to piękna nauczka dla innych. Nie próbujcie ściągnąć Czarnego Jastrzębia znad głowy, moi Synowie. Może i ma jedną nogę, lecz szpony w niej są ostrzejsze niż kiedykolwiek.

Yawenyr spojrzał na stojącą obok niewolnicę. Nie, nie niewolnicę, nie myślał o niej tak od wielu miesięcy. Od czasu, kiedy jej cudowny, uzdrowicielski dotyk rozwiał w jego umyśle mgłę starczego zobojętnienia, a mięśniom przywrócił wigor, jakiego nie znały od lat. Gdyby nie ona, tym wozackim psom być może rzeczywiście udałoby się ich zaskoczyć.

Krew przelaną dzisiejszej nocy ofiaruje jej, podobnie jak zwycięstwo z dnia jutrzejszego. Zasłużyła.

Wojownicy, którzy mieli iść do pierwszego ataku, przygotowali się starannie. Trzymali wielkie, wiklinowe tarcze obłożone świeżo zdartą skórą, lekkie drabiny, liny z hakami, które mieli zarzucać na wozy, żeby je rozsunąć; wiązki faszyny i chrustu, bukłaki i dzbany. Większość zostawiła łuki, mało przydatne w ciemnościach, zabierając zamiast tego szable, topory, ciężkie noże, oszczepy i włócznie. Na pikowane kaftany zarzucili pancerze z prażonej skóry.

Ojciec Wojny uśmiechnął się. Jego ludzie potrafili szybko zamienić się z lotnej konnicy w zażartą, bitną piechotę. Może nie tak dobrze uzbrojoną i wyszkoloną jak imperialna, lecz nieustępującą jej odwagą ani zaciekłością.

Machnął ręką i w ciemnościach rozległy się dźwięki piszczałek. Ruszyli.

Obóz Verdanno był widoczny z daleka, bo na wozach paliły się pochodnie. Wyglądał jak kwiat i chyba tak się właśnie nazywał, a jemu tylko raz przyszło walczyć z karawaną ustawioną w podobny sposób. To było w czasie pierwszej wojny z Wozakami i skończyło się wyrżnięciem do nogi wszystkich, którzy znajdowali się w środku. Tylko że tamta karawana liczyła jakieś sześćset wozów, a ta dziesięć razy tyle.

Dziesięć razy więcej spragnionych gardeł.

Machnął ręką drugi raz, piszczałki poniosły wieść w noc i idący na przedzie oddziałów szturmowych wojownicy zapalili pochodnie. Po jednej na grupę.

Wokół karawany pojawiały się kolejne ognie. Dziesiątki i setki. Nie wszystkie nieśli koczownicy z oddziałów szturmowych, ale to też był element gry na strachu wroga. Niech wiedzą, że idziemy. Niech widzą setki płomyków i zastanawiają się, za którym stoi śmierć, a który jest niesiony przez pojedynczego człowieka. Niech rozproszą swoje siły wzdłuż całej linii obrony. Gdy zajmiemy pozycje, wszystkie pochodnie zgasną, pozostawiając naszych wrogów z sercami ściśniętymi lękiem.

Ogień, uśmiechnął się, oto prawdziwy sprzymierzeniec zdobywców. Niepowstrzymana siła, która prze naprzód, karmiąc się wszystkim, co zdoła strawić. Widywał już, jak jego Źrebiarze rozniecali płomienie, które topiły kamień. Tu nie będzie potrzeba aż takiego wysiłku, drewno, nawet specjalnie zabezpieczone, wciąż pozostaje drewnem.

Ocenił odległości, jakie przebyły jego oddziały. Wystarczy.

Machnął ręką po raz trzeci i piszczałki po raz trzeci poniosły rozkazy w ciemność. W mgnieniu oka wszystkie pochodnie zgasły.

1 ... 128 129 130 131 132 133 134 135 136 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)