Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 152
Перейти на страницу:

Nie patrzył na And’ewersa, więc usłyszał tylko ciche parsknięcie.

– Odważne słowa. Znam takich, którzy mieliby ci je za złe.

– A ja takich, którzy by mi przytaknęli.

Zapadło milczenie. Formalnie kowal stał już w hierarchii niżej od Emn’klewesa, powinien trzymać się z dala od pierwszej linii, by móc objąć dowodzenie, gdy karawana znów ruszy. Co tak naprawdę znaczyło, że nie miał już żadnej roli do odegrania w życiu obozu New’harr. Ale tylko głupiec zlekceważyłby jego doświadczenie.

– To nie ma znaczenia – Boutanu przerwał ciszę. – A jutro dowiemy się, jak daleko są nasi.

– Hm... A w jaki sposób?

– Jeśli te kozojebne brudasy zaatakują szybko i z pełną siłą, to znaczy, że są blisko. Jeśli nie będą się spieszyć, wtedy pozostałe obozy są wciąż daleko albo już je rozbito. Pamiętaj, że nie wiemy, gdzie jest jeszcze trzech Synów Wojny.

– Daleko.

– Skąd wiesz?

– Bo gdyby Yawenyr ufał, że sobie poradzą, nie zjawiłby się tu osobiście. Nie. Będzie chciał dowodzić każdą bitwą sam, żeby sława spłynęła tylko na niego. A zaatakuje szybko, żeby nas złamać już jutro, i użyje do tego Sahrendey.

Sahrendey. Cały dzień stali na uboczu i teraz wiadomo już było dlaczego. Ojciec Wojny trzymał ich do głównego szturmu. W którym nikt nie będzie brał jeńców.

– Znam takich, którzy już się nie mogą doczekać spotkania z nimi.

Kowal pokazał mu dłoń zaciśniętą w pięść. Najprostszy ze znaków anaho’la. „Stoimy”. Tak, stoimy i czekamy, bo po tę walkę tu przyjechaliśmy. Nie ma co więcej gadać.

– Co mówią czarownicy? – zapytał zamiast tego.

– Jak to czarownicy. – And’ewers wzruszył ramionami. – Bełkoczą coś bez sensu. Wiedzą, że szamani Yawenyra gdzieś tam się szykują do boju, ale jak na razie ponoć nie wygląda to zbyt groźnie. Sądzę, że prawdziwi Źrebiarze uderzą jutro, gdy się wyśpią. Poza tym Has i Orne bez przerwy krążą przy południowym krańcu obozu. Mówią coś o zgromadzeniu duchów, które nie powinno mieć miejsca, albo odbywa się w złym miejscu. Wyglądają jak para wychudzonych chartów, które złapały dziwny trop i nie wiedzą, rzucić się naprzód czy uciekać.

– Każ im iść spać. Jesteś chyba jedynym człowiekiem, którego słuchają.

– Dobrze.

Kowal odwrócił się i zrobił kilka szybkich kroków w noc.

– Przykro mi z powodu Fer’boneha – dobiegło jeszcze z mroku.

Tak. Fer’boneh. Oczy po matce, sylwetka po ojcu. Sam zgłosił się do jednego z Liści i nic nie mogło go powstrzymać. A teraz resztki wozów dopalały się w miejscu, gdzie służył.

Emn’klewes miał ochotę coś odwarknąć, lecz w ustach kogoś, kogo dwaj synowie walczyli właśnie w jednym z zewnętrznych obozów, to „Przykro mi” brzmiało szczerze.

W ciemnościach niecki zapalały się ogniki. Koczownicy szykowali następny atak.

* * *

– Pros... poszę, poszę, possss...

To był pisk, cichutki jak mysie konanie. Więcej nie mogła z siebie wydobyć. Bolało, lecz już nie tak jak wcześniej, ból wypełniał ją całą i w pewnym sensie tak było lepiej, bez ognisk cierpienia, walki o każdy oddech. Lecz była tak słaba, że nawet mrugnięcie okiem stawało się nie lada wyczynem.

Kołysała się łagodnie, podnosząc jeszcze czasem głowę, choć starszy ze strażników już ją ignorował. Właściwie nie widziała zbyt wiele, Martwy Kwiat otaczały przez pewien czas kręgi płonących wozów, potem jednak zgasły, koczownicy przystępowali jeszcze kilka razy do ataku, ale najwyraźniej udało im się zdobyć jeszcze tylko jeden Liść, pozostałe oparły się szturmom. To wszystko działo się setki mil od niej, gdzieś na drugim końcu świata, w miejscu, gdzie nie było haków, powolnego kołysania się i nocy, która już wkrótce zamierza zawładnąć całym czasem Wszechrzeczy.

To było najgorsze, co ją czekało. Ciemność. Do tej pory nie wiedziała, skąd czerpie siłę, teraz okazało się, że czerpie ją z cudzych spojrzeń, z tego, że inni oczekują, iż zacznie płakać i błagać o litość, więc nie wolno jej tego zrobić. Tak naprawdę nawet przez moment nie opuściła kręgu wyrostków z kijami, otaczali ją cały czas, w namiocie wodza Wilków, gdy rozmawiała z jego uzdrowicielką, żoną czy z nim samym, gdy towarzyszyła konającemu łucznikowi, i gdy zawisła na rzemieniach, wtedy zwłaszcza. Musiała być dzielna i odważna. Bo chcieli zobaczyć jej strach.

Lecz teraz, w ciemności, gdy nikt na nią nie patrzył, chłopcy z kijami znikli, rozpłynęli się w mroku, a wraz z nimi odeszła determinacja. Została rozpacz, czarniejsza niż gardło najnędzniejszego demona Mroku, tłumiąca oddech skuteczniej niż haki wbite w skórę.

Nie, nie, nie... nie chcę już... już żyć... ja... Key’la z rodu Kalevenhów... chcę umrzeć... nie widzieć śmierci... nie patrzeć na płonące... wozy... nie chcę patrzeć... Proszę... proszę, proszę... Przyjdź, bracie, i zabierz mnie stąd... Bo to byłeś ty... prawda? Ty zabiłeś tych chłopców... przyjdź po mnie... Proszę, proszę, proszę.

Z całej tej modlitwy na zewnątrz wydostawało się tylko mizerne „pros... pprosz... pos...”, które dałoby się może usłyszeć, gdyby ktoś przyłożył ucho do jej twarzy. Ale to nie miało znaczenia, liczyło się tylko to, że ciemność wreszcie obnażyła jej prawdziwe oblicze, małego tchórza potrafiącego tylko skomleć o litość. I właściwie to też nie miało znaczenia. Liczył się tylko ból, który usadowił się w jej ciele już na dobre, i to dławiące wolę uczucie, że powinna już nie żyć. Powinna umrzeć wiele razy, tak jak tysiące jej rodaków, bo to było wręcz nieprzyzwoite, że jeszcze oddycha, gdy tylu dzielnych ludzi zginęło.

Głowa, która leżała pod jej nogami, zmieniła się w mroku w bezkształtny tobół, lecz Key’la była pewna, że uśmiecha się aprobująco do każdej takiej myśli.

– Pros... poszę, poszę, posss...

Odpowiedź na prośby nadeszła w całkowitej ciszy. Jeden z jej strażników zwalił się na ziemię. Po prostu przewrócił się i już nie wstał. To ten starszy, rozpoznała, bo młodszy jakiś czas temu usiadł, opierając się o jedną z żerdzi trójnogu, i wyglądało na to, że zasnął. Hałas wywołany upadkiem towarzysza powinien go obudzić. Ale nie, nawet nie drgnął, mimo że jego kompan zachowywał się dziwnie. Najpierw przez chwilę leżał nieruchomo, po czym nagle w całkowitej ciszy rozdzielił się na dwie części. Jedna została na ziemi, plama czerni w ciemnościach, druga ruszyła przed siebie. Trochę chaotycznie, zataczając się lekko i wykonując dziwaczne, nieskoordynowane ruchy. Jakby walczyła z szalonym prądem dzikiej rzeki.

A potem nagle przed Key’lą, nieco poniżej, wyrosła blada twarz okolona czarnymi włosami i dwie zimne latarenki oczu, rozjaśniające ciemności.

W pierwszej chwili go nie rozpoznała, był tak chudy, jakby głodzono go od wielu miesięcy. Tłuste włosy lepiły się do jasnego czoła, oczy świeciły gorączką.

– ... esteś, bra... ciszku... już my... ślałam, że... że... że zapomniałeś...

Nie odpowiedział. Dotykał jej ruchami szybkimi i delikatnymi jak muśnięcie języka jaszczurki. Jego palce parzyły lodowatym ogniem, zwłaszcza gdy dotykał miejsc, gdzie wbito haki.

– Za... bierzesz mnie stąd? Da...le...ko...

Nie odpowiedział, zresztą nie spodziewała się tego, nie zmienił nawet wyrazu twarzy. Spojrzał w dół, na leżącą między nimi głowę, pochylił się i obwąchał ją. Po chwili obrócił się i znikł w mroku.

Zacisnęła z całych sił powieki, ale łzy i tak popłynęły.

* * *

Zaatakowano ich, gdy Kenneth zaczął wątpić w sens swojego planu. Laiwa chyba nie była tak dobrą przynętą, jak mu się wydawało, może zresztą napastnicy gotowi byli zadowolić się jej głodową śmiercią? Wszystkie wątpliwości rozwiały się pewnego „ranka”, choć nadal nie mieli pojęcia, dlaczego ktoś ściga arystokratkę i skąd się wziął.

1 ... 130 131 132 133 134 135 136 137 138 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)