Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 152
Перейти на страницу:

Zapadła cisza. Obrócić się w lewo. Tak po prostu, cały cholerny, liczący kilka tysięcy wozów obóz. Ćwiczyli to kiedyś, w Meekhanie, na dany rozkaz wozy stają i obracają się w tę samą stronę, a karawana może zmienić trasę wędrówki albo nawet zawrócić, nie ruszając się z miejsca. Ale kilka tysięcy wozów, w tej przeklętej kurzawie i z koczownikami na karku?

Lamerei pierwszy zrozumiał, co to znaczy.

– Kiedy uderzamy?

Kowal spojrzał na niego, wykrzywił usta w dziwnym grymasie.

– Nie uderzacie. Nie stracę tysiąca rydwanów, by dać nam kwadrans albo i mniej. Osłoni nas piechota.

Vam’owez Bawerah poprawił hełm, uśmiechnął się, jakby zakłopotany.

– Tak jak rozmawialiśmy?

– Tak. Wydałeś rozkazy?

– Oczywiście. Kompanie są gotowe.

Awe’aweroh Mantoru wodził wzrokiem od jednego do drugiego z taką miną, jakby nie do końca rozumiał język, którym się posługiwali.

– O czym wy...?

– Zostawimy za sobą piechotę, dwa czworoboki po tysiąc dwustu ludzi. Opancerzone tarczami, najeżone pikami i szyjące z kusz. Tak jak robią to Meekhańczycy.

Lamerei sapnął, pochylił głowę i przez chwilę wyglądał jak byk szykujący się do szarży.

– Zapytaj ich lepiej, ilu żołnierzy stracili, nim zrozumieli, że konnica robi z takiej piechoty tarcze dla swoich strzał.

– Tylko wtedy, gdy próbuje się piechotą wygrać całą bitwę. A my przecież chcemy tylko trochę spowolnić wroga, tak, żebyśmy zdążyli wykonać zwrot i wyrównać szyk. Potem zabierzemy ich z powrotem. Jak będziemy wyżej, spuszczę ze smyczy twoje rydwany. Dlatego Fale mają być w pogotowiu. I wy, czarownicy, również. Zaczynamy na cztery krótkie. Zrobili błąd, że nas zlekceważyli.

* * *

– Lekceważenie. To najgorszy grzech na polu bitwy. Zmusiłeś ich do zatrzymania się, mój Synu, lecz najwyraźniej nadal nas lekceważą.

Siwowłosy starzec rozsiadł się na rzeźbionym z ciemnego drewna krześle i spod zmrużonych powiek patrzył na wypełniającą dno doliny chmurę kurzu. Minę miał taką, jakby był zdolny przeniknąć wzrokiem mglisty tuman, który nadal przesłaniał okolicę, mimo że oddziały jeźdźców „czeszących” wyschniętą trawę przerwały pracę. Kilka ataków, które rozbiły się na ścianie pancernych wozów, wystarczyło, by ostudzić zapał co gorętszych głów. Teraz wojownicy Wolnych Plemion potrzebowali zmiany taktyki.

– Nie zdobędziemy obozu lekką jazdą, Ojcze. Strzały i oszczepy nie wy... starczą...

Kyh Danu Kredo zająknął się, bo Yawenyr, Ojciec Wojny, niech sparszywiałe sępy pożrą jego cuchnące ścierwo, wpatrywał się w niego z tym swoim dziwacznym uśmieszkiem, jakby wysłuchiwał rewelacji irytującego pięciolatka.

– Ile rydwanów im zabrałeś?

To było dobre pytanie, na które sam próbował sobie odpowiedzieć. Siedem? Osiem setek? Yawenyr nie łamał danego słowa. Jeśli powiedział „daj mi to, albo zabiorę ci tamto”, należało zrobić wszystko, by „to” zdobyć.

– Jakieś siedem i pół setki.

– Więc jesteś już blisko. Jak sądzisz, co teraz zrobią?

– Pojadą dalej naprzód. Odkąd wyruszyli spod Olekadów, nie trafili na żadne źródło, rzeczkę czy studnię. Muszą dotrzeć do wody.

– Tak, Synu. Lecz do wody prowadzi niejeden szlak. Dlaczego kazałem ci odebrać im wzrok?

Odpowiedź na to pytanie spłynęła na niego niczym objawienie.

– By poszli inną drogą?

– Właśnie. W miejscu, gdzie są teraz, można wykopać studnie. Wiele studni, które szybko się wypełnią, bo dno tej niecki jest poniżej dna rzeki. Może o tym nie wiedzą, bo nigdy nie byli zmuszeni do kopania studni dla takiej ilości koni i ludzi, a może są zbyt pewni siebie i wierzą, że dotrą do rzeki bez względu na wszystko. To bez znaczenia, ważne jest tylko to, że teraz skierują się na lewo i my im w tym nie przeszkodzimy. Niech zajmą pozycję na wzgórzu, gdzie choćby wykopali tysiąc studni, nie dotrą do kropli wody.

Przez chwilę patrzył na starca, Ojca Wojny, serce i duszę Wolnych Plemion. Nienawiść i pogarda, którą czuł, gdy Yawenyr kazał mu raz za razem rzucać do ataku swoich najlepszych ludzi, znikła. Ten suczy syn... Niech lepiej zdechnie ze starości i niech wszyscy bogowie, z samym Gallegiem na czele, bronią mnie, bym miał kiedyś stanąć przeciw niemu na polu bitwy.

– Co teraz, Ojcze? Pozwolimy im się wycofać?

– O tak, choć nie bezkarnie. Spójrz. – Kurz już powoli opadał, a pierwsze, co się z niego wyłoniło, to były szerokie na dwieście jardów czworoboki piechoty. – Osłaniają plecy tarczami piechurów.

Starzec uśmiechnął się niemal dobrotliwie.

– Zabij tylu, ilu zdołasz.

* * *

Wokół trójnoga zaczął się gromadzić tłumek. Koczownicy podchodzili, oglądali leżące w pyle głowy, śmiali się i żartowali. Nikt nie próbował się do niej zbliżać, kilku najbardziej ciekawskich przepędziło krótkie warknięcie jednego ze strażników. Miała żyć tak długo, by nasycić żądzę zemsty swojego właściciela. Czerwona mgła, zasnuwająca krawędzie jej pola widzenia, rozrosła się, owinęła ją kokonem obojętności.

Liczyło się tylko jedno.

Powolny wdech.

Powolny wydech.

Ból.

Nie oddychać, nie płakać, nie skarżyć się.

I pamiętać, by co jakiś czas unieść nieco głowę i spojrzeć w stronę niecki, tam, gdzie z chmury pyłu wyłania się właśnie potężne, ruchome miasto, wędrujące mozolnie pod górkę. Bo jeśli zbyt długo wisiała z głową opuszczoną na piersi, starszy ze strażników trącał ją trzonkiem włóczni, aż zaczynała się kołysać jak zakrwawione wahadło, a tłumek wokół wybuchał krótkim rechotem. Hak, w który trafił poprzednio, rozerwał ciało i niemal wypadł z rany, gorąca krew spływała po skórze i tworzyła u jej stóp czarną kałużę.

Nawet gdyby chciała, nie miałaby już chyba sił, by zapłakać.

Kilku wyrostków biegało wokół trójnoga, pokrzykując i kopiąc jedną z głów, która straciła już jakiekolwiek podobieństwo do części ludzkiego ciała. Reszta – głównie kobiety i starsi mężczyźni – gapiła się na nieckę, wspinający się pod górę obóz i kłęby kurzu wznoszące się za jego plecami. Trudno było cokolwiek dostrzec, czasem przemknął jakiś oddział jazdy, czasem błysnęło żelazo. Najwyraźniej jednak Se-kohlandczycy nie mogli się zbliżyć do karawany.

Boliboliboliboli...

To nie miało znaczenia. Żadne bohaterstwo, poświęcenie ani szalona odwaga nie ocalą tych wozów. Do tej pory Verdanno zmierzyli się tylko z jednym Synem Wojny, i to osłabionym, a i tak nieustannie się cofają. A przecież Sahrendey mają dwa razy tyle jazdy, co Kyh Danu Kredo, i jest jeszcze Yawenyr i jego Błyskawice... Ten obóz zginie, a po nim pozostałe. Nie powinni tu wracać.

Kopnięta głowa potoczyła się po ziemi i zatrzymała tuż pod jej stopami, w czarnej kałuży, patrząc na nią jednym okiem. Z półotwartych ust wysuwał się opuchnięty język.

Warknięcie strażnika zatrzymało chłopaka, który próbował do niej podbiec. Cała gromadka gapiła się na leżącą głowę, potem któryś z nich zaśmiał się i zaczął kopać następną.

Oderwała wzrok od poobijanej twarzy i spojrzała na pole bitwy. Od rzeki właśnie powiał wiatr, zakręcił szarym tumanem, potargał go i pognał na zachód. Z kurzawy wyłoniły się dwa potężne, osłonięte murem z tarcz czworoboki piechoty, otoczone pierścieniem konnych. A w zasadzie półpierścieniem, bo piechota cofała się powoli, jakimś cudem utrzymując szyk i nie dopuszczając, by odległość między nią a zamykającymi karawanę wozami była większa niż pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt jardów. Każdy oddział jazdy, który znalazłby się w tej przestrzeni, zostałby naszpikowany strzałami, więc koczownicy atakowali czworoboki tylko z trzech stron, szyjąc z łuków i ciskając oszczepy, lecz nie próbując przejść do bezpośredniego ataku. Pawęże piechoty miały prawie sześć stóp wysokości i wycięcie z prawej strony, umożliwiające strzelanie z kuszy, więc oddziały pieszych ostrzeliwały się ostro, trzymając koczowników na dystans. Za linią tarcz widniał las gotowych do użycia pik, rohatyn i gizarm.

1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)