Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Odsłaniając szeroką na trzydzieści jardów wyrwę w linii.
I trzystu konnych łuczników, stojących karnie ze strzałami na cięciwach ledwo sto stóp od Verdanno.
Strzelili. Od razu, jak tylko ostatni ze szturmujących uciekł w bok, wypuścili trzysta strzał, które leciały bardzo płasko i bardzo szybko. Z takiej odległości nawet dobra kolczuga wzmocniona nałożonym na nią pikowanym kaftanem nie zawsze pomoże, tym bardziej że strzały leciały jedna za drugą co uderzenie, dwa uderzenia serca, nieustającym, morderczym gradem.
Gdzieś z boku dowódca piechoty darł się wściekle:
– Tarcze! Podnosić tarcze! Ruszać się, bękarty!
Ruk’hert patrzył, jak pawężnicy zaczynają się podnosić, tak, jak ich nauczono: „Jeśli konnica rozerwie wasz szyk i cię przewróci, skul się pod tarczą i czekaj, aż reszta załatwi sprawę, a potem wstawaj i twórz linię”. Ale wszystko to trwało za wolno, jakby oszołomieni ludzie poruszali się w gęstym syropie, a może to jemu tak się wydawało, bo strzały dalej wpadały w wyrwę szumiącą, potężną chmurą, a wszystko wokół zdawało się zamierać. Szereg pikinierów niechronionych tarczami słaniał się i padał, i zanim odtworzono linię, zanim kusznicy doskoczyli do szczelin i odwdzięczyli się koczownikom gradem własnych pocisków, prawie pod połową Wozaków ugięły się nogi i upuścili broń.
W dziesięć, dwanaście uderzeń serca czworobok miał stu zabitych i ciężko rannych, a jego linia chwiała się i drżała. Na dodatek zatrzymali się na dłuższą chwilę i wozy znikły już w kurzawie.
Zostali sami.
Ziemia zaczęła drżeć.
– Koło! Koło! Posrańcy! Szybciej!!! Ranni do środka!
Linia tarcz zaczęła się wyginać, tworząc olbrzymie koło.
– Skracać! Podwójne! Dwie linie mówię! Usypiecie sobie kurhan z ich trupów!!! Łańcuch!
Dwie linie pawęży na zewnątrz i wyposażona w długie drzewce piechota pośrodku. Twierdza, której złamanie może kosztować mnóstwo czasu i krwi. Twierdza, która nie może się ruszyć z miejsca.
Rzeczywiście, usypanie kurhanu z se-kohlandzkich trupów było jedyną rzeczą, jaka im pozostała.
Łoskot kopyt narastał i nagle z kurzawy za nimi wyłoniły się rydwany gnające pełnym cwałem z rozwianymi kolorowymi wstęgami mocowanymi do burt. Najbliższy skręcił i zatrzymał się tuż przy towarzyszach Ruk’herta.
– Zabierać się stąd! Damy wam czas!
* * *
– Ile?
– Tysiąc, Ojcze...
Cisza. Kyh Danu Kredo przykląkł z pochyloną głową przed Yawenyrem. Nie podnosił twarzy, wystarczył mu widok siwowłosego starca siedzącego niedbale na rzeźbionym krześle i jasnowłosej niewolnicy stojącej obok, z dłonią położoną w poufałym geście na jego ramieniu. Było w tym coś niewłaściwego. Niewolnicy powinni pełzać u stóp władcy Wolnych Plemion.
Danu Kredo wpatrywał się uparcie w swoje kolano, droga skóra spodni była brudna i zachlapana krwią. Musiał osobiście dowodzić, musiał na czele przybocznych pędzić od a’keeru do a’keeru, wykrzykiwać rozkazy, podnosić na duchu, wspierać wahających się. Nie potrafił ocenić, ilu zabitych i rannych kosztowało go to trzygodzinne starcie, szaleńcze ataki na rydwany i opancerzone niczym jakaś mityczna bestia czworoboki piechoty. Dwa, trzy tysiące? Może za kilka godzin dowie się tego dokładnie. W obozie miał już dziesiątki namiotów pełnych rannych i konających wojowników, a ostatnie, trwające niespełna dwa kwadranse starcie z kontratakującymi rydwanami, wypełniło kolejne. Nie spodziewał się, że Wozacy wyprowadzą je poza karawanę i że będą tak wściekle zawzięci. Przez chwilę wśród walczących zapanował kompletny chaos i wydawało się, że rydwany zepchną ich o milę w tył, rozbiją i popędzą ku obozowisku.
Gdyby osobiście nie interweniował, mogłoby się tak stać.
Ale Verdanno nie zależało na szaleńczej szarży, zadowolili się ocaleniem własnej piechoty, choć kosztowało ich to kolejne dwieście albo trzysta załóg.
Mógł przynajmniej pochwalić się, że wykonał rozkaz. Te śmierdzące, ciemnoskóre bękarty straciły tysiąc rydwanów, nim zaszło słońce.
– Dobrze. Bardzo dobrze, mój Synu. Ja też sądzę, że stracili tysiąc rydwanów, i to tylko w starciu z lekką jazdą. Ale oczywiście wiesz, że to nie jest ich główna siła?
– Tak, Ojcze. – Uniósł głowę, spojrzeniem starannie omijając niewolnicę. – Ich siła to wozy bojowe.
– Tak. Rydwany mają tylko zatrzymać nas do czasu, aż wozy bojowe staną w szyku. Więc zmusimy ich do zatrzymania się tam, gdzie ja tego chcę. Na szczycie tamtego wzniesienia.
– Będziemy atakować pod górkę – wyrwało mu się.
– To nieduża górka, pierwszy z rodu Danu Kredo. Niewielka. A oni nie będą mieli tam kropli wody, łagodny wiatr zaś roznieci każdą iskrę w pożar. Będą musieli zużywać resztki swoich zapasów do gaszenia ognia, a ognia im nie pożałujemy. Usmażę ich w płomieniach własnych wozów.
Przez chwilę Ojciec Wojny wszystkich Wolnych Plemion uśmiechał się lekko. Jakby mówił o jakiejś drobnostce, opowiadał żart.
– Spójrz tam. – Wskazał przeciwległy kraniec niecki, gdzie karawana rozsiadła się wreszcie na szczycie wzniesienia. – Tam mają zostać i umrzeć.
Kyh Danu Kredo obejrzał się; mimo że od Verdanno dzieliły ich jakieś trzy mile, obóz sprawiał imponujące wrażenie. Szeroka na dwa tysiące kroków ściana wozów kryła – teraz widział dobrze – niezliczone szeregi pojazdów. Zobaczyli, jak całość robi zwrot na prawo, by powędrować szczytem wzniesienia ku rzece. Przed wozami krążyły rydwany, wyżej wiatr rozwiewał kurz i potęga Wozaków ujawniła się jak na dłoni.
Nagle dotarło do niego, że nie udało im się wyrwać z tej ściany ani jednego pancernego wozu, a w jego plemionach zostało już tylko z dziesięć tysięcy wojowników. Dwa razy tyle, jeśli posadzi na konie kobiety i wyrostków.
– Jak... – Przełknął ślinę. – Jak zmusimy ich, żeby tam zostali?
Uśmiech starca poszerzył się nieco.
– To proste, mój Synu. Przerazimy ich na śmierć. Uniósł kościstą dłoń i gdzieś za jego plecami w górę wystrzelił kłąb żółtego dymu.
Rozdział 9
Zatrzymali się na wybrzuszeniu terenu flankującym nieckę z lewej strony. Zupełnie nie tak, jak planowali; droga środkiem była krótsza, wygodniejsza i szybsza. Tutaj, gdy wozy obsiadły grzbiet wzniesienia, trudno było utrzymać szyk, bo woźnice z jednej strony wzgórza nie widzieli tych z drugiej, na dodatek teren cały pokryty był kamieniami i nierównościami.
Ale nie było tu tyle kurzu. Wiatr niemal nieustannie przewiewał okolicę, pozwalając im widzieć wszystko w promieniu ponad pół mili, dziesięciokrotnie dalej niż w dole. Istniała szansa, że będą mogli skutecznie używać rydwanów, a kusznicy i łucznicy wykorzystają zasięg swojej broni. No i nie stracą tak głupio pozostałej im piechoty.
And’ewers stał na środku linii wozów bojowych i obserwował przedpole. Wnętrze niecki wciąż wypełniała kurzawa, przeklęta przez wszystkich bogów kurzawa, która odebrała im oczy. Przez to zwrot i uporządkowanie szyku zajęły karawanie znacznie więcej czasu, niż sądził, mowa niska, język gestów, którymi woźnice przekazywali sobie polecenia, wędrowała od wozu do wozu wolniej i ulegała przekłamaniom. Po zwrocie kilka kolumn wozów mieszkalnych prawie się ze sobą zderzyło, jeden z tabunów luzaków rozpierzchł się, a w lewej ścianie, która jeszcze przed chwilą tworzyła plecy karawany, powstała wyrwa mogąca pomieścić całą armię. Porządkowali wszystko w czasie marszu, licząc na to, że piechota da radę cofać się za nimi. Nie było sensu powiększać chaosu wewnątrz obozu, wpuszczając ją do środka, tym bardziej że skutecznie trzymała koczowników na dystans.