Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Lecz na razie nie zanosiło się, by rychło były koniecznie. Konnica, mimo że liczna, nie atakowała wprost, zadowalając się wystrzeliwaniem tysięcy strzał, które wznosiły się w górę, jak chmury szarego ptactwa, i spadały do wnętrza czworoboku. Linia stojących za pawężnikami pikinierów chwiała się od czasu do czasu, lecz utrzymywała formację. Podobnie jak cały czworobok, cofający się powoli, krok za krokiem w ślad za karawaną. Wyglądało na to, że żadna ze stron nie uzyska przewagi – ani piechota nie zmusi jazdy do ucieczki, ani jazda nie złamie jej szyku i nie wyrżnie uciekających bezładnie Wozaków.
Tylko że koczownicy nie pierwszy raz walczyli z taką piechotą.
Zobaczyła, co szykowane jest nieco z boku, tam, gdzie niedawno zmasakrowano rydwany, i mimowolnie uśmiechnęła się gorzko.
Nie powinniśmy tu wracać.
Wdech...
Boli...
Zastanawiała się, czy Ruk’hert i Det’mon są wśród tych piechurów i czy ich duchy zaczekają na nią na drodze do Domu Snu. Bardzo nie chciałaby iść tam sama.
Opuściła wzrok, próbując nie patrzeć na to, co nadejdzie. Krew ściekająca po jej nodze skapywała wprost na obciętą głowę.
Otwarte oko mrugnęło powoli.
* * *
Tarcza robiła się coraz cięższa, dziesiątki wbitych w nią strzał miało swoją wagę. Den’kaw biegał truchtem wzdłuż linii i wrzeszczał:
– Trzymać! Równaj! I...!
Zaprzeć się nogami, oburącz złapać uchwyty.
– ... teraz!!!
Szarpnąć w górę, aż w oczach pociemnieje, bo ostrogi wbiły się głębiej, niż Ruk’hert sądził, i podnieść to cholerstwo.
– Dobra! I trzy kroki w tył! Raz! Dwa! Trzy! Równaj!!!
Tarcze opadły, żelazne zęby wgryzły się w ziemię. Kusznicy doskoczyli szczelin, przymierzyli, posłali koczownikom garść bełtów. Wiatr ustał, więc kurz znów gęstniał, za kilka chwil widoczność spadnie tak, że ledwo będą mogli dojrzeć cofającą się karawanę. Niech Pani Stepów pod postacią Białej Klaczy stanie nad nimi i nasra na ich głowy! Mieli nas już zabrać! Gdzie sygnał „Piechota do domu”?!
Ruk’hert zaparł się mocniej, czując drżenie gruntu pod stopami. Idą! Oddział jazdy wyłonił się z kurzu i przemknął wzdłuż ściany tarcz, szyjąc z łuków w takim tempie, jakby im za to płacili. Część pocisków leciała wysoko, by spaść na Wozaków w głębi formacji, resztę wystrzeliwano na wprost. Pawęż zatrzęsła się od kilku uderzeń, jakaś strzała śmignęła przez szczelinę strzelniczą i ktoś za jego plecami zakrztusił się urwanym krzykiem.
Dowódca oddziału piechoty rozdarł się znów:
– Równaj! Trzymaj! Teraz!
Zaprzeć się, unieść to cholerstwo, trzy kroki w tył, opuścić.
Cofali się skokami, po trzy kroki, na chwilę tylko rozluźniając szyk i odpłacając koczownikom salwami z kusz. Czworobok rozciągnął się w prostokąt – szeroki na dwustu pięćdziesięciu ludzi, głęboki na zaledwie czterdziestu – by osłaniać jak największy fragment karawany, lecz chyba było to zbędne, bo koczownicy z jakichś powodów nie próbowali przedostać się do wozów. Zamiast tego skupili się tylko na nich, powolutku wykrwawiając oddział. Verdanno mieli dobre kolczugi i hełmy, ale dobre nie znaczyło, że nie do przebicia.
Dlaczego, do przeklętej, ciężkiej, zawszonej, parszywej jak zdechły sęp cholery, nie ma jeszcze sygnału „Piechota do domu”?!
Wystarczyłoby, że wozy zatrzymają się na chwilę, pancerne czworoboki przytulą do nich i piechota wsiąknie do środka, osłaniana przez łuczników i kuszników.
Gdzie sygnał?
Ruk’hert miał nadzieję, że walczący w sąsiednim oddziale Det’mon trafił lepiej. Po krótkiej naradzie postanowili, że się rozdzielą, bliźniacy mogą sobie walczyć wspólnie, i tak nie sposób ich rozdzielić, ale nie byłoby dobrze, gdyby ród stracił dwóch starszych synów od jednego ciosu lancy.
Drżenie ziemi. Zaprzeć się, pochylić, wyrównać tarczę, by poza szczeliną strzelniczą nie było innej szpary.
Uderzenie, raz, drugi, trzeci... I kolejne. Kusznicy dopadają do tarcz, posyłają koczownikom salwę, rżenie koni miesza się z gardłowymi krzykami ludzi, ale nawała pocisków nie ustaje.
Kilka kroków po prawej jeden ze strzelców padł na ziemię, z twarzy sterczało mu ciemne drzewce, a Ruk’hertowi wydało się nagle, że po drugiej stronie rozszalał się grad, miotający o pawęż lodowe kule wielkości pięści.
Co się dzieje?
Wyjrzał przez szczelinę. Konnica stała ledwo czterdzieści kroków od nich i wypuszczała w ich kierunku strzałę za strzałą, przygotowując się, żeby...?
Zobaczył to w chwili, gdy szereg jeźdźców pękł, tworząc szeroką na kilka jardów szczelinę. W szczelinie pokazało się... W pierwszej chwili Ruk’hert nie wiedział, co to, a gdy zrozumiał, wrzasnął na całe gardło:
– Łańcuch!!!
Uniósł prawą krawędź tarczy, tę zachodzącą na pawęż wojownika stojącego obok, i zaczepił stalowy pierścień zamocowany do tarczy o hak wystający z tarczy towarzysza. To był wozacki koncept wywodzący się wprost z idei łączenia wozów bojowych łańcuchami. Stalowy pierścień z prawej i hak z lewej strony pawęży pozwalał w mgnieniu oka wzmocnić linię tarcz, utrudniając jej rozerwanie bezpośrednim atakiem. Takim jak ten, który właśnie nadchodził.
A właściwie nadjeżdżał, turkocząc kołami po suchej ziemi. Se-kohlandczycy użyli kilku zdobycznych rydwanów. Na każdy załadowali trupy, po kilka, kilkanaście, aż osie wyginały się w łuk, i pchali je przed sobą, trzymając za dyszle. Taka masa, nawet jeśli nie pędzi z prędkością cwałującego konia, potrafi rozbić każdy szyk.
Najbliższy rydwan, wypełniony makabryczną zawartością, pędził wprost na niego.
– Trzymać!!!
Towarzyszący mu kusznik doskoczył, wsparł tarczę ramieniem, zaraz za nim poszło kolejnych kilku ludzi, reszta cofnęła się i pochyliła piki.
– Uwaga!!!
Rąbnęło; linia tarcz wygięła się w kilku miejscach, haki i pierścienie szczęknęły metalicznie, ale wytrzymały. Po jego stronie tarczy uderzenie przypominało spotkanie z rozpędzonym wozem, wewnętrzna część pawęży uderzyła go w głowę, hełm przechylił się na bok i zasłonił oko, ale plecy natychmiast podparli mu ci z tyłu. Cała ściana przez chwilę siłowała się w milczeniu, kilka szeregów mężczyzn z jednej strony przeciw masie prącej z drugiej.
Za bardzo się rozciągnęliśmy, pomyślał, zaciskając zęby i zapierając się mocniej.
A potem wszystko się załamało.
W środek formacji uderzyły najpierw dwa rydwany, a później, gdy wydawało się już, że utrzymają szyk – jeszcze trzy albo cztery, jeden przy drugim, i nagle linia połączonych ze sobą pawęży pękła, szereg podtrzymujących ją piechurów przewrócił się, niektóre haki wyskoczyły z pierścieni, inne wytrzymały, pociągając w dół sąsiednie tarcze, i powstała wyrwa.
Natychmiast wpadli w nią jeźdźcy z szablami w dłoniach, tratując leżących na ziemi Wozaków i rzucając się od razu na ostatnią linię obrony.
Błąd. Gdyby do ataku szli noszący kolczugi i dosiadający opancerzonych wierzchowców Jeźdźcy Burzy albo gdyby ta piechota była inną piechotą mniej zdeterminowaną czworobok rozsypałby się na wszystkie strony, a konni wyrżnęliby uciekających w kilka chwil.
Ale to byli lekkozbrojni łucznicy, chronieni przez pikowane kaftany albo co najwyżej lekkie skórzane pancerze i hełmy, a naprzeciw nich wciąż stała ściana żelaza i stali. Kilkaset pik, rohatyn i gizarm pochyliło się i potworny, opancerzony jeż ruszył do ataku, kłując, dźgając, ściągając jeźdźców z siodeł. Przez moment ledwo kilku najzuchwalszych koczowników dotrzymało Wozakom pola, siekąc szablami po drzewcach, ale nim człowiek zdążyłby przebiec sto kroków, uciekli albo zostali zabici.