Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 129 130 131 132 133 134 135 136 137 ... 152
Перейти на страницу:

Zapadła cisza. Całkowita, jakby nawet wiatr skulił się w jakiejś kryjówce, przerażony tym, co zaraz się zacznie.

Pierwszy atak miał pójść na te mniejsze obozy, rozrzucone wokół głównego obozowiska. Każdy składał się z kilkudziesięciu wozów ustawionych w zwykły okrąg, z załogą zapewne nie liczniejszą niż dwustu ludzi. Verdanno mieli za mało czasu, by je okopać jak należy, nie zdążyli wbić w przedpole zaostrzonych pali ani wykopać rowów, które spowolniłyby atak, a on nie zamierzał im dać szansy na dokonanie poprawek. Tym bardziej że za dnia szturm na te obozy byłby trudniejszy, każdy z nich znajdował się w zasięgu strzału dwóch innych i w zasięgu pocisków z balist, które Wozacy mieli w głównym obozie. Ale nocą... Jeśli cię nie widzą, nie mogą cię trafić. Poza tym wydał rozkazy, by pomniejsi plemienni szamani, którzy nie zasłużyli sobie na tytuł Źrebiarzy, robili zamęt w świecie duchów. Czarownicy Verdanno też się jeszcze nie ujawnili, lecz z pewnością będą teraz czuwać. Całą noc. A zmęczony czarownik to słaby czarownik.

Zaklaskał trzy razy i w niebo pomknęła zapalona strzała.

– Ag saye!!! Ag saye!!! Ag saye waraaaa!!!

Spieszeni koczownicy zaatakowali. W ciemnościach, bez żadnych pochodni i bez wcześniejszego ostrzeliwania wroga. Widział to już wiele razy, nagły ryk tysięcy gardeł, tupot stóp, stukot drabin opieranych o burty i...

Jest! Szczęk stali i jęki ludzi. Słyszalne nawet z tej odległości. I odgłos desek rąbanych toporami. Zgodnie z planem.

I zgodnie z planem, po mniej niż stu uderzeniach serca jego wojownicy odskoczyli. Wsiąkli w ciemność, zostawiając obrońców zdumionych i zmieszanych. Jak to? Już? Odparliśmy ich?

W kilkunastu miejscach zapłonęły pojedyncze ogniki, szybko mnożąc się i tworząc spore grupki. Ukryci za tarczami łucznicy napięli broń i posłali płonące strzały w stronę wozów: tam, gdzie chwilę wcześniej podłożono wiązki wikliny i suszu i gdzie na burtach wozów zawieszono bukłaki wypełnione olejem i stopionym bydlęcym łojem.

Ogień, rodzony brat matki wojny.

W kilkudziesięciu miejscach burty zapłonęły. Z początku niechętnie, zwłaszcza tam, gdzie okręgi tworzyły wozy bojowe, ale w końcu to nie one miały się palić. Głównym celem były kręgi z wozów mieszkalnych. Chrust i susz podłożony pod nie, polany olejem, miał swoją chwilę. Zgodnie z planem podpalali każdy krąg w trzech, czterech miejscach naraz, by rozproszyć siły obrońców. Po kilku chwilach płomienie strzelały na kilkanaście stóp w górę, zmuszając Wozaków do chowania się i rozświetlając pole bitwy złotym blaskiem.

Z tuzina okręgów aż siedem postawiono ze zwykłych wozów mieszkalnych i transportowych, Verdanno nie mieli dość pojazdów bojowych, by zabezpieczyć się jak należy. Tam ogień szalał najbardziej, przerzucając się z deski na deskę i rosnąc w oczach. Obrońcy próbowali go gasić, lali wodę, sypali ziemię, zarzucali na burty jakieś szmaty. Daremnie. Podpałki koczowników, gdy się już zajęła, nie dało się ugasić byle czym, zresztą teraz wozy były doskonale oświetlone i każdy obrońca, który choć na mgnienie oka wystawił głowę poza burtę, musiał się liczyć z tym, że dostanie strzałę.

Starzec uśmiechnął się lekko. Prawie znów to poczuł, ten dreszcz zwycięstwa muskanego końcem palców, to uczucie, gdy siedzisz w siodle na czele stutysięcznej armii, a wróg – już prawie rozbity – czeka tylko na ostateczny cios. Choć na razie była to tylko namiastka triumfu, prawdziwe zwycięstwo nadejdzie jutro, gdy zapłoną wszystkie wozy, a łupy zostaną usypane w sterty wysokie na trzydzieści stóp. A przed tym nastąpi ta chwila, tuż przed atakiem na serce obozu, gdy już nic i nikt nie odbierze mu zwycięstwa, chwila słodsza nawet niż późniejszy widok stosu wrogich głów przed sobą.

Na razie jednak musiał się zadowolić tym, garścią dopalających się wozów i przerażeniem, z jakim ich załogi czekały na nieuniknione.

A nieuniknione nadeszło w chwili, gdy większość płomieni zaczęła przygasać. Se-kohlandczycy poderwali się do szturmu na osłabione konstrukcje. Uderzali tylko tam, gdzie ogień poczynił największe szkody, szturm szedł na kręgi zbudowane z wozów mieszkalnych, gdzie płomienie wygryzły w drewnie wielkie dziury. Yawenyr nie potrzebował oczu, żeby to zobaczyć, tysiące stóp uderzających o ziemię, liny z hakami zarzucone na dopalające się resztki, wyrwy w linii obrony. I garść przerażonych wozackich buntowników, stających do ostatniej, beznadziejnej walki. W ciemnościach pochłonęła ich fala jego wojowników.

Wnętrza atakowanych obozów wypełniły się szczękiem broni i wrzaskami ludzi.

* * *

Ogień. Tego należało się spodziewać. Emn’klewes Wergoreth patrzył na płonące wozy.

Mieli za mało czasu, by przygotować je do walki jak należy. Na Grzywę Laal! Nawet zwykły wóz mieszkalny mógł się stać częścią niezdobytej twierdzy, jeśli jego załoga miała dość czasu. Zewnętrzne ściany i dach obkładano świeżo zdartą skórą bydlęcą lub mokrymi pikowanymi pancerzami ściągniętymi z końskich grzbietów, podsypywano pod ich spód ziemię, a przed frontem wbijano zaostrzone pale. Tylko że koczownicy nie dali im na to czasu. Ledwo zdążyli ustawić formację. Zresztą nie mieli ani dość bydła, by pokryć wszystkie wozy skórami, ani dość wody, by chronić je namoczonymi kapami. Liczyli na to, że noc pozwoli im wykopać rowy, powbijać pale i przygotować się do obrony.

Podobne prace trwały przed głównym obozowiskiem, więc w pewnym sensie poświęcenie obrońców zewnętrznych obozów nie poszło na marne. Mimo wszystko, jak już policzył, w pierwszym ataku stracili cztery Liście, w drugim kolejne trzy. W pasie śmierci, który miały tworzyć wokół Martwego Kwiatu, powstały szerokie wyrwy. Emn’klewes wyraźnie widział miejsca, gdzie wróg będzie mógł przypuścić szturm na główny obóz, nie obawiając się ostrzału z flanki.

Świt – tego był już pewien. Uderzą o świcie.

– Pamiętaj, z kim się mierzysz.

And’ewers wyrósł obok niego tak nagle, jakby zrodziła go ciemność.

– Pamiętam. Mimo wszystko liczyłem, że Liście utrzymają się do świtu. Za dnia moglibyśmy spróbować wycofać z nich część ludzi.

– Zostali tam sami ochotnicy. Sądzisz, że nie wiedzieli, co ich czeka?

– Wiedzieli. A jednak...

– Teraz wiemy, że on tam na pewno jest. Poznaję tę śmiałość... Jednonogi Ptak, Lis Stepów, Piorun Gallega. I jest sobą. Nie zniedołężniałym starcem chowającym się w jedwabnych ścianach Złotego Namiotu, ale tym samym sukinsynem, który podbił Stepy, nas i prawie rzucił Imperium na kolana.

– Mówisz to, żeby złamać we mnie ducha?

Było ciemno i jeden nie patrzył na drugiego, więc posługiwali się zwykłym anaho. Takim, w którym znaczenia słów trzeba się czasem domyślać z intonacji i kontekstu.

– Przyjacielu – to było dziwne „przyjacielu”, prawie rzewne, cholernie niepasujące do kowala – twój duch jest wielki jak zad Białej Klaczy i twardy jak Jej Kopyta. Nie da się go złamać. Rozmawiałem z ludźmi, cieszą się, że to ty dowodzisz. Są gotowi na walkę z Yawenyrem i wiedzą, że pod twoim dowództwem zatrzymamy go tu dzień, dwa, a nawet trzy dni, jeśli będzie trzeba. Będziemy racjonować wodę dla koni, a sami pić własne szczyny. A potem, kto wie, może przybędą następne obozy, a może i sam Laskolnyk na czele dwudziestu tysięcy konnych. Łaska Pani Stepów jest kapryśna.

– Łaska Pani Stepów nic mnie nie obchodzi. Jeśli chce pomóc, niech sprowadzi nam deszcz, najlepiej taki dziesięciodniowy, żeby musieli atakować tylko pieszo, a ogień nie mógł spopielić nawet źdźbła trawy. Albo niech da nam te dwadzieścia tysięcy konnych. A jeśli nie chce pomóc, to niech się stąd zabiera, żebym umierając, nie słyszał tętentu Jej kopyt.

1 ... 129 130 131 132 133 134 135 136 137 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)