Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
A potem nagle przyszła wieść, że tylne wozy nie widzą czworoboków oraz że na zewnątrz słychać odgłosy wściekłej walki. Ledwo zdążył posłać trzy Fale do kontrataku. Udało się przepędzić lekką jazdę z pola, choć stracili kolejny Strumień i ponad trzystu pikinierów i pawężników. W tym pyle nie dało się walczyć, nie można było wykorzystywać ich największej przewagi, jaką było lepsze opancerzenie i uzbrojenie oraz wsparcie, jakiego mogłyby udzielić walczącym na zewnątrz karawany załogi wozów bojowych.
Zaklął i zacisnął pięści w bezsilnej złości. Nigdy nie był zbyt religijny. Laal Szarowłosa to dla niego odległa bogini, której jego lud złożył kiedyś przysięgę, że nigdy nie będzie jeździć na końskim grzbiecie. I przez niezliczone pokolenia dotrzymywał jej, nawet jeśli Pani Stepów jakoś specjalnie nie okazywała mu swojej miłości. Była surowa, odległa i obojętna. Ale teraz... Mogłaby się postarać choć o maleńki deszczyk. W końcu, do ciężkiej cholery, wracali tu w jej imieniu.
Westchnął... Kłamstewko było pierwszym krokiem do szukania winnych. Najpierw winna będzie Pani Stepów, a potem ci, których grzechy odwróciły jej łaskę od Verdanno. A potem kavayo spłyną krwią. Nie wracali w jej imieniu. Jej imię nie miało tu nic do rzeczy. Wracali, by odzyskać co swoje oraz pomścić zdradę i przeniewierstwo sprzed lat. Wracali, by utopić Sahrendey we krwi i zapłacić Se-kohlandczykom za upokorzenia i klęski. Wracali, bo dochowali się licznego i dumnego potomstwa, które nie chciało żyć na cudzej ziemi. Bo piękno opowieści o własnym kraju skradło tym młodym sny i pchnęło ich na drogę, której koniec wiedzie wprost między Białe Kopyta.
Det’mon. Przynieśli jego ciało na odwróconej pawęży. Twarz miał spokojną, jakby spał, a w miejscu gardła szeroką ranę, zadaną najpewniej szablą. Pikowany kaftan zrudział już od krwi. Zamknął mu powieki i kazał odesłać na wozy transportujące innych zabitych.
Tak się płaci za głupie, romantyczne marzenia.
Key’la, a teraz on... Zdumiał się, jak spokojnie to przyjął. Bontanu miał rację, nie można być Okiem Węża i ojcem jednocześnie. En’leyd jest ojcem wszystkich wewnątrz karawany, więc jeszcze jedna śmierć nie może robić na nim wrażenia. Przyjął wieść o niej jak informację o jeszcze jednej stracie poniesionej przez Pancernego Węża i odesłał w głąb pamięci. Później przyjdzie czas na żałobę.
Rozejrzał się. Wozy zewnętrznej linii wyrównały szyk, rydwany śmigały wzdłuż nich nie dalej niż sto jardów od karawany. Stracili już jedną trzecią załóg i co najgorsze, zaczynało im brakować woźniców i łuczników. Niektóre Strugi wracały z załogami tak poranionymi, że nie były już w stanie walczyć; mogli wymienić konie, wyrwać strzały z burt, ale nawet najlepsi uzdrowiciele nie postawią w kilka chwil na nogi kogoś, kto dostał postrzał w brzuch. Już dwieście pustych rydwanów ciągnęli za wozami. Byłby głupcem, gdyby posłał w nich na zewnątrz ludzi, którzy przez co najmniej kilka miesięcy nie ćwiczyli jazdy, utrzymywania szyku i komend.
Nieważne. Przebyli prawie połowę drogi do rzeki. Jak nie dziś, to jutro rano dotrą do wody i zamienią się w prawdziwą twierdzę. Zatrzymają koczowników wystarczająco długo, by dołączyła do nich reszta. Obóz Aw’lerr powinien już ruszać spod rampy, jak dołączą do niego kolejne, to nie trzy i pół, ale dwadzieścia tysięcy rydwanów stanie do bitwy. A wtedy, z łaską Laal czy bez niej, zmienią całą wyżynę w cmentarzysko Se-kohlandczyków.
Zabrzmiały rogi, meldując gotowość do wyruszenia.
Uśmiechnął się znużonym grymasem. Takie aroganckie myśli pasowały bardziej do jakiegoś gorącogłowego młokosa, choć teraz, po trzech godzinach walki, nawet wśród nich znalazłby pewnie niewielu takich, którzy wywrzeszczeliby je na trzeźwo. Prawda wyglądała tak, że potrzebowali jazdy. Laskolnyk był im niezbędny – on i wszyscy ludzie, których zdołał zebrać. Jeśli ich straceńczy marsz w głąb wyżyny ma mieć jakikolwiek sens, to kolejna karawana oprócz rydwanów musi mieć także eskortę konnicy. I to był sens ich poświęcenia: zatrzymać koczowników tak długo, by dać szansę Laskolnykowi na połączenie się z jakimkolwiek innym obozem. Wtedy, i tylko wtedy, mogą jeszcze wygrać tę wojnę.
Oczywiście pod warunkiem – ta myśl drążyła jego serce od jakiegoś czasu – że Imperium ich nie oszukało. To byłoby świetne posunięcie, pozbyć się znad granicy krnąbrnych przybyszów, rzucić ich do walki z wrogą potęgą, ale tak, żeby samemu pozostać w cieniu. W najlepszym razie obie siły wykrwawią się wzajemnie, a niebezpieczeństwo na Wschodzie zostanie oddalone. Każdy koczownik zabity wozacką strzałą był pyłkiem ścielącym się u stóp meekhańskiego sprytu.
And’ewers odetchnął głęboko i rozluźnił dłonie. Imperium mogło tak postąpić, ale Genno Laskolnyk nie. Nie on...
Nawrót został ukończony, przed sobą mieli jakieś trzy i pół, cztery mile wędrówki, na końcu której czekał ich szturm na obóz Sahrendey. Jeśli będzie trzeba go zaatakować po zmierzchu, nie zawaha się, noc jest lepszą porą dla piechoty i pancernych wozów niż dla konnicy.
I wtedy usłyszał szum. Dźwięk rósł, potężniał, aż przerodził się w gardłowy ryk dziesiątek tysięcy ludzi wrzeszczących w niebo w dzikim, wyzywającym rytmie. Z tej odległości nie mógł ich zrozumieć, ale przecież słyszał ten okrzyk już nie raz. Rytm był prosty: raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa-trzy, a on bez problemu podłożył pod niego słowa.
– Ag saye!!! Ag saye!!! Ag saye waraaaa!!!
Bitewny zaśpiew prowadzący koczowników do walki.
A potem spojrzał na ich obozowiska i poczuł, jak serce zamiera mu w piersi.
W obozie przeklętych przez bogów Sahrendey widać było wysuwające się spomiędzy namiotów karne szeregi jazdy. Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia tysięcy? Może nawet więcej. Jeszcze nie widział, gdzie stoi ich elita, Wilki, ale to nie miało znaczenia, bo w tej samej chwili – daleko po lewej od Sahrendey – z obozowiska Kyh Danu Kreda zaczęły się wyłaniać kolejne zastępy jeźdźców. Równe Skrzydła, dzielące się od razu na a’keery, jakby koczownicy chcieli powiedzieć: „No dalej, policzcie nas sobie”. Piętnaście tysięcy? Jeśli tak, to trwające kilka godzin starcia nie uszczupliły zbytnio ich sił. Lecz najbardziej przerażający widok ukazał się po prawej stronie. Zza południowego wzniesienia, za siłami Danu Kredo, pojawiła się fala złota. To słońce, chylące się już ku zachodowi, oświetlało wychodzącą na przedpole armię.
Lśniące kolczugi, las długich lanc, wysokie hełmy. Błyskawice, oczywiście, koczownicy musieli je mieć, ale żeby aż tyle...? Jego umysł odmawiał przyjęcia do wiadomości tego, o czym dobitnie świadczyła wychodząca właśnie szerokim na pół mili frontem armia. Odmawiał do chwili, gdy nad ostatnim szeregiem pojawiła się wielka, łopocząca chorągiew w kolorze bliźniaczo podobnym do zachodzącego słońca. Jej środek szpecił czarny ptak z jedną nogą.
Yawenyr. Yawenyr tu był. Być może od samego początku. To tłumaczyłoby zawziętość wojowników Danu Kreda, spokój Sahrendey i niewzruszoną konsekwencję, z jaką spychano ich w to miejsce. Ten stary sukinsyn miał konać setki mil na południe stąd, a w jakiś niezrozumiały sposób znalazł się tutaj. Czekali na nich... Mieliśmy walczyć z jednym, potem z dwoma plemionami, z dwudziestoma pięcioma, trzydziestoma tysiącami konnych. Siły byłyby wyrównane. Ale teraz...? Jest ich dwa razy tyle i mają ile?, dwanaście?, piętnaście tysięcy Jeźdźców Burzy? I z pewnością najpotężniejszych Źrebiarzy, których Ojciec Wojny zawsze trzyma przy sobie. Czterech naszych czarowników z garścią uczniów będzie musiało zmierzyć się z tuzinem albo i więcej szamanów.