Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
— Widziałaś go?
— Gdy kamień wybił mi oko, gdy czerwony wrzask, błysk, płacz, jęk… wszystko naraz wbiło mi się w głowę, zza mgły, tym właśnie nowym okiem, okiem z kamienia, ujrzałam go. Stał po drugiej stronie doliny w bojowej pozie, z bronią w trzech rękach, czwartą miał zaciśniętą w pięść. Wołał mnie. Inni też go widzieli i słyszeli… ciężko ranni albo umierający…
Olbrzymka wzdrygnęła się, zamrugała zdrowym okiem.
— Od wielu lat wysyłaliśmy tam wyprawy. Nasza zaszła najdalej ze wszystkich. Odparły nas wtedy, stworzenia z doliny zmieniły się przez te stulecia. Stały bardziej… zwarte, nie, ten twój język, nieprzydatny do niczego… stały się bardziej prawdziwe, kalekie dusze dopasowały się do kalekich ciał i nagle nie ma już mowy o kalectwie, bo skoro wszystko pasuje… rozumiesz?
— Chyba.
— Atakowały nas zawzięcie, falami, z ziemi i nieba. Nie mogliśmy się przebić. Od tamtego czasu staramy się tylko utrzymać granicę, krąg wokół doliny, walcząc z potworami wychodzącymi ze środka i wysłannikami Dobrych Panów, którzy wbijają nam noże w plecy.
— Ale teraz zdołacie się przebić?
— Nie. Teraz spróbujemy obejść dolinę. I albo nam się uda, albo wymrzemy. Nie od razu, powoli, ale wyginiemy. Bez pomocy Thowetha nie możemy dłużej istnieć.
Key’la zmarszczyła brwi. Ten Thoweth to tylko bóg. Pamiętała, jak traktowano bogów na pograniczu, gdzie strzała bandyty czy koczownika mogła nadlecieć nie wiadomo skąd i w każdym momencie. Ludzie szybko się uczyli, że do ochrony przed nią od najżarliwszej modlitwy lepszy jest solidny pancerz. I własny łuk w garści, żeby odpowiedzieć napastnikowi. Gdy i to nie pomogło, mówili: „Taki los” i żyli dalej.
W wozach mieli oczywiście mały ołtarzyk dla Laal, dziewczynka sama składała na nim bukieciki z własnoręcznie zerwanych kwiatków, czasem zapaliła kadzidełko, czasem się pomodliła, dziecięcą modlitwą, nieskładną i szczerą, ale poza tym… Verdanno pamiętali, że Pani Koni zachowała milczenie w czasie Krwawego Marszu.
Bóg to bóg. Trzeba okazywać mu szacunek, bo może złamać ci życie, ale najlepiej niech się trzyma z daleka.
Usta Ziemi patrzyła na nią z góry. Dziwnym wzrokiem. Smutnym i drapieżnym jednocześnie.
— Pokażę ci.
Odwróciła się i poprowadziła ich dalej w głąb skały. Szli tak jeszcze przez kilkaset kroków, w ciszy zakłócanej tylko pobrzękiwaniem łańcucha spinającego Key’lę i chłopca, aż wreszcie tunel wypluł ich do wnętrza ogromnej jaskini. Ta dziura w ziemi była tak wielka, że Key’la miała wrażenie, jakby wyszli gdzieś na powierzchnię w sam środek bezksiężycowej, pochmurnej nocy. Nie widziała ani przeciwległej ściany, ani zarysu sklepienia. Usta Ziemi nie dała jej czasu na zadziwienie, uniosła wyżej lampę i zrobiła kilka kroków w przód.
Światło rozbłysło złotem, wydobywając z cieni na posadzce jakieś krzaki obrośnięte uschłymi liśćmi, kupki gałązek, kamienie… Olbrzymka stanęła, omiotła okolicę lampą, oczy miała zamknięte.
— Patrz — szepnęła. — Spróbuj zrozumieć.
Key’la patrzyła. Krzaki, gałązki, kamienie… krzaki, gałązki… leżący na granicy światła kamień spojrzał na nią oczodołami wypełnionymi ciemnością, uśmiechnął się drobnymi zębami. Kpił. Krzaki… kupki kości, drobnych, białych, cienkich jak jej palce. Klatki żeber z kawałkami skóry tu i tam, kupki kości, czaszki…
Wszystko drobne, małe, nie większe niż ona. Gdyby umarła tu i teraz, padła trupem i zamieniła się w szkielet, pasowałaby idealnie do tego cmentarzyska.
Tylko jej zęby miałyby mniej ostre kły, a przy żebrach byłoby mniej kości.
Tylko z dwóch rąk.
— Kto…
— Nasze dzieci. Bez rozumnej duszy. Małe zwierzątka, które nigdy nie stałyby się dorosłymi vaihirami. W chwili buntu nasi stwórcy byli jeszcze na tyle potężni, by rzucić na nas klątwę, odbierającą większości naszych nowo narodzonych dzieci dusze. Bo tylko myślący mają dusze, więc ci, którzy ich nie mają, nigdy nie wespną się do poziomu rozumnych. Takie są prawa Wszechrzeczy. A my, no cóż, byliśmy… jesteśmy istotami stworzonymi, a nie wyrosłymi do inteligencji, więc naszym panom było łatwo zepchnąć nas do poziomu zwierząt. Ale wtedy mieliśmy już własnego boga, on przykładał palec do serca nowo narodzonego, oddawał mu kawałek, iskierkę własnego ducha i zastępował brak prawdziwej duszy, odrobiną własnej. Ale teraz Thowetha nie ma już z nami i klątwa odzyskała moc. Zabija nas: nasze myśli, nasze serca.
Key’la nie rozumiała. A właściwie nie chciała sięgnąć po zrozumienie, mimo że widniało tuż przed nią.
Prawda. Ta stara jędza wyszczerzyła się do niej, unosząc zakrwawione pazury, i szepcząc: „A widziałaś wśród nich jakieś dzieci?”.
Kocyk stał za jej plecami bez ruchu, jakby i jego dosięgła groza kamiennej posadzki usianej drobnymi kośćmi. Usta Ziemi wciąż miała zamknięte oczy. Mówiła, nie, raczej strzelała krótkimi zdaniami, jakby pluła krwią:
— Zachodzisz w ciążę, czujesz, jak rośnie w tobie życie. Rodzisz krzycząc. Czasem zazdroszczę wam, że wasze dzieci mają tylko dwie ręce. Tulisz i modlisz się, żeby to było to jedno na cztery czy pięć… Bo klątwa nie zadziałała w pełni i jedno na czworo, czasem jedno na pięcioro dzieci rodzi się z własną duszą. A reszta… Pierwsze dni, płacze, je, śpi, brudzi się, szukasz w twarzy, w spojrzeniu… oznak rozumności. Czasem to trwa, na twoją miarę czasu będzie pół roku, czasem rok, nigdy nie dłużej niż dwa. I potem wiesz… najczęściej wiesz, że urodziłaś zwierzątko.