Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 210
Перейти на страницу:

— Wi­dzia­łaś go?

— Gdy ka­mień wy­bił mi oko, gdy czer­wo­ny wrzask, błysk, płacz, jęk… wszyst­ko na­raz wbi­ło mi się w gło­wę, zza mgły, tym wła­śnie no­wym okiem, okiem z ka­mie­nia, uj­rza­łam go. Stał po dru­giej stro­nie do­li­ny w bo­jo­wej po­zie, z bro­nią w trzech rę­kach, czwar­tą miał za­ci­śnię­tą w pięść. Wo­łał mnie. Inni też go wi­dzie­li i sły­sze­li… cięż­ko ran­ni albo umie­ra­ją­cy…

Ol­brzym­ka wzdry­gnę­ła się, za­mru­ga­ła zdro­wym okiem.

— Od wie­lu lat wy­sy­ła­li­śmy tam wy­pra­wy. Na­sza za­szła naj­da­lej ze wszyst­kich. Od­par­ły nas wte­dy, stwo­rze­nia z do­li­ny zmie­ni­ły się przez te stu­le­cia. Sta­ły bar­dziej… zwar­te, nie, ten twój ję­zyk, nie­przy­dat­ny do ni­cze­go… sta­ły się bar­dziej praw­dzi­we, ka­le­kie du­sze do­pa­so­wa­ły się do ka­le­kich ciał i na­gle nie ma już mowy o ka­lec­twie, bo sko­ro wszyst­ko pa­su­je… ro­zu­miesz?

— Chy­ba.

— Ata­ko­wa­ły nas za­wzię­cie, fa­la­mi, z zie­mi i nie­ba. Nie mo­gli­śmy się prze­bić. Od tam­te­go cza­su sta­ra­my się tyl­ko utrzy­mać gra­ni­cę, krąg wo­kół do­li­ny, wal­cząc z po­two­ra­mi wy­cho­dzą­cy­mi ze środ­ka i wy­słan­ni­ka­mi Do­brych Pa­nów, któ­rzy wbi­ja­ją nam noże w ple­cy.

— Ale te­raz zdo­ła­cie się prze­bić?

— Nie. Te­raz spró­bu­je­my obejść do­li­nę. I albo nam się uda, albo wy­mrze­my. Nie od razu, po­wo­li, ale wy­gi­nie­my. Bez po­mo­cy Tho­we­tha nie mo­że­my dłu­żej ist­nieć.

Key’la zmarsz­czy­ła brwi. Ten Tho­weth to tyl­ko bóg. Pa­mię­ta­ła, jak trak­to­wa­no bo­gów na po­gra­ni­czu, gdzie strza­ła ban­dy­ty czy ko­czow­ni­ka mo­gła nad­le­cieć nie wia­do­mo skąd i w każ­dym mo­men­cie. Lu­dzie szyb­ko się uczy­li, że do ochro­ny przed nią od naj­żar­liw­szej mo­dli­twy lep­szy jest so­lid­ny pan­cerz. I wła­sny łuk w gar­ści, żeby od­po­wie­dzieć na­past­ni­ko­wi. Gdy i to nie po­mo­gło, mó­wi­li: „Taki los” i żyli da­lej.

W wo­zach mie­li oczy­wi­ście mały oł­ta­rzyk dla Laal, dziew­czyn­ka sama skła­da­ła na nim bu­kie­ci­ki z wła­sno­ręcz­nie ze­rwa­nych kwiat­ków, cza­sem za­pa­li­ła ka­dzi­deł­ko, cza­sem się po­mo­dli­ła, dzie­cię­cą mo­dli­twą, nie­skład­ną i szcze­rą, ale poza tym… Ver­dan­no pa­mię­ta­li, że Pani Koni za­cho­wa­ła mil­cze­nie w cza­sie Krwa­we­go Mar­szu.

Bóg to bóg. Trze­ba oka­zy­wać mu sza­cu­nek, bo może zła­mać ci ży­cie, ale naj­le­piej niech się trzy­ma z da­le­ka.

Usta Zie­mi pa­trzy­ła na nią z góry. Dziw­nym wzro­kiem. Smut­nym i dra­pież­nym jed­no­cze­śnie.

— Po­ka­żę ci.

Od­wró­ci­ła się i po­pro­wa­dzi­ła ich da­lej w głąb ska­ły. Szli tak jesz­cze przez kil­ka­set kro­ków, w ci­szy za­kłó­ca­nej tyl­ko po­brzę­ki­wa­niem łań­cu­cha spi­na­ją­ce­go Key’lę i chłop­ca, aż wresz­cie tu­nel wy­pluł ich do wnę­trza ogrom­nej ja­ski­ni. Ta dziu­ra w zie­mi była tak wiel­ka, że Key’la mia­ła wra­że­nie, jak­by wy­szli gdzieś na po­wierzch­nię w sam śro­dek bez­k­się­ży­co­wej, po­chmur­nej nocy. Nie wi­dzia­ła ani prze­ciw­le­głej ścia­ny, ani za­ry­su skle­pie­nia. Usta Zie­mi nie dała jej cza­su na za­dzi­wie­nie, unio­sła wy­żej lam­pę i zro­bi­ła kil­ka kro­ków w przód.

Świa­tło roz­bły­sło zło­tem, wy­do­by­wa­jąc z cie­ni na po­sadz­ce ja­kieś krza­ki ob­ro­śnię­te uschły­mi li­ść­mi, kup­ki ga­łą­zek, ka­mie­nie… Ol­brzym­ka sta­nę­ła, omio­tła oko­li­cę lam­pą, oczy mia­ła za­mknię­te.

— Patrz — szep­nę­ła. — Spró­buj zro­zu­mieć.

Key’la pa­trzy­ła. Krza­ki, ga­łąz­ki, ka­mie­nie… krza­ki, ga­łąz­ki… le­żą­cy na gra­ni­cy świa­tła ka­mień spoj­rzał na nią oczo­do­ła­mi wy­peł­nio­ny­mi ciem­no­ścią, uśmiech­nął się drob­ny­mi zę­ba­mi. Kpił. Krza­ki… kup­ki ko­ści, drob­nych, bia­łych, cien­kich jak jej pal­ce. Klat­ki że­ber z ka­wał­ka­mi skó­ry tu i tam, kup­ki ko­ści, czasz­ki…

Wszyst­ko drob­ne, małe, nie więk­sze niż ona. Gdy­by umar­ła tu i te­raz, pa­dła tru­pem i za­mie­ni­ła się w szkie­let, pa­so­wa­ła­by ide­al­nie do tego cmen­ta­rzy­ska.

Tyl­ko jej zęby mia­ły­by mniej ostre kły, a przy że­brach by­ło­by mniej ko­ści.

Tyl­ko z dwóch rąk.

— Kto…

— Na­sze dzie­ci. Bez ro­zum­nej du­szy. Małe zwie­rząt­ka, któ­re ni­g­dy nie sta­ły­by się do­ro­sły­mi va­ihi­ra­mi. W chwi­li bun­tu nasi stwór­cy byli jesz­cze na tyle po­tęż­ni, by rzu­cić na nas klą­twę, od­bie­ra­ją­cą więk­szo­ści na­szych nowo na­ro­dzo­nych dzie­ci du­sze. Bo tyl­ko my­ślą­cy mają du­sze, więc ci, któ­rzy ich nie mają, ni­g­dy nie we­sp­ną się do po­zio­mu ro­zum­nych. Ta­kie są pra­wa Wszech­rze­czy. A my, no cóż, by­li­śmy… je­ste­śmy isto­ta­mi stwo­rzo­ny­mi, a nie wy­ro­sły­mi do in­te­li­gen­cji, więc na­szym pa­nom było ła­two ze­pchnąć nas do po­zio­mu zwie­rząt. Ale wte­dy mie­li­śmy już wła­sne­go boga, on przy­kła­dał pa­lec do ser­ca nowo na­ro­dzo­ne­go, od­da­wał mu ka­wa­łek, iskier­kę wła­sne­go du­cha i za­stę­po­wał brak praw­dzi­wej du­szy, odro­bi­ną wła­snej. Ale te­raz Tho­we­tha nie ma już z nami i klą­twa od­zy­ska­ła moc. Za­bi­ja nas: na­sze my­śli, na­sze ser­ca.

Key’la nie ro­zu­mia­ła. A wła­ści­wie nie chcia­ła się­gnąć po zro­zu­mie­nie, mimo że wid­nia­ło tuż przed nią.

Praw­da. Ta sta­ra ję­dza wy­szcze­rzy­ła się do niej, uno­sząc za­krwa­wio­ne pa­zu­ry, i szep­cząc: „A wi­dzia­łaś wśród nich ja­kieś dzie­ci?”.

Ko­cyk stał za jej ple­ca­mi bez ru­chu, jak­by i jego do­się­gła gro­za ka­mien­nej po­sadz­ki usia­nej drob­ny­mi ko­ść­mi. Usta Zie­mi wciąż mia­ła za­mknię­te oczy. Mó­wi­ła, nie, ra­czej strze­la­ła krót­ki­mi zda­nia­mi, jak­by plu­ła krwią:

— Za­cho­dzisz w cią­żę, czu­jesz, jak ro­śnie w to­bie ży­cie. Ro­dzisz krzy­cząc. Cza­sem za­zdrosz­czę wam, że wa­sze dzie­ci mają tyl­ko dwie ręce. Tu­lisz i mo­dlisz się, żeby to było to jed­no na czte­ry czy pięć… Bo klą­twa nie za­dzia­ła­ła w peł­ni i jed­no na czwo­ro, cza­sem jed­no na pię­cio­ro dzie­ci ro­dzi się z wła­sną du­szą. A resz­ta… Pierw­sze dni, pła­cze, je, śpi, bru­dzi się, szu­kasz w twa­rzy, w spoj­rze­niu… oznak ro­zum­no­ści. Cza­sem to trwa, na two­ją mia­rę cza­su bę­dzie pół roku, cza­sem rok, ni­g­dy nie dłu­żej niż dwa. I po­tem wiesz… naj­czę­ściej wiesz, że uro­dzi­łaś zwie­rząt­ko.

1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)