Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Rozmowa w „Katedrze”». Краткое содержание книги:

Rozmowa w Katedrze to niezwykła historia ludzi żyjących w Peru, w latach 50., w czasie dyktatury wojskowej, której przywódcą był generał Manuel Apolinario Odría.Akcja książki rozgrywa się na kilku płaszczyznach ujawniających kulisy i mechanizmy władzy dyktatora jak i jej wpływ na życie zwykłych ludzi. W popularnym barze o znaczącej nazwie Katedraa spotykają się Santiago Zavala, który wyrwał się spod władzy lojalnego wobec rządu ojca, Ambrosio człowiek ze społecznych nizin, znajomy Cayo Bemudeza bliskiego współpracownika prezydenta. Rozmowa, uznawana jest za najważniejsze dzieło Vargasa Llosy. Sam Autor mówi o niej w ten sposób: żadna inna powieść nie przysporzyła mi tak wiele trudu. Dlatego gdybym musiał kiedyś uratować coś z pożaru, wyniósłbym właśnie tę książkę.
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 163
Перейти на страницу:

– Jak się masz z czego cieszyć, to zaraz ozdrowiałeś – powiedział Ambrosio. – Kiedy cię wypiszą?

– Nie ma pośpiechu, Ludovico – powiedział pan Lozano. – Spokojnie się kuruj i pomyśl sobie, że to, coś przeleżał w szpitalu, to jakby urlop. Nie możesz narzekać. Cały dzień śpisz, przynoszą ci jedzenie do łóżka.

– To nie takie piękne, jakby się zdawało, proszę pana – powiedział Ludovico. – Sam pan wie, póki tu jestem, to nic nie zarabiam, nie?

– Dostaniesz pensję za cały ten czas, co tu jesteś – powiedział pan Lozano. – Zasłużyłeś sobie, Ludovico.

– Bo my bierzemy pieniążki od każdej roboty, proszę pana – powiedział Ludovico. – Ja nie jestem na etacie, niech pan nie zapomina.

– Już jesteś – powiedział pan Lozano. – Ludovico Pantoja, Oficer Trzeciego Oddziału, Sekcja Zabójstw. No co, jak ci się podoba?

– Mało go nie pocałowałem w rękę, Ambrosio – powiedział Ludovico. – Naprawdę, proszę pana, naprawdę mnie wzięli na etat?

– Mówiłem o tobie z nowym ministrem, a major umie ocenić dobrą służbę – powiedział pan Lozano. – W ciągu dwudziestu czterech godzin dostaniesz nominację. Przyszedłem ci pogratulować.

– Bardzo przepraszam – powiedział Ludovico. – Okropnie mi wstyd, proszę pana. Ale tak się wzruszyłem tą wiadomością.

– Co tam, popłacz sobie, nie wstydź się – powiedział pan Lozano. – Widzę, że masz serce do tej służby, to bardzo dobrze, Ludovico.

– Racja, trzeba to oblać, bracie – powiedział Ambrosio. – Skoczę po butelkę. Żeby mnie tylko pielęgniarki nie nakryły.

– Senator Arévalo musi być zły, no nie, proszę pana? – powiedział Ludovico. – Jego ludziom najbardziej się dostało. Dwóch mu zabili, jeden pokiereszowany.

– O tym to ty lepiej zapomnij, Ludovico – powiedział pan Lozano.

– Jak mam zapomnieć, proszę pana – powiedział Ludovico. – Nie widzi pan, jak mnie zrobili? Takie wcieranie to się pamięta na całe życie.

– Nie chcesz zapomnieć? To po co ja się starałem, żeby cię wcielili do służby? – powiedział pan Lozano. – Nic nie zrozumiałeś, Ludovico.

– Aż mnie pan nastraszył – powiedział Ludovico. – A co to ja mam zrozumieć?

– Że jesteś oficerem śledczym, tak samo jak ci, co są po szkole – powiedział pan Lozano. – A oficer nigdy nie mógł pracować jako płatny goryl, Ludovico.

– Do pracy? – powiedział don Emilio Arévalo. – Teraz musisz nabrać sił, Tellez. Kilka tygodni razem z rodziną, za pełną dniówkę. Jak już ci się wszystko zagoi bez śladu, to dopiero wtedy wrócisz do pracy.

– Takie rzeczy to robią te nieboraki bez żadnego przygotowania – powiedział pan Lozano. – A ty nigdy nie byłeś gorylem, miałeś ważniejsze prace. Tak stoi w twoich dokumentach. A może chcesz, żebym wszystko przekreślił i żebyś znowu był płatny od każdej roboty?

– Nie ma za co, nie dziękuj, synu – powiedział don Emilio Arévalo. – Wy jesteście dla mnie dobrzy, to i ja dla was też, Tełlez.

– To już teraz rozumiem, proszę pana – powiedział Ludovico. – Bardzo przepraszam, nie zdawałem sobie sprawy. Nigdy nie byłem na dorywczych robotach, nigdy nie byłem w Arequipie.

– Bo ktoś by mógł zaprotestować, powiedzieć on nie ma prawa do etatu – rzekł pan Lozano. – No więc zapomnij o tym, Ludovico.

– Już zapomniałem, don Emilio – powiedział Tełlez. – Nigdy się nie ruszałem z lea, a nogę złamałem, jakem wsiadał na muła. Pan nawet nie wie, jak mi się przydadzą te pieniądze, don Emilio.

– Pucallpa z dwóch powodów, Ambrosio – powiedział Ludovico. – Raz, że tam jest najgorszy posterunek policji w całym Peru. A po drugie dlatego, że ja tam mam kuzyna, który ci może dać pracę. Ma firmę przewozową. No widzisz, bracie, wszystko ci podaję jak na tacy.

CZTERY

I

– Bimbambom? Te tancerki? – mówi Ambrosio. – Nigdy ich nie widziałem. Dlaczego pan pyta, paniczu?

Myśli: Anna, wyścigi, dziewczyny z zespołu Bimbambom, wściekła miłosna szarpanina Carlitosa i Chinki, śmierć starego, pierwsze siwe włosy: dwa, trzy, dziesięć lat, Zavalita. Czy to te łobuzy z „Ostatnich Wiadomości” pierwsi wykorzystali totalizatora jako źródło sensacyjnych nowin? Nie, to tamci z „La Prensa”. To był nowy zakład i na początku wszyscy starzy wyjadacze pozostawali wierni dubletom. Ale którejś niedzieli jeden drukarz miał dziewięć trafień na dziesięć zwycięskich koni i wygrał sto tysięcy solów. „La Prensa” zrobiła z nim wywiad: uśmiechnięty, w rodzinnym gronie, z kieliszkiem w ręku, nad stolikiem zastawionym butelkami, na kolanach przed cudownym Chrystusem. W następnym tygodniu liczba zakładów totalizatora podwoiła się i „Ostatnie Wiadomości” umieściły na pierwszej stronie fotografię dwóch kupców z Ica radośnie potrząsających wygraną, a jeszcze w tydzień później czterysta tysięcy solów wygrał, sam jeden, pewien rybak z Callao, który w młodości stracił oko w pijackiej bójce. Zakłady rosły i redakcje gazet zaczęły polować na szczęśliwców, którym się trafiła wygrana. Arispe odkomenderował Carlitosa do zbierania informacji z wyścigów i po trzech tygodniach „Kronika” pozostała daleko w tyle za innymi: Zavalita, będzie się pan musiał tym zająć, Garlitos ma same niewypały. Myśli: gdyby nie wyścigi, nie miałbyś wypadku i może do dziś byłbyś kawalerem, Zavalita. Ale był nawet zadowolony z nowej misji, nie miał dużo roboty, a że obowiązki jego były dość niesprecyzowane, mógł urwać dla siebie sporo czasu. W sobotę wieczór musiał warować w centrali Jockey Clubu, żeby sprawdzić, jak dalece rosną zakłady, a w nocy z niedzieli na poniedziałek już wiedziano, czy zdobywca nagrody był jeden, czy też było ich kilku, i w jakim biurze została sprzedana premiowana fiszka. Wtedy zaczynała się pogoń za wybrańcem fortuny. W poniedziałki i wtorki na redakcję spadał deszcz telefonów od oficjalnych informatorów i trzeba było, razem z Periquitem, jeździć po całym mieście i sprawdzać.

– Tak mi się przypomniało, jak popatrzyłem na tę wypacykowaną babkę, o tam – mówi Santiago. – Podobna do jednej z tych Bimbambom, nazywała się Ada Rosa.

Pod pretekstem śledzenia zwycięzców w totalizatorze mogłeś wyskoczyć z redakcji, Zavalita, iść do kina, na kawę z kumplami z innych gazet albo towarzyszyć Carlitosowi, który właśnie pisał cykl reportaży o zespole tanecznym utworzonym przez impresaria Pedrita Aguirre – w tym zespole występowała Chinka. Myśli: dziewczyny z Bimbambom. Dotychczas bywał tylko od czasu do czasu zakochany, myśli, ale wtedy spadło to na niego jak zaraza, miłość do Chinki to była choroba. Dla niej robił reklamę zespołowi Bimbambom i wypisywał pełne entuzjazmu artystyczno-patriotyczne impresje, które umieszczał w rubryce teatralnej: dlaczego mamy się zadowalać tancerkami z Kuby i z Chile, tymi artystkami podrzędnej klasy? przecież mamy w Peru utalentowane dziewczęta, które mogą zabłysnąć jako gwiazdy pierwszej wielkości. Bez wahania narażał się dla niej na śmieszność: trzeba im tylko dać okazję, trzeba im aplauzu, to przecież sprawa naszego prestiżu narodowego, biegnijmy więc obejrzeć debiut zespołu Bimbambom. Razem z Norwinem, Solórzanem, Periquitem chodzili do teatru Monumental oglądać próby, a tam była Chinka, Zavalita, jej nieokiełznane ciało o wyzywających pośladkach, jej bezczelna, łobuzerska twarz, jej złe oczy, jej chropowaty głos. Siedząc w zakurzonych, zapchlonych krzesłach parteru, widzieli, jak się kłóci z pedrylowatym choreografem Tabarinem, ogłuszeni rytmami mam-bo, rumby, huarachy, ścigali ją wzrokiem wśród chaosu panującego na scenie: ta jest najlepsza ze wszystkich, Garlitos, brawo, Garlitos. Kiedy Bimbambom zaczęły występować w teatrach i kabaretach, zdjęcie Chinki co najmniej raz na tydzień pojawiało się w rubryce teatralnej, opatrzone wynoszącym ją pod niebo komentarzem. Czasami, po załatwieniu swoich spraw, Santiago szedł razem z Carlitosem i Chinką na kolację do Parral albo na kielicha do jakiegoś żałosnego baru na świeżym powietrzu. W tym czasie zakochani żyli ze sobą; bardzo dobrze i pewnego wieczoru, w „Negro-Negro”, Garlitos położył rękę na ramieniu Santiago: przechodzimy trudną próbę, Zavalita, trzy miesiące bez jednej burzy, jeszcze w końcu się z nią ożenię. A innego wieczora, już zalany: przez cały ten czas byłem szczęśliwy, Zavalita. Ale przyszły i awantury, kiedy zespół Bimbambom się rozleciał, a Chinka zaczęła tańczyć w „Pingwinie”, kabarecie, który otworzył w śródmieściu Pedrito Aguirre. Wieczorami, po wyjściu z „Kroniki”, Garlitos ciągnął Santiago w podcienia placu San Martin, na Ocoña, w lepki krąg, którego smutną ozdobą był „Pingwin”. Pedrito Aguirre wpuszczał ich zawsze za darmo, dawał im piwo po obniżonej cenie i zgadzał się na kredyt. Siedząc za barem obserwowali doświadczonych nocnych piratów podrywających tancerki. Posyłali im karteczki przez kelnerów, sadzali je przy swoich stolikach. Czasem, kiedy się zjawiali, Chinki już nie było i Pedrito Aguirre poufale klepał Carlitosa po plecach: źle się czuła, poszła odprowadzić Adę Rosę, dostała wiadomość, że jej matka jest w szpitalu. Kiedy indziej zastawali ją przy dyskretnie ukrytym stoliku w głębi sali, wysłuchującą tokowania jakiegoś króla półświatka, albo w półmroku, obok podstarzałego eleganta o srebrnych baczkach, albo w tańcu, w ramionach młodego Apollina. I wtedy zmieniona twarz Carlitosa: ona to ma w umowie, Zavalita, musi być grzeczna dla klientów, lub, widząc, co się dzieje, chodźmy poszaleć, Zavalita, albo: chodzę z nią przez czysty masochizm, Zavalita. Od tego czasu miłość tych dwojga toczyła się znowu w dawnym okrutnym rytmie przeprosin i zerwań, skandali i publicznego okładania pięściami. W chwilach wolnych od romansowania z Carlitosem Chinka afiszowała się z bogatymi adwokatami, z bezczelnymi młokosami z dobrych rodzin, z chorymi na wątrobę kupcami. Bierze, co podleci, nawet ojców rodzin, syczał jadowicie Becerrita, to już nie prostytucja, to powołanie do cudzołóstwa. Ale kłócili się tylko kilka dni i w końcu zawsze Chinka dzwoniła do „Kroniki”. Wtedy te ironiczne uśmieszki w redakcji, to złośliwe robienie oka znad maszynopisów, podczas gdy Garlitos, z podkrążonymi oczami, niemal całował słuchawkę, a jego wargi poruszały się z pokorą i nadzieją. Chinka wykończyła go finansowo, ciągle pożyczał od kogo się dało, a wierzyciele z jego wekslami nachodzili go nawet w redakcji. W „Negro-Negro” cofnęli mu kredyt, myśli, a tobie, Zavalita, jest do dziś winien co najmniej tysiąc solów. Myśli: dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. Wspomnienia pękające jak wydmuchiwane przez Teté baloniki z gumy do żucia, nietrwałe jak odbarwione wraz z upływem czasu reportaże z wyścigów, Zavalita, niepotrzebne jak kartki wrzucane co noc do wiklinowego kosza na śmieci.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 163
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)