Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Korel-dus-Oderah strzelił właśnie w najbliższego stwora i walcząc z cięciwą kuszy, patrzył na dowódcę w napięciu. Na dole strażnicy ponownie starli się z potworami, cięli, kłuli i walili obuchami w jakiejś dziwacznej parodii bitwy. Bo przecież walczyli ze zwierzętami, z przeciwnikiem uzbrojonym w kły i pazury, a zwierzęta nie atakują ludzi w taki zawzięty i skoordynowany sposób.
Lecz nim Kenneth podjął decyzję, trzy najpotężniejsze bestie, każda wielkości niedźwiedzia, oderwały się od głównej grupy i zataczając koło, zaczęły się rozpędzać. Zrozumienie, do czego zmierzają, przyszło do porucznika w chwili, gdy zawróciły i przyspieszając, ruszyły na żołnierzy.
— Zabić je!
Wydał rozkaz za późno, zresztą wyglądało na to, że garść bełtów z kusz to za mało, by powalić te największe potwory. Trzy ważące po kilkaset funtów żywe pociski po prostu wpadły na ścianę tarcz i rozbiły ją swoją masą.
A zaraz za nimi ruszyła reszta. W okamgnieniu pod kasztelem powstało coraz bardziej krwawe kłębowisko ciał.
Nur był pierwszy. Po prostu rzucił kuszę, złapał linę i zsunął się w dół. Już z wyciągniętym z pochwy kordem spadł na grzbiet jakiegoś potwora i jednym ruchem odciął łeb od reszty ciała.
Reszta poszła za nim, zjeżdżali na dół i z poranionymi od lin dłońmi z marszu wpadali w wir rzezi. Kenneth sam nie wiedział, jak się tam znalazł, nagle zakłębiły się wokół niego szare ciała, kły, zęby, płynęła posoka. Odepchnął najbliższego stwora tarczą, poprawił mieczem, jakieś pazury zaczepiły o jego kolczugę i spróbowały ściągnąć go na kolana, ale wtedy poczuł świst za plecami i potężny topór odrąbał łapę atakującego.
Kenneth przyjął cios szponiastej łapy na tarczę, impet omal go nie przewrócił, i skontrował uderzeniem z góry. Pokryty szarą skórą łeb poddał się, opryskując rudą brodę porucznika galaretowatą mazią.
I nagle atak się skończył. Te bestie, które jeszcze stały na nogach, zawróciły i zaczęły uciekać. Szczeliny i pęknięcia w pokładzie połknęły je jedną po drugiej.
Velergorf odkleił się od pleców dowódcy i potężnym, oburęcznym uderzeniem topora odrąbał łeb jednemu z niedźwiedziowatych stworów, który skłuty mieczami i włóczniami, jeszcze się ruszał.
Splunął na ścierwo, otarł zakrwawioną twarz.
— Zabrały czterech naszych, panie poruczniku. Alentha, Pazura, Otha i Aesa. Zawlokły ich na dół, a oni jeszcze żyli.
Rozdział 26
Usta Ziemi poprowadziła ich wąskim korytarzem w głąb góry. Głęboko w trzewia ziemi. Szli gęsiego, najpierw vaihirska kobieta, potem Key’la, na końcu Kocyk. Korytarz był tak wąski, że ich przewodniczka przeciskała się niekiedy bokiem, ale dla dziewczynki i chłopaka miejsca było dość.
Zeszli tak głęboko, że w pewnym momencie Key’la zorientowała się, że otaczające ich skały nie są już tą czarną, obsydianową masą, którą były wyżej; stały się zwykłe, szare, brązowe, poprzecinane różnymi żyłami, spękane, swojskie.
Dotknęła ściany, brudząc palce, powąchała. Kamień. Zwyczajny kamień.
— Tak głęboko zmiana nie sięgnęła. — Przewodniczka najwyraźniej miała z tyłu głowy dodatkowe oko. — Kiedyś wszędzie były takie skały, na górze też. Kamienie różnych barw, różnej twardości, rudy metali… Wiesz, jak zrobiliśmy nasze tarasy? Te, na których rosną trawa i drzewa? Kopaliśmy głęboko, bardzo głęboko, aż do takich skał jak te, potem wydobywaliśmy je na powierzchnię, kruszyliśmy, mieszaliśmy z nawozem i dopiero taką niby-ziemią wypełnialiśmy jamy na zboczach doliny. Stąd też mamy płyty chodnikowe w różnych kolorach.
— To musiała być ciężka praca.
Trzymana przez Usta Ziemi lampa zamigotała, gdy kobieta wzruszyła ramionami.
— Mieliśmy boga, mieliśmy moc. Było nas więcej. Dobrzy Panowie nie przeszkadzali. Nawet czasem pomogli. Wtedy wszyscy się bali tego, co może nadejść ze środka, z miejsca, gdzie Niszczycielka rozbiła jedno z Asfhro Doeynn. Księgę Świata. I wypuściła z niej chore, kalekie, niepełne lub przepełne stworzenia.
— Przepełne?
— Takie, które są czymś więcej, niż być powinny: psy o skórze jak łuska, ptaki z ludzkimi twarzami na wężowych szyjach, węże z nogami, kolcostwory, piórostwory i inne. Pomieszane ciała i duchy. Oszalałe ze strachu, czujące, że coś jest z nimi nie tak, że nie są tym, czym być powinny. Ich wspomnienia nie zgadzały się z resztą. Dzika Moc została uwolniona w takiej ilości, że zamieniła się w chaotyczną pięść, orzącą świat pazurami niemożliwego. Kontratakowano. Ci, którzy mieli własną Moc, rzucili ją przeciw tej drugiej. Nasz bóg i inni. Płonęły nawet powietrze i woda. Znikły miasta, wioski, drogi. Wszystko. Na ziemi pozostała wielka, okrągła plama czerni. Nikt nie wie, jaka jest wielka. Może zajmuje setki mil? Inne Księgi rezonowały… wiesz, co to znaczy?
— Nie.
— Jak wetkniesz w dziurę w ziemi dwa jednakowe miecze i uderzysz w klingę jednego, drugi też zacznie drżeć. Zaśpiewa wspólną pieśń. Magia też rezonuje, Moc jest wrażliwa na wspólne melodie. Nieważne. Ważne jest, że największe zniszczenia, największa plama na obliczu świata tkwi tutaj. A vaihirowie… my i nasz bóg złożyliśmy przysięgę, że będziemy strzec jej granicy.
Ukłucie ciekawości było jak dźgnięcie szpilą.
— A poza nią? Co jest?
Kolejne wzruszenie ramionami rozkołysało cienie na ścianach. Usta Ziemi zatrzymała się, odwróciła do nich. Jej twarz, malowana chwiejnym światłem lampy, wydawała się mniej ludzka, bardziej zwierzęca i dzika niż wcześniej.
— Tam dalej żyli… żyją inni, tacy jak my… Rozbitkowie, którzy nie mieli wyboru ani nawet kawałka własnego świata. Głównie ludzie, jakby dla żartu. Żyli tu razem z nami, czasem walczyliśmy, częściej piliśmy wino. Nie było dla nich miejsca poza Mrokiem, więc kazano im wegetować tutaj. Część wymarła, Amulen’drech, ka’sui, Plohh. Ten świat… Jest w nim coś takiego, że niektórych z siebie strząsa. Tam dalej znajdowały się też inne Księgi Świata. I odpowiedziały na zniszczenie ich siostry, niektóre popękały, inne wynurzyły się na powierzchnię, siejąc pamięcią niestworzonych światów. Zatrzymano je, ledwo-ledwo, choć nadal wypaczają wszystko wokół. Teraz nie wiemy, co znajduje się dalej, Nie wiemy, ilu naszych sąsiadów przeżyło, nie zapuszczamy się tam. To wiele, wiele cykli wędrówki, a nas jest za mało, by walczyć o resztę świata. Całą energię koncentrujemy na wojnie tutaj, walkach z tym, co wychodzi z Vawenn’obleris, hm, to akurat mogę dokładnie przetłumaczyć, Dolina Żalu, tak to będzie brzmiało w twoim języku. Byłam tam raz, jako młoda wojowniczka. — Usta Ziemi dotknęła czarnej kuli w oczodole. — Wymieniłam się wtedy ze światem, oko za oko. Dolina jest tak wielka, że po horyzont nie widać jej granic. Pośrodku stoi słup, wysoki na setki kroków, podobno na tym słupie wasi bogowie uwięzili Niszczycielkę. Na wieczność. Siedzi w komnacie z kryształu i patrzy na to, co zrobiła. Cały czas. Nie śpiąc, nie jedząc, nie mogąc nawet na chwilę zamknąć oczu. Widziałam ten słup, z daleka. A za słupem, na granicy Vawenn’obleris stoi nasz bóg, schwytany w pułapkę.