Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 210
Перейти на страницу:

Ko­rel-dus-Ode­rah strze­lił wła­śnie w naj­bliż­sze­go stwo­ra i wal­cząc z cię­ci­wą ku­szy, pa­trzył na do­wód­cę w na­pię­ciu. Na dole straż­ni­cy po­now­nie star­li się z po­two­ra­mi, cię­li, kłu­li i wa­li­li obu­cha­mi w ja­kiejś dzi­wacz­nej pa­ro­dii bi­twy. Bo prze­cież wal­czy­li ze zwie­rzę­ta­mi, z prze­ciw­ni­kiem uzbro­jo­nym w kły i pa­zu­ry, a zwie­rzę­ta nie ata­ku­ją lu­dzi w taki za­wzię­ty i sko­or­dy­no­wa­ny spo­sób.

Lecz nim Ken­neth pod­jął de­cy­zję, trzy naj­po­tęż­niej­sze be­stie, każ­da wiel­ko­ści niedź­wie­dzia, ode­rwa­ły się od głów­nej gru­py i za­ta­cza­jąc koło, za­czę­ły się roz­pę­dzać. Zro­zu­mie­nie, do cze­go zmie­rza­ją, przy­szło do po­rucz­ni­ka w chwi­li, gdy za­wró­ci­ły i przy­spie­sza­jąc, ru­szy­ły na żoł­nie­rzy.

— Za­bić je!

Wy­dał roz­kaz za póź­no, zresz­tą wy­glą­da­ło na to, że garść beł­tów z kusz to za mało, by po­wa­lić te naj­więk­sze po­two­ry. Trzy wa­żą­ce po kil­ka­set fun­tów żywe po­ci­ski po pro­stu wpa­dły na ścia­nę tarcz i roz­bi­ły ją swo­ją masą.

A za­raz za nimi ru­szy­ła resz­ta. W oka­mgnie­niu pod kasz­te­lem po­wsta­ło co­raz bar­dziej krwa­we kłę­bo­wi­sko ciał.

Nur był pierw­szy. Po pro­stu rzu­cił ku­szę, zła­pał linę i zsu­nął się w dół. Już z wy­cią­gnię­tym z po­chwy kor­dem spadł na grzbiet ja­kie­goś po­two­ra i jed­nym ru­chem od­ciął łeb od resz­ty cia­ła.

Resz­ta po­szła za nim, zjeż­dża­li na dół i z po­ra­nio­ny­mi od lin dłoń­mi z mar­szu wpa­da­li w wir rze­zi. Ken­neth sam nie wie­dział, jak się tam zna­lazł, na­gle za­kłę­bi­ły się wo­kół nie­go sza­re cia­ła, kły, zęby, pły­nę­ła po­so­ka. Ode­pchnął naj­bliż­sze­go stwo­ra tar­czą, po­pra­wił mie­czem, ja­kieś pa­zu­ry za­cze­pi­ły o jego kol­czu­gę i spró­bo­wa­ły ścią­gnąć go na ko­la­na, ale wte­dy po­czuł świst za ple­ca­mi i po­tęż­ny to­pór od­rą­bał łapę ata­ku­ją­ce­go.

Ken­neth przy­jął cios szpo­nia­stej łapy na tar­czę, im­pet omal go nie prze­wró­cił, i skon­tro­wał ude­rze­niem z góry. Po­kry­ty sza­rą skó­rą łeb pod­dał się, opry­sku­jąc rudą bro­dę po­rucz­ni­ka ga­la­re­to­wa­tą ma­zią.

I na­gle atak się skoń­czył. Te be­stie, któ­re jesz­cze sta­ły na no­gach, za­wró­ci­ły i za­czę­ły ucie­kać. Szcze­li­ny i pęk­nię­cia w po­kła­dzie po­łknę­ły je jed­ną po dru­giej.

Ve­ler­gorf od­kle­ił się od ple­ców do­wód­cy i po­tęż­nym, obu­ręcz­nym ude­rze­niem to­po­ra od­rą­bał łeb jed­ne­mu z niedź­wie­dzio­wa­tych stwo­rów, któ­ry skłu­ty mie­cza­mi i włócz­nia­mi, jesz­cze się ru­szał.

Splu­nął na ścier­wo, otarł za­krwa­wio­ną twarz.

— Za­bra­ły czte­rech na­szych, pa­nie po­rucz­ni­ku. Alen­tha, Pa­zu­ra, Otha i Aesa. Za­wlo­kły ich na dół, a oni jesz­cze żyli.

Rozdział 26

Usta Zie­mi po­pro­wa­dzi­ła ich wą­skim ko­ry­ta­rzem w głąb góry. Głę­bo­ko w trze­wia zie­mi. Szli gę­sie­go, naj­pierw va­ihir­ska ko­bie­ta, po­tem Key’la, na koń­cu Ko­cyk. Ko­ry­tarz był tak wą­ski, że ich prze­wod­nicz­ka prze­ci­ska­ła się nie­kie­dy bo­kiem, ale dla dziew­czyn­ki i chło­pa­ka miej­sca było dość.

Ze­szli tak głę­bo­ko, że w pew­nym mo­men­cie Key’la zo­rien­to­wa­ła się, że ota­cza­ją­ce ich ska­ły nie są już tą czar­ną, ob­sy­dia­no­wą masą, któ­rą były wy­żej; sta­ły się zwy­kłe, sza­re, brą­zo­we, po­prze­ci­na­ne róż­ny­mi ży­ła­mi, spę­ka­ne, swoj­skie.

Do­tknę­ła ścia­ny, bru­dząc pal­ce, po­wą­cha­ła. Ka­mień. Zwy­czaj­ny ka­mień.

— Tak głę­bo­ko zmia­na nie się­gnę­ła. — Prze­wod­nicz­ka naj­wy­raź­niej mia­ła z tyłu gło­wy do­dat­ko­we oko. — Kie­dyś wszę­dzie były ta­kie ska­ły, na gó­rze też. Ka­mie­nie róż­nych barw, róż­nej twar­do­ści, rudy me­ta­li… Wiesz, jak zro­bi­li­śmy na­sze ta­ra­sy? Te, na któ­rych ro­sną tra­wa i drze­wa? Ko­pa­li­śmy głę­bo­ko, bar­dzo głę­bo­ko, aż do ta­kich skał jak te, po­tem wy­do­by­wa­li­śmy je na po­wierzch­nię, kru­szy­li­śmy, mie­sza­li­śmy z na­wo­zem i do­pie­ro taką niby-zie­mią wy­peł­nia­li­śmy jamy na zbo­czach do­li­ny. Stąd też mamy pły­ty chod­ni­ko­we w róż­nych ko­lo­rach.

— To mu­sia­ła być cięż­ka pra­ca.

Trzy­ma­na przez Usta Zie­mi lam­pa za­mi­go­ta­ła, gdy ko­bie­ta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

— Mie­li­śmy boga, mie­li­śmy moc. Było nas wię­cej. Do­brzy Pa­no­wie nie prze­szka­dza­li. Na­wet cza­sem po­mo­gli. Wte­dy wszy­scy się bali tego, co może na­dejść ze środ­ka, z miej­sca, gdzie Nisz­czy­ciel­ka roz­bi­ła jed­no z As­fh­ro Do­eynn. Księ­gę Świa­ta. I wy­pu­ści­ła z niej cho­re, ka­le­kie, nie­peł­ne lub prze­peł­ne stwo­rze­nia.

— Prze­peł­ne?

— Ta­kie, któ­re są czymś wię­cej, niż być po­win­ny: psy o skó­rze jak łu­ska, pta­ki z ludz­ki­mi twa­rza­mi na wę­żo­wych szy­jach, węże z no­ga­mi, kol­co­stwo­ry, pió­ro­stwo­ry i inne. Po­mie­sza­ne cia­ła i du­chy. Osza­la­łe ze stra­chu, czu­ją­ce, że coś jest z nimi nie tak, że nie są tym, czym być po­win­ny. Ich wspo­mnie­nia nie zga­dza­ły się z resz­tą. Dzi­ka Moc zo­sta­ła uwol­nio­na w ta­kiej ilo­ści, że za­mie­ni­ła się w cha­otycz­ną pięść, orzą­cą świat pa­zu­ra­mi nie­moż­li­we­go. Kontr­ata­ko­wa­no. Ci, któ­rzy mie­li wła­sną Moc, rzu­ci­li ją prze­ciw tej dru­giej. Nasz bóg i inni. Pło­nę­ły na­wet po­wie­trze i woda. Zni­kły mia­sta, wio­ski, dro­gi. Wszyst­ko. Na zie­mi po­zo­sta­ła wiel­ka, okrą­gła pla­ma czer­ni. Nikt nie wie, jaka jest wiel­ka. Może zaj­mu­je set­ki mil? Inne Księ­gi re­zo­no­wa­ły… wiesz, co to zna­czy?

— Nie.

— Jak we­tkniesz w dziu­rę w zie­mi dwa jed­na­ko­we mie­cze i ude­rzysz w klin­gę jed­ne­go, dru­gi też za­cznie drżeć. Za­śpie­wa wspól­ną pieśń. Ma­gia też re­zo­nu­je, Moc jest wraż­li­wa na wspól­ne me­lo­die. Nie­waż­ne. Waż­ne jest, że naj­więk­sze znisz­cze­nia, naj­więk­sza pla­ma na ob­li­czu świa­ta tkwi tu­taj. A va­ihi­ro­wie… my i nasz bóg zło­ży­li­śmy przy­się­gę, że bę­dzie­my strzec jej gra­ni­cy.

Ukłu­cie cie­ka­wo­ści było jak dźgnię­cie szpi­lą.

— A poza nią? Co jest?

Ko­lej­ne wzru­sze­nie ra­mio­na­mi roz­ko­ły­sa­ło cie­nie na ścia­nach. Usta Zie­mi za­trzy­ma­ła się, od­wró­ci­ła do nich. Jej twarz, ma­lo­wa­na chwiej­nym świa­tłem lam­py, wy­da­wa­ła się mniej ludz­ka, bar­dziej zwie­rzę­ca i dzi­ka niż wcze­śniej.

— Tam da­lej żyli… żyją inni, tacy jak my… Roz­bit­ko­wie, któ­rzy nie mie­li wy­bo­ru ani na­wet ka­wał­ka wła­sne­go świa­ta. Głów­nie lu­dzie, jak­by dla żar­tu. Żyli tu ra­zem z nami, cza­sem wal­czy­li­śmy, czę­ściej pi­li­śmy wino. Nie było dla nich miej­sca poza Mro­kiem, więc ka­za­no im we­ge­to­wać tu­taj. Część wy­mar­ła, Amu­len’drech, ka’sui, Plohh. Ten świat… Jest w nim coś ta­kie­go, że nie­któ­rych z sie­bie strzą­sa. Tam da­lej znaj­do­wa­ły się też inne Księ­gi Świa­ta. I od­po­wie­dzia­ły na znisz­cze­nie ich sio­stry, nie­któ­re po­pę­ka­ły, inne wy­nu­rzy­ły się na po­wierzch­nię, sie­jąc pa­mię­cią nie­stwo­rzo­nych świa­tów. Za­trzy­ma­no je, le­d­wo-le­d­wo, choć na­dal wy­pa­cza­ją wszyst­ko wo­kół. Te­raz nie wie­my, co znaj­du­je się da­lej, Nie wie­my, ilu na­szych są­sia­dów prze­ży­ło, nie za­pusz­cza­my się tam. To wie­le, wie­le cy­kli wę­drów­ki, a nas jest za mało, by wal­czyć o resz­tę świa­ta. Całą ener­gię kon­cen­tru­je­my na woj­nie tu­taj, wal­kach z tym, co wy­cho­dzi z Va­wenn’ob­le­ris, hm, to aku­rat mogę do­kład­nie prze­tłu­ma­czyć, Do­li­na Żalu, tak to bę­dzie brzmia­ło w two­im ję­zy­ku. By­łam tam raz, jako mło­da wo­jow­nicz­ka. — Usta Zie­mi do­tknę­ła czar­nej kuli w oczo­do­le. — Wy­mie­ni­łam się wte­dy ze świa­tem, oko za oko. Do­li­na jest tak wiel­ka, że po ho­ry­zont nie wi­dać jej gra­nic. Po­środ­ku stoi słup, wy­so­ki na set­ki kro­ków, po­dob­no na tym słu­pie wasi bo­go­wie uwię­zi­li Nisz­czy­ciel­kę. Na wiecz­ność. Sie­dzi w kom­na­cie z krysz­ta­łu i pa­trzy na to, co zro­bi­ła. Cały czas. Nie śpiąc, nie je­dząc, nie mo­gąc na­wet na chwi­lę za­mknąć oczu. Wi­dzia­łam ten słup, z da­le­ka. A za słu­pem, na gra­ni­cy Va­wenn’ob­le­ris stoi nasz bóg, schwy­ta­ny w pu­łap­kę.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)