Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 253
Перейти на страницу:

Namiot wspierał się na elastycznych metalowych masztach. Złożyliśmy go i wyciągnęliśmy je, przy okazji zwracając na siebie uwagę Lara i Daga. Skoro ich schronienie przestało istnieć, nie pozostało im nic innego, jak włączyć się do realizacji naszego planu. Brajj miał mały przybornik z piłką, którą zaczął ciąć maszty na krótsze kawałki. Widząc, że jest co robić, Laro i Dag z entuzjazmem wzięli się do pracy. Dag, silniejszy z tej dwójki, wziął od Brajja piłkę i zastąpił go przy cięciu masztów. Brajj kazał Larowi zebrać wszystkie kawałki sznurków i lin, po czym, zapewne chcąc dać dobry przykład, rozplątał żółty sznurek, którym była obwiązana jego walizka; miał dobre trzydzieści stóp długości. Brajj otworzył walizkę i wytrząsnął na śnieg jej zawartość: setki małych fiolek w piankowych osłonkach. Nigdy przedtem nie widziałem czegoś podobnego, domyśliłem się jednak, że są to zapewne lekarstwa.

— Zarabiam na alimenty — wyjaśnił, widząc moją minę.

Walizka była zrobiona ze sztywnego skórzastego materiału, który pocięliśmy na podeszwy rakiet śnieżnych. Pozginaliśmy pocięte maszty w taki sposób, żeby powstały z nich prostokątne ramy, do których przywiązaliśmy sznurkiem odwiniętym z bagaży Lara i Daga kawałki walizki. Zajęło nam to sporo czasu, ponieważ musieliśmy wiązać węzły gołymi rękami, grabiejące błyskawicznie na mrozie. Laro i Dag przewozili głównie stare ubrania, z którymi rozstali się bez żalu, oraz rodzinne pamiątki, z którymi rozstawać się nie zamierzali. Ściągnąłem z sań ławkę, odwróciłem ją do góry nogami i kopniakami odłamałem jej kruche nóżki: świetnie nadawała się na tobogan. Załadowaliśmy na niego jedzenie i paliwo i owinęliśmy go namiotem. Z mojego plecaka już wcześniej wyjęliśmy stelaż i odcięliśmy wszystko, co przypominało sznurek. Dołożyłem na tobogan swoje zapasy i kuchenkę, wyrzuciłem zapasowe ubranie, a zawój, sznur i sferę (maksymalnie pomniejszoną) przełożyłem do zewnętrznych kieszeni plecaka. Przyszło mi do głowy, że mógłbym dorzucić swój sznur do ogólnej puli, ale wyglądało na to, że obejdziemy się bez niego: Laro znalazł pod jedną z ławek pięćdziesięciostopowy zwój linki, a kolejne pięćdziesiąt stóp uzyskaliśmy z powiązania odciągów namiotu i innych przypadkowych kawałków. Po dodaniu do tego trzydziestu stóp sznura od Brajja, mogliśmy się powiązać w odstępach trzydziesto-, czterdziestostopowych, według Brajja wystarczających, gdyby któryś z nas się pośliznął albo wpadł do szczeliny.

Przygotowania zajęły nam blisko cztery godziny, toteż według rachuby Brajja wyruszyliśmy bardzo późno. Konwój w dolinie wyglądał tak, jakby w ogóle się przez ten czas nie poruszył. Brajj szacował, że znajduje się dwa tysiące stóp poniżej nas. Powiedział też, że „jeśli wszystko szlag trafi”, mamy „wyciągnąć zawleczkę”, zjechać po lodzie na dno doliny i zdać się na łaskę wojskowych. Prawdopodobnie aresztują nas, ale nie dadzą nam umrzeć. Byłaby to jednak ostateczność, ponieważ podczas takiego zjazdu ryzyko wpadnięcia do szczeliny było ogromne.

Brajj prowadził, uzbrojony w długi kawał masztu z namiotu, którym sondował śnieg w poszukiwaniu szczelin. Przy pasie niósł swój „szpikulec” — długi nóż o ciężkim ostrzu. Twierdził, że kiedy któryś z nas runie do szczeliny, on rzuci się na ziemię, wbije szpikulec w lód i w ten sposób wyhamuje upadek. Wręczył mi kawałek stelaża z mojego plecaka, wygięty w kształt litery L i mający służyć temu samemu celowi, i skierował mnie na koniec stawki. Kazał mi nawet poćwiczyć padanie na lód i hamowanie zjazdu krótszym kawałkiem L. Między nami znaleźli się związani sznurkiem Laro i Dag, za mną zaś, na samym końcu, wlókł się tobogan.

Początek wędrówki był mozolny i frustrujący, ponieważ improwizowane wiązania prymitywnych rakiet śnieżnych luzowały się i puszczały co kilka kroków. Miałem wrażenie, że nasza eskapada dobiegnie końca, zanim na dobre się zaczęła. W którymś momencie zauważyłem jednak, że udało nam się przejść godzinę bez przerwy. Napiłem się (przez rurkę) wody z zasobnika na piersi i zacząłem pogryzać batonik energetyczny. Rozejrzałem się. Panorama zapierała dech w piersi.

Jestokej!

Ta myśl uderzyła mnie jak śnieżna piguła w nos. Minęły ponad dwa tygodnie, odkąd opuściłem koncent i zacząłem się odżywiać tak samo jak mieszkańcy extramuros. Lio, Arsibalt i reszta dotarli pewnie do Tredegarha w niespełna tydzień — wystarczająco szybko, żeby nie odczuć wpływu jestokeju. Ja jednak byłem dłużej wystawiony na jego działanie i wszechobecna substancja na pewno zadomowiła się już w moim mózgu, w subtelny sposób wpływając na moje pojmowanie świata.

Co powiedzieliby moi fraa i suur o decyzjach, jakie ostatnio podejmowałem? Nic miłego; wystarczy spojrzeć, dokąd mnie zawiodły! A ja co? Wpadłem po uszy, a mimo to spaceruję sobie beztrosko, podziwiając widoki.

Próbowałem narzucić sobie surowszą dyscyplinę umysłową, wyobrazić sobie coś złego w przyszłości, co zmobilizowałby mnie do snucia planów. Brajj mógł w sytuacji krytycznej ocalić nas swoim „szpikulcem”, ale równie dobrze mógł odciąć się nim od nas, gdybyśmy wpadli do szczeliny. Co wtedy?

Moje wysiłki spełzły na niczym. Brajj został samozwańczym przywódcą i na razie zachowywał się rozsądnie. Mogłem przeznaczyć dowolną ilość czasu i energii na snucie takich alarmistycznych proroctw, ale nic by mi z tego nie przyszło. Lepiej skupić się na tu i teraz.

Może właśnie tak objawia się działanie jestokeju?

Przez pierwsze kilka godzin szliśmy po mocno ubitym śladzie gąsienic, ale później ciągnik skręcił w dół cyrku (sierpowatej doliny bocznego lodowca), kierując się na dno doliny. Idąc dalej jego tropem, spotkalibyśmy się w końcu z konwojem, dlatego postanowiliśmy odbić w przeciwną stronę i pierwszy raz weszliśmy na świeży śnieg. Szliśmy powoli, bo najpierw musieliśmy wyjść z cyrku przez jego górną krawędź, i zanim zbocze zdążyło się wypłaszczyć, byłem właściwie gotowy, jak to powiedział Brajj, „wyciągnąć zawleczkę”. Gdybym zdał się na łaskę i niełaskę kierowcy wojskowego drumonu, jaki najgorszy los mógł mnie czekać? Nie złamałem prawa i nie musiałem, w przeciwieństwie do moich trzech towarzyszy, za wszelką cenę unikać spotkania z przedstawicielami władzy. Byłem jednak związany z nimi liną, na dobre i na złe, i nie mogłem się odłączyć bez narażania ich i siebie. Musiałem czekać, aż sami wyciągną zawleczkę.

Wspięliśmy się na boczny grzbiet i zobaczyliśmy wybrzeże. Zdziwiłem się, że jest aż tak blisko: znajdowaliśmy się jeszcze dość wysoko, ale w poziomie odległość wydawała się naprawdę nieznaczna. Rozróżnialiśmy pojedyncze budynki w porcie, mogliśmy policzyć zacumowane do nabrzeży okręty. Wojskowe aeroplany stały w szeregu na skraju ziemnego pasa startowego wklinowanego między ocean i góry. Patrzyliśmy, jak startują i wykręcają na południe.

W porcie kotwiczyły też dwa cywilne statki, nabraliśmy więc nadziei, że jeśli uda się nam tam dotrzeć w jednym kawałku (co powinno nam zająć mniej niż dzień marszu), będziemy mogli opłacić przejazd i odbić od brzegu już za najbliższym lodołamaczem. Postanowiliśmy więc przygotować się do — jak dobrze wiedzieliśmy — długiej i mozolnej końcówki. Wmusiłem w siebie kolejne dwa batoniki. Zaczynało mi się robić niedobrze, ale pomyślałem, że to pewnie dlatego, że za bardzo przejmuję się jestokejem. Spłukałem batony wodą, napełniłem zasobnik na śnieg i pęcherz paliwowy. Zapasów mieliśmy pod dostatkiem: kierowcy ciągnika zostawili nam naprawdę sporo, tak jakby przewidywali, że mogą nie wrócić zbyt szybko. A ja cieszyłem się, że postanowiliśmy działać, zamiast kulić się w namiocie, nie wiedząc, czy będziemy żyć, czy umrzemy.

1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)