Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Peanatema [Anathem - pl]
Peanatema [Anathem - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Peanatema [Anathem - pl]

Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:

Stephenson opisał tu badaczy, filozofów, naukowców, którzy zostali zamknięci w zakonach i pozbawieni dostępu do komputerów, akceleratorów cząstek oraz reszty niezbędnego ustrojstwa, lecz nie zaprzestali swoich badań. Opracowali nowe metody pracy, równie dobre, a może nawet lepsze od starych, bo działające wyłącznie w oparciu o wszechstronne możliwości psychofizycznego instrumentarium człowieka. Tym samym Stephenson zdaje się mówić wprost — jedyną technologią, którą warto rozwijać jest człowiek.
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 253
Перейти на страницу:

Po godzinnym odpoczynku spakowaliśmy bagaże na tobogan i ruszyliśmy dalej. Zeszliśmy do szerokiego żlebu o zaokrąglonym dnie, który przecinał nam drogę i wykręcał w kierunku portu. Brajj zdecydował, że pójdziemy nim na dół. Ryzykowaliśmy, że jeśli w którymś momencie żleb zrobi się zbyt stromy, będziemy musieli zawrócić i wycofać się po swoich śladach — i przez następne dwie godziny kilkakrotnie obawiałem się, że ta chwila właśnie nadeszła. Zawsze jednak dochodziliśmy w końcu do zakrętu albo wybrzuszenia, skąd widzieliśmy kolejny milowy odcinek żlebu i mogliśmy się przekonać, że nie ma w nim przeszkód nie do pokonania. Na stromiznach tobogan czasem próbował mnie wyprzedzić i wtedy przez chwilę miałem ręce pełne roboty: musiałem go obrócić przed sobą i dać mu się ciągnąć w dół, zapierając się o lód, żeby nie nabrał rozpędu. W takich momentach moi towarzysze, którzy nie musieli zmagać się z dodatkowym obciążeniem, zostawiali mnie daleko w tyle. Moja lina napinała się i przypominała mi, że idący na jej drugim końcu Laro się niecierpliwi. Miałem wtedy ochotę przyciągnąć go do siebie i obić mu gębę. Na szczęście Brajj regulował szybkość marszu i nawet na płaskich, bezpiecznych odcinkach posuwał się równym tempem, zatrzymując się co dwa kroki i sondując śnieg masztem.

Nauczyłem się odróżniać ślady Brajja od śladów pozostałej dwójki i od czasu do czasu z irytacją stwierdzałem, że się rozchodzą: Brajj z jakiegoś powodu szedł w jedną stronę, a Dag skręcał w drugą, pociągając za sobą Lara i — siłą rzeczy — mnie. Zmuszał mnie w ten sposób do przejścia po niesprawdzonym terenie.

Obniżyliśmy się o mniej więcej trzy czwarte wysokości dzielącej nas od portu i zanosiło się na to, że dalej będzie już łatwiej. Laro i Dag byli robotnikami: zachowali jeszcze mnóstwo sił i najchętniej wyprzedziliby maszerującego miarowo Brajja, żeby jak najszybciej dotrzeć do miejsca, w którym będą mogli zjeść ciepły posiłek i zrzucić znienawidzone kombiwory.

Znajdowałem się akurat na jednej z tych stromizn, gdzie tobogan mnie wyprzedził, i szarpałem się z dwoma linami jednocześnie, gdy zauważyłem, że tracę równowagę. Lina łącząca mnie z Larem napięła się i coraz silniej ściągała mnie w dół. Zaparłem się lewą nogą, ale trwające od kilku godzin zejście zmieniło mi mięśnie w rozdygotaną galaretę. Przyklęknąłem na jedno kolano, zawiązana w pasie lina szarpnęła mnie w przód i na ułamek sekundy przed tym, jak zaryłem twarzą w śnieg, dostrzegłem sto stóp przed sobą Brajja: stał ze szpikulcem w ręce i patrzył w moją stronę. Laro zsuwał się po zboczu. Daga — który znajdował się na linie między nimi dwoma — nie było nigdzie widać.

Ta scena musiała mi wystarczyć przez następne kilka sekund, ponieważ leżałem z twarzą w śniegu, ściągany w dół przez ciężar Lara i toboganu. Oraz, jak sobie nagle uświadomiłem, Daga. Dag wpadł do szczeliny! Ale dlaczego Brajj nie wyhamował jego upadku? Albo łącząca ich lina (postrzępiony trzydziestostopowy sznurek z poliplastu) pękła, albo Brajj ją przeciął. Tylko ja mogłem powstrzymać upadek Daga, Lara i swój; tylko ja mogłem nas ocalić. Musiałem wbić metalowe L w lód; powinienem był trzymać je w ręce, gotowe do użycia, ale mocując się z toboganem, przełożyłem je przez doszytą do plecaka pętlę na sprzęt. Było tam jeszcze? Wierzgnąłem rozpaczliwie nogą i udało mi się obrócić na plecy. Moja głowa rozcinała śnieg jak dziób statku wodę; śnieżne odkosy sypały mi się na twarz. Prychnąłem, żeby oczyścić nos; powstrzymałem się od głębokiego wdechu i sięgnąłem po omacku w bok, aż natrafiłem na coś twardego. Wyszarpnąłem metalowy przyrząd z pętli — taką przynajmniej miałem nadzieję, bo grube rękawice utrudniały mi zorientowanie się w sytuacji. Odsunąłem go jak najdalej w bok, jeszcze raz wierzgnąłem i przeturlałem się na brzuch. Udało mi się zadrzeć głowę i usłyszałem krzyk Lara: domyśliłem się, że właśnie ześliznął się do szczeliny. Wbiłem L w śnieg i naparłem na nie całym ciężarem ciała. Zahaczyło się — przynajmniej trochę — i zadziałało jak oś: moje ciało obróciło się wokół niego, ściągane w pasie połączonym ciężarem Lara i Daga. L szarpnęło mi się w dłoniach, ale niezbyt mocno. Czekan nie trzymał.

To znaczy, trzymał, ale był wbity w płat śniegu, który w całości oderwał się od zbocza i zsuwał w dół razem z nim i ze mną.

Miałem pecha. Gdybyśmy szli po bardziej zbitym podłożu, czekan wbiłby się w nie i trzymał mocno, ale po wczorajszej burzy na wierzchu zebrała się ledwie związana warstewka lekkiego śniegu.

Następne szarpnięcie w talii świadczyło o tym, że tobogan wpadł do szczeliny. Podniosłem na chwilę głowę i doznałem zdumiewającego uczucia, że wcale się nie poruszam — spowodowanego oczywiście faktem, że otaczający mnie śnieg poruszał się z taką samą prędkością jak ja. Poczułem pustkę pod stopami. Pod kostkami. Pod kolanami. Pod biodrami. Obciążona dwójką ludzi i toboganem lina pociągnęła mnie prosto w dół, zrobiłem coś w rodzaju salta w tył i wylądowałem w szczelinie. Makabryczny swobodny spadek trwał jednak zaledwie ułamek sekundy, zanim coś strasznego stało się z moimi plecami i przestałem spadać. Lina ściągała mnie w dół, ale jakaś twarda i nieruchoma powierzchnia stanęła mi na drodze. Śnieg nadal sypał się na mnie z góry. Pamiętałem mętną opowieść Yula o lawinie, ruchach pływaka, kieszeni powietrznej przy twarzy. O pływaniu mogłem najwyżej pomarzyć, ale podniosłem rękę, zgiąłem ją w łokciu i zasłoniłem sobie usta i nos. Ciężar śniegu na moim ciele pomału rósł, napięcie lin zelżało. Główny impet lawiny mnie ominął: rozdzielała się nade mną i spływała bokami, a ja leżałem unieruchomiony.

Nie wiedzieć czemu, usłyszałem w głowie głos Jesry’ego:

— Aha! Czyli zostaniesz pogrzebany żywcem, ale tylko troszeczkę!

Co za drań.

Nagle wszystko się skończyło i słyszałem tylko bicie swojego serca.

Wypchnąłem łokieć do góry. Śnieg trochę się przemieścił i przy moich ustach zrobiła się odrobina luzu. Chwilowo miałem więc czym oddychać, ale przede wszystkim mogłem otworzyć oczy i odeprzeć atak paniki. Sinoszare światło przenikało śnieg.

— W sam raz do czytania — powiedział Arsibalt.

— Gdybyś miał książkę — dodał Lio.

Z jakiegoś powodu nie spadałem głębiej do szczeliny, przynajmniej na razie, i chyba w ogóle niezbyt daleko poleciałem. Coś mnie zatrzymało. Przypuszczałem, że to tobogan zaklinował się w poprzek szczeliny, a ja spadłem na niego. Z impetem. Poruszyłem palcami i zgiąłem na próbę stawy skokowe, żeby się upewnić, że nie złamałem kręgosłupa. Miło by było po prostu pomacać, na czym leżę, ale jedną rękę miałem uwięzioną przy boku, a drugą — tę, którą zasłoniłem twarz — unieruchomił mi śnieg. Mogłem ją jednak przesunąć w dół, na pierś. Namacałem suwak kieszeni i cal po calu ją rozpiąłem. Cofnąłem dłoń do ust i zębami ściągnąłem rękawicę. Gołą ręką wyjąłem sferę z kieszeni.

Sfery nie mają żadnych, przycisków do sterowania. Reagują na gesty. Przemawiamy do nich rękami. Dłoń miałem trochę odrętwiałą, ale nie na tyle, żebym nie mógł wykonać ruchu naśladującego odkręcanie słoika, który powodował puchnięcie sfery. Było to trochę przerażające, bo rosnąca sfera wypełniała pustkę przed moją twarzą, napierała mi na pierś i zabierała powietrze. Wydawało mi się jednak, że pokrywająca mnie warstwa śniegu nie jest zbyt gruba, dlatego kazałem sferze dalej się powiększać. I kiedy myślałem, że za chwilę moja własna sfera wyciśnie ze mnie ostatek życia, usłyszałem hurgot małej lawiny. Wykonałem odwrotny gest. Sfera się skurczyła. Przygniatający mnie ciężar zniknął i okazało się, że patrzę prosto do góry między dwiema ścianami błękitnego lodu. Widziałem między nimi niebo.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 253
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)