Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 210
Перейти на страницу:

Zna­lazł wresz­cie przy­bru­dzo­ny wo­re­czek i wy­sy­pał z nie­go garść sza­rych wal­ców wiel­ko­ści pal­ca.

— Gdy ło­wisz suma, po­trze­bu­jesz do­bre­go ob­cią­że­nia. Ina­czej przy­nę­ta nie sią­dzie na dnie.

Spraw­nie za­mo­co­wał do ko­twicz­ki trzy oło­wia­ne ob­ciąż­ni­ki. Za­ma­chał na pró­bę i do­ło­żył jesz­cze je­den.

— Oczy­wi­ście, je­śli do­ło­żysz cię­ża­ru, to ry­zy­ku­jesz, że ko­twicz­ka po­le­ci za da­le­ko i ko­niec liny bę­dzie ci zwi­sał pięt­na­ście stóp nad gło­wą. Więc mu­sisz się ja­koś za­bez­pie­czyć. — Ve­ler­gorf roz­plą­tał ko­niec węd­kar­skiej lin­ki i przy­wią­zał ją do liny głów­nej. — W ten spo­sób ścią­gniesz linę w dół, na­wet jak rzu­cisz zbyt moc­no.

Ken­neth sta­rał się nie uśmie­chać zbyt sze­ro­ko, cho­ciaż więk­szość żoł­nie­rzy sto­ją­cych wo­kół Var­hen­na szcze­rzy­ła się już otwar­cie. Skur­czy­byk wie­dział, że lu­dziom po­trze­ba od cza­su do cza­su tro­chę roz­ryw­ki, i po­tra­fił im jej do­star­czyć.

— Ja nie no­szę przy so­bie ze­sta­wu do ło­wie­nia ryb… — Som­nel z Pią­tej naj­wy­raź­niej nie mógł się po­go­dzić z nad­cho­dzą­cą po­raż­ką.

— To trze­ba było użyć noża jako ob­ciąż­ni­ka i spruć so­bie ga­cie, by mieć do­dat­ko­wą lin­kę. — Ve­ler­gorf uśmiech­nął się ła­god­nie. — Ro­zum we łbie masz, żeby my­śleć, a nie dla­te­go, by ci pta­ki nie uwi­ły gniaz­da mię­dzy usza­mi. Go­to­wi?

Nur ski­nął po­nu­ro gło­wą.

— Masz je­den rzut.

— Oczy­wi­ście.

Star­szy dzie­sięt­nik pod­szedł do ścia­ny, zmie­rzył ją wzro­kiem, cof­nął się kil­ka kro­ków. Ko­twicz­ka w jego ręku za­śpie­wa­ła, wi­ru­jąc w sza­leń­czym tem­pie, i po­mknę­ła w górę.

Po chwi­li Pią­ta jęk­nę­ła z roz­cza­ro­wa­niem, a kil­ka gar­ści mo­net zmie­ni­ło wła­ści­cie­li.

— Do­bra, chłop­cy! Szy­ko­wać się do wej­ścia! — Nur nie za­mie­rzał tra­cić cza­su na ob­ra­ża­nie się, pod­szedł do zwi­sa­ją­cej lin­ki, szarp­nął na pró­bę. — Idę pierw­szy i wcią­gnę grub­sze liny.

— A my? — nie­win­no­ścią w gło­sie Ve­ler­gor­fa da­ło­by się ob­dzie­lić tu­zin słod­kich dzie­ci ze świą­tyn­ne­go chó­ru.

— Wy na koń­cu, Var­henn. — Ken­neth nie za­mie­rzał po­zwo­lić mu na zbyt dłu­gie na­pa­wa­nie się trium­fem. — Naj­pierw Pią­ta, po­tem An­dan, Ko­rel z Ósmą i Cer­wes. Nur do­wo­dzi. Nie roz­ła­zi­cie się, tyl­ko za­bez­pie­cza­cie górę. Po­tem wcią­ga­my psy i Bo­re­he­da, na­stęp­nie wcho­dzi resz­ta. Dru­ga bę­dzie mieć za­szczyt osła­niać nas z dołu, nim ją wcią­gnie­my.

— A oni, pa­nie po­rucz­ni­ku? — An­dan wska­zał na grup­kę Szczu­rów.

— Po psach i sza­ma­nie, a przed resz­tą kom­pa­nii. Nie zo­sta­wię ich na ko­niec, bo jesz­cze coś wy­le­zie spod po­kła­du i ich ze­żre.

Udał, że nie sły­szy szep­tów su­ge­ru­ją­cych, że to wca­le nie by­ło­by naj­gor­szym roz­wią­za­niem.

— Ru­szać się!

* * *

Wszyst­ko szło do­brze do chwi­li, gdy na dole zo­sta­ły ostat­nie dwie dzie­siąt­ki. Dru­ga i Siód­ma. Resz­ta kom­pa­nii we­szła już na górę po rze­mien­nych li­nach, a tych, któ­rzy sami nie zdo­ła­li się wspiąć – jak psy, sza­man i One­lia Um­bra – wcią­gnię­to.

Szczyt kasz­te­lu oka­zał się pła­ski, tyl­ko w od­le­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu kro­ków od jego kra­wę­dzi, na sa­mej ru­fie, wzno­si­ła się nie­wy­so­ka ro­tun­da nie­zna­ne­go prze­zna­cze­nia. Ken­neth zo­sta­wił jej spraw­dze­nie na mo­ment, gdy bę­dzie miał wszyst­kich lu­dzi przy so­bie, bo psy na wi­dok tego dziw­ne­go bu­dyn­ku po­war­ki­wa­ły i skom­la­ły z ogo­na­mi scho­wa­ny­mi pod sie­bie.

Zły znak.

Z góry roz­cią­gał się wspa­nia­ły wi­dok na pa­li­sa­dę, zruj­no­wa­ne śród­o­krę­cie i od­le­gły dziób, uno­szą­cy się i opa­da­ją­cy w po­wol­nym ryt­mie.

Wciąż pły­nę­li na wschód.

Ken­neth zer­k­nął na dół, by po­na­glić lu­dzi Ver­se­na-hon-La­won­sa, gdy jego uwa­gę przy­cią­gnął ruch. I znów. I ko­lej­ny raz. Po­kład za ple­ca­mi tych na dole za­czął wy­plu­wać dzie­siąt­ki… Jego wzrok re­je­stro­wał kształ­ty, ale ro­zum od­ma­wiał przy­pi­sa­nia im kon­kret­nej na­zwy – dzie­siąt­ki stwo­rów. Nie­któ­re mia­ły wiel­kość pa­ster­skich psów, inne lu­dzi, jesz­cze inne gór­skich niedź­wie­dzi. Sza­ro­skó­re, ży­la­ste, wręcz wy­chu­dłe. Ich cia­ła po­ru­sza­ły się dzi­wacz­nie, jak­by sta­wy w koń­czy­nach wy­gi­na­ły im się w nie­wła­ści­wą stro­nę, a py­ski-twa­rze bły­ska­ły wiel­ki­mi oczy­ma i zę­bi­ska­mi, któ­rych nie po­wsty­dził­by się wilk.

Po­rucz­nik na­brał po­wie­trza i wrza­snął:

— Alarm!!!

Ci na dole też już za­uwa­ży­li, co się świę­ci. W mgnie­niu oka zbi­li się w kupę, bły­snę­ła broń, tar­cze zwró­ci­ły się w stro­nę wro­ga. Wy­da­wa­ło się, że kil­ku­na­stu lu­dzi prze­ciw kil­ku­dzie­się­ciu be­stiom nie ma szans, ale na gó­rze kasz­te­lu była prze­cież resz­ta kom­pa­nii. Pierw­szy ze stwo­rów – przy­po­mi­na­ją­cy gór­skie­go lwa o dzi­wacz­nie krót­kim py­sku – sko­czył w stro­nę żoł­nie­rzy i zgi­nął, tra­fio­ny w lo­cie beł­tem.

— Ru­szać się! — Nur jed­ną ręką za­ło­żył dźwi­gnię i na­piął ku­szę, dru­gą po­na­glał zaś swo­ich lu­dzi. — Pią­ta na sta­no­wi­ska!

Blan­ki za­ro­iły się od strzel­ców, lecz po­nie­waż mie­li le­d­wo dwa tu­zi­ny kusz Ken­neth mógł tyl­ko pa­trzeć, jak fala sza­rych be­stii opa­da Dru­gą i Siód­mą i jak kłę­bi się wo­kół ścia­ny tarcz, cię­ta i kłu­ta. A za­nim po­two­ry prze­ła­ma­ły obro­nę straż­ni­ków, spa­dła na nie sal­wa beł­tów, więc sta­do za­ko­tło­wa­ło się, po czym rzu­ci­ło w tył, zo­sta­wia­jąc kil­ka po­dry­gu­ją­cych i si­ka­ją­cych po­so­ką ciał na po­kła­dzie. Lecz chwi­lę po­tem – po­rucz­nik był pe­wien, że ni­g­dy nie za­po­mni tego wi­do­ku – sta­do za­wi­nę­ło się w miej­scu ni­czym ła­wi­ca ryb albo chmu­ra wę­drow­nych szpa­ków i ude­rzy­ło znów, aż li­nia żoł­nie­rzy za­chwia­ła się i pra­wie pę­kła.

Przez mo­ment wy­da­wa­ło się, że masa ata­ku­ją­cych po­grze­bie pod sobą żoł­nie­rzy, lecz wte­dy Ve­ler­gorf wy­padł przed sze­reg obroń­ców, jego cięż­ki to­pór za­to­czył pół­okrąg, po­wa­la­jąc co naj­mniej trzy be­stie i koń­cząc ruch w czasz­ce czwar­tej. Dzie­sięt­nik cof­nął się na­tych­miast z bro­nią po­kry­tą sza­ro­kr­wi­stą ma­zią, a resz­ta gó­ra­li wrza­snę­ła dzi­ko i ru­nę­ła do kontr­ata­ku. I znów stwo­ry od­sko­czy­ły, zo­sta­wia­jąc kil­ka ciał swych po­bra­tym­ców, a kil­ku­na­stu straż­ni­ków cof­nę­ło się pod ścia­nę i zwar­ło w na­je­żo­ny sta­lą pół­okrąg.

— Pa­nie po­rucz­ni­ku, scho­dzi­my do nich?

1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)