Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Znalazł wreszcie przybrudzony woreczek i wysypał z niego garść szarych walców wielkości palca.
— Gdy łowisz suma, potrzebujesz dobrego obciążenia. Inaczej przynęta nie siądzie na dnie.
Sprawnie zamocował do kotwiczki trzy ołowiane obciążniki. Zamachał na próbę i dołożył jeszcze jeden.
— Oczywiście, jeśli dołożysz ciężaru, to ryzykujesz, że kotwiczka poleci za daleko i koniec liny będzie ci zwisał piętnaście stóp nad głową. Więc musisz się jakoś zabezpieczyć. — Velergorf rozplątał koniec wędkarskiej linki i przywiązał ją do liny głównej. — W ten sposób ściągniesz linę w dół, nawet jak rzucisz zbyt mocno.
Kenneth starał się nie uśmiechać zbyt szeroko, chociaż większość żołnierzy stojących wokół Varhenna szczerzyła się już otwarcie. Skurczybyk wiedział, że ludziom potrzeba od czasu do czasu trochę rozrywki, i potrafił im jej dostarczyć.
— Ja nie noszę przy sobie zestawu do łowienia ryb… — Somnel z Piątej najwyraźniej nie mógł się pogodzić z nadchodzącą porażką.
— To trzeba było użyć noża jako obciążnika i spruć sobie gacie, by mieć dodatkową linkę. — Velergorf uśmiechnął się łagodnie. — Rozum we łbie masz, żeby myśleć, a nie dlatego, by ci ptaki nie uwiły gniazda między uszami. Gotowi?
Nur skinął ponuro głową.
— Masz jeden rzut.
— Oczywiście.
Starszy dziesiętnik podszedł do ściany, zmierzył ją wzrokiem, cofnął się kilka kroków. Kotwiczka w jego ręku zaśpiewała, wirując w szaleńczym tempie, i pomknęła w górę.
Po chwili Piąta jęknęła z rozczarowaniem, a kilka garści monet zmieniło właścicieli.
— Dobra, chłopcy! Szykować się do wejścia! — Nur nie zamierzał tracić czasu na obrażanie się, podszedł do zwisającej linki, szarpnął na próbę. — Idę pierwszy i wciągnę grubsze liny.
— A my? — niewinnością w głosie Velergorfa dałoby się obdzielić tuzin słodkich dzieci ze świątynnego chóru.
— Wy na końcu, Varhenn. — Kenneth nie zamierzał pozwolić mu na zbyt długie napawanie się triumfem. — Najpierw Piąta, potem Andan, Korel z Ósmą i Cerwes. Nur dowodzi. Nie rozłazicie się, tylko zabezpieczacie górę. Potem wciągamy psy i Boreheda, następnie wchodzi reszta. Druga będzie mieć zaszczyt osłaniać nas z dołu, nim ją wciągniemy.
— A oni, panie poruczniku? — Andan wskazał na grupkę Szczurów.
— Po psach i szamanie, a przed resztą kompanii. Nie zostawię ich na koniec, bo jeszcze coś wylezie spod pokładu i ich zeżre.
Udał, że nie słyszy szeptów sugerujących, że to wcale nie byłoby najgorszym rozwiązaniem.
— Ruszać się!
* * *
Wszystko szło dobrze do chwili, gdy na dole zostały ostatnie dwie dziesiątki. Druga i Siódma. Reszta kompanii weszła już na górę po rzemiennych linach, a tych, którzy sami nie zdołali się wspiąć – jak psy, szaman i Onelia Umbra – wciągnięto.
Szczyt kasztelu okazał się płaski, tylko w odległości kilkudziesięciu kroków od jego krawędzi, na samej rufie, wznosiła się niewysoka rotunda nieznanego przeznaczenia. Kenneth zostawił jej sprawdzenie na moment, gdy będzie miał wszystkich ludzi przy sobie, bo psy na widok tego dziwnego budynku powarkiwały i skomlały z ogonami schowanymi pod siebie.
Zły znak.
Z góry rozciągał się wspaniały widok na palisadę, zrujnowane śródokręcie i odległy dziób, unoszący się i opadający w powolnym rytmie.
Wciąż płynęli na wschód.
Kenneth zerknął na dół, by ponaglić ludzi Versena-hon-Lawonsa, gdy jego uwagę przyciągnął ruch. I znów. I kolejny raz. Pokład za plecami tych na dole zaczął wypluwać dziesiątki… Jego wzrok rejestrował kształty, ale rozum odmawiał przypisania im konkretnej nazwy – dziesiątki stworów. Niektóre miały wielkość pasterskich psów, inne ludzi, jeszcze inne górskich niedźwiedzi. Szaroskóre, żylaste, wręcz wychudłe. Ich ciała poruszały się dziwacznie, jakby stawy w kończynach wyginały im się w niewłaściwą stronę, a pyski-twarze błyskały wielkimi oczyma i zębiskami, których nie powstydziłby się wilk.
Porucznik nabrał powietrza i wrzasnął:
— Alarm!!!
Ci na dole też już zauważyli, co się święci. W mgnieniu oka zbili się w kupę, błysnęła broń, tarcze zwróciły się w stronę wroga. Wydawało się, że kilkunastu ludzi przeciw kilkudziesięciu bestiom nie ma szans, ale na górze kasztelu była przecież reszta kompanii. Pierwszy ze stworów – przypominający górskiego lwa o dziwacznie krótkim pysku – skoczył w stronę żołnierzy i zginął, trafiony w locie bełtem.
— Ruszać się! — Nur jedną ręką założył dźwignię i napiął kuszę, drugą ponaglał zaś swoich ludzi. — Piąta na stanowiska!
Blanki zaroiły się od strzelców, lecz ponieważ mieli ledwo dwa tuziny kusz Kenneth mógł tylko patrzeć, jak fala szarych bestii opada Drugą i Siódmą i jak kłębi się wokół ściany tarcz, cięta i kłuta. A zanim potwory przełamały obronę strażników, spadła na nie salwa bełtów, więc stado zakotłowało się, po czym rzuciło w tył, zostawiając kilka podrygujących i sikających posoką ciał na pokładzie. Lecz chwilę potem – porucznik był pewien, że nigdy nie zapomni tego widoku – stado zawinęło się w miejscu niczym ławica ryb albo chmura wędrownych szpaków i uderzyło znów, aż linia żołnierzy zachwiała się i prawie pękła.
Przez moment wydawało się, że masa atakujących pogrzebie pod sobą żołnierzy, lecz wtedy Velergorf wypadł przed szereg obrońców, jego ciężki topór zatoczył półokrąg, powalając co najmniej trzy bestie i kończąc ruch w czaszce czwartej. Dziesiętnik cofnął się natychmiast z bronią pokrytą szarokrwistą mazią, a reszta górali wrzasnęła dziko i runęła do kontrataku. I znów stwory odskoczyły, zostawiając kilka ciał swych pobratymców, a kilkunastu strażników cofnęło się pod ścianę i zwarło w najeżony stalą półokrąg.
— Panie poruczniku, schodzimy do nich?