Peanatema [Anathem - pl]
- Автор: Стивенсон Нил Таун
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Mag
- ISBN: 978-83-7480-126-3
- Переводчик: Wojciech Szypula
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Peanatema [Anathem - pl]». Краткое содержание книги:
Obszedłem sanie. Z drugiej strony rozciągał się piękny widok na U-kształtną dolinę. Przed nami rozpościerało się jej ośnieżone północne zbocze, gdzieniegdzie przetykane czarnymi skalnymi iglicami. Z prawej strony dolina rozszerzała się i spłaszczała, przechodząc w nadmorską równinę, z lewej coraz bardziej stromo wspinała się pomiędzy białe góry. Wyglądało na to, że pokonaliśmy przełęcz w nadmorskim grzbiecie i zjeżdżamy do skutego lodem portu.
Ale to nie ten widok wywołał entuzjastyczną reakcję Lara i Daga. Obaj wpatrywali się w czarnego węża, długiego na dziesięć mil, otulonego kłębami pary i pełznącego w górę doliny, ku górom: był to konwój ciężkich pojazdów w jednolitym malowaniu, pełznących zderzak w zderzak.
— Wojsko — orzekł Brajj, gramoląc się z sań. Pokręcił głową z niedowierzaniem. — Jakby się na wojnę szykowali…
— Może ćwiczenia? — podsunął Laro.
— Za dużo ich — mruknął sceptycznie Brajj. — Poza tym to nie jest sprzęt do ćwiczeń.
Mówił z taką mieszaniną pewności siebie i drwiny, że musiał być emerytowanym żołnierzem. Albo dezerterem. Znowu pokręcił głową.
— Z przodu jedzie dywizja górska. — Pokazał na czoło kolumny. Konwój prowadziło kilkadziesiąt białych pojazdów gąsienicowych. — Dalej to już zwykłe nizinne chłopki.
Przeciął powietrze kantem dłoni, celując w pierwszy ciemny drumon, i przesunął rękę w dół doliny, obejmując tym gestem resztę kolumny ciągnącej się w stronę morza, widocznego z tej odległości jako biała, pofalowana powierzchnia pokryta chaotycznymi błękitnymi pęknięciami. Żółtobrązowy bryzg oznaczał port, do którego chcieliśmy się dostać. Lodołamacz wyrył w lodzie czarną smugę odsłoniętej wody, błyskawicznie zarastającej krą.
Nie byłem praksykiem ani itą, ale w dzieciństwie obejrzałem sporo szpilów, a ostatnio nasłuchałem się jeszcze Sammanna i miałem pewne pojęcie o działaniu radia. Pojemność pasma była ograniczona — i zazwyczaj w zupełności wystarczająca, nawet w dużych miastach. Kłopot w tym, że wojsko wykorzystywało znaczną jego część, a tę, której nie używało, lubiło zagłuszać. Kierowcy zaprzęgów przyzwyczaili się do praktycznie nieograniczonego dostępu do pasma i z czasem uzależnili się od radia. Na bieżąco wymieniali informacje o pogodzie i warunkach na trasie. I nagle dzisiaj w którymś momencie coś musiało zaniepokoić naszych kierowców: transmisje z trudem przedzierały się do odbiornika, a na dodatek miały fatalną jakość. Podejrzewali pewnie, że sprzęt szwankuje, dopóki nie przejechali przez przełęcz i nie zobaczyli setek, może nawet tysięcy wojskowych pojazdów, które zagarnęły całe pasmo dla siebie.
Widok był tak niezwykły, że moglibyśmy stać i podziwiać go godzinami, gdyby nie Brajj, mający oko na kierowców: wspięli się na ciągnik, ostukali lód z karoserii, sprawdzili gąsienice, poszarpali złączką spinającą ciągnik z saniami, sprawdzili poziom płynu w chłodnicy. Brajj mógł być opanowany i zgryźliwy, ale był również czujny (żeby nie powiedzieć „płochliwy”) i na pewno nie pozwoliłby sobie na zostanie na lodzie, kiedy obaj kierowcy jednocześnie wsiądą do ciągnika. Dlatego najdalej po minucie zaczął się denerwować i wskoczył na sanie. Z przyjemnością poszedłem w jego ślady. Dosłownie chwilę po tym, jak usadowiłem się na swoim miejscu, trzasnęły zamykane drzwi do kabiny ciągnika. Zaczęliśmy wołać Lara i Daga, którzy stali kilkanaście metrów od sań i znieruchomiali z podziwu gapili się na konwój. Udało nam się zwrócić uwagę Daga. Obejrzał się w naszą stronę, ale nadal nie zdawał sobie sprawy, co się dzieje, dopóki silnik ciągnika nie ryknął i nie szczęknęły ogniwa złączki. Grzmotnął Lara pięścią w ramię i ruszył w naszą stronę, łapiąc go po drodze za kołnierz i wlokąc za sobą. Brajj przesunął się na tył sań i wyciągnął rękę, gotowy pomóc im wejść do środka; ja również wstałem i przysunąłem się bliżej. Silnik zagrzmiał głośniej, rozległ się charakterystyczny chrzęst poruszających się gąsienic. Mniej więcej w tym samym momencie Laro i Dag dopadli do sań. Brajj i ja wciągnęliśmy ich na górę, z takim impetem, że polecieli aż na sam przód pojazdu. Gąsienice klekotały miarowo.
A my się wcale nie poruszaliśmy.
Wyjrzeliśmy z Brajjem na zewnątrz. Spojrzeliśmy po sobie.
Wyskoczyliśmy i obiegliśmy sanie z przeciwnych stron. Ciągnik był pięćdziesiąt stóp od nas i nabierał prędkości, wlokąc za sobą złączkę do sań.
Zaczęliśmy za nim biec. Ślady gąsienic wystarczały, żeby utrzymać nasz ciężar, ale co kilka kroków zapadaliśmy się do pół uda w śnieg. Byłem szybszy. Pokonałem jakieś sto stóp, kiedy otworzył się właz w ścianie ciągnika i drugi kierowca wyszedł na listwę nad prawą gąsienicą. Pokazał mi przewieszoną przez plecy długą broń.
— Co wy robicie?! — zawołałem.
Wyciągnął z szoferki jakiś nieporęczny bagaż i zrzucił go na śnieg: karton batonów energetycznych.
— Musimy przejechać przez inną przełęcz! — odkrzyknął. — Daleko stąd. Stromo. Nie wystarczyłoby nam paliwa.
— Dlatego nas zostawiacie?!
Pokręcił głową i wyrzucił następny pakunek: puszkę paliwa do kombiworów.
— Spróbujemy wyprosić trochę paliwa od armii — odparł. — Tam, na dole. Potem po was wrócimy.
Schował się do kabiny i zamknął za sobą drzwi. Logika tego zachowania była oczywista: widok konwoju ich zaskoczył; bez zapasu paliwa nie mogli myśleć o uniknięciu spotkania z żołnierzami, a gdyby zabrali nas ze sobą, wydałoby się, że są przemytnikami, i mieliby kłopoty. Dlatego musieli na chwilę się nas pozbyć. Spodziewali się, że będziemy temu przeciwni, więc postanowili nie pytać nas o zdanie.
Brajj mnie dogonił. Wyciągnął — nie wiem skąd — jakąś niedużą broń, ale obaj wiedzieliśmy, że nie ma sensu strzelać na oślep w tylną ścianę ciągnika. On i dwójka prowadzących go ludzi byli naszą jedyną nadzieją na ratunek.
Kiedy wróciliśmy do namiotu, wlokąc ze sobą paliwo i karton batonów, Laro i Dag klęczeli twarzą w twarz, trzymali się za ręce i mamrotali coś z taką prędkością, że nie rozumiałem ani słowa. Nigdy przedtem nie widziałem, żeby ktoś się tak zachowywał, i musiałem poobserwować ich przez chwilę, zanim doszedłem do wniosku, że się modlą. Poczułem się zakłopotany. Wycofałem się, na wypadek gdyby Brajj chciał do nich dołączyć, ale on tylko spojrzał na nich z pogardą, przeniósł wzrok na mnie i ruchem głowy wskazał mi wyjście. Wyszliśmy na dwór. Opatuliliśmy się ciepło, naciągnęliśmy kaptury i gogle, na których błyskawicznie zaczął się osadzać szron.
Odkąd zostaliśmy sami, Brajj nieustannie zerkał na zegarek.
— Piętnaście minut — powiedział teraz. — Jeżeli nie wrócą po nas w ciągu dwóch godzin, będziemy musieli ratować się sami.
— Naprawdę myślisz, że zostawiliby nas tutaj na pewną śmierć?
Zamiast odpowiedzieć wprost, Brajj wyjaśnił:
— Mogą znaleźć się w sytuacji bez wyjścia. Na przykład nie załatwią paliwa. Albo zepsuje im się ciągnik. Albo wojsko im go zarekwiruje. Dlatego musimy mieć jakiś plan.
— Mam rakiety śnieżne…
— Wiem, potrzebujemy jeszcze trzech par. Napełnij sobie zasobnik wodny.
Kombiwory miały z przodu obszerne kieszenie. Napełniało się je śniegiem, który z czasem topił się i zmieniał w wodę do picia. Było do tego potrzebne ciepło, ale ciepłota ciała użytkownika albo energia z wbudowanego w kombiwór zasilacza w zupełności wystarczały, a ponieważ chwilowo mieliśmy zapasy jedzenia i paliwa, o wodę nie musieliśmy się martwić. Napchaliśmy sobie zasobniki do granic możliwości. Napełniliśmy pęcherze w kombiworach paliwem z puszki. Brajj przerwał modlitwę Larowi i Dagowi i dopilnował, żeby uzupełnili zapasy śniegu i paliwa. Kazał nam wszystkim zjeść po dwa batony. Dopiero potem mogliśmy zabrać się do pracy.